Turcja - Stambuł

Konstantynopol, dzisiaj znany jako Stambuł. Jedna ze stolic świata, gdzie wykuwała się współczesna cywilizacja, gdzie bizantyjscy cesarze układali kanony wiary chrześcijańskiej, gdzie mieszały się herezje, Wschód z Zachodem. Gdzie powstał styl architektoniczny, który stał się punktem odniesienie dla całego zachodniego średniowiecza, ale i dla świata Islamu. Gdzie obok wspaniałych dzieł bizantyjskich budowniczych Izydora z Miletu i Antemiusza z Tralles stoją ich wspaniałe, młodsze siostry - meczety Mimara Sinana. Zapraszamy do spaceru pachnącymi orientalnymi przyprawami uliczkami i ulicami Stambułu, gdzie co jakiś czas zza rogu wygląda kopułka lub minaret... Zaliczamy Stambuł do "Romańskiej Europy", bo bez Stambułu/Konstantynopola romańskiej Europy po prostu by nie było. Zapraszamy!

Stambuł - bazylika Hagia Sophia z VI wieku

Królowa może być tylko jedna. I oto ona - Hagia Sophia. Niech to posłuży za wstęp.

Po raz pierwszy objawiła nam się, gdy przemoczeni do ostatniej nitki próbowaliśmy odnaleźć się w zupełnie dla nas nowym Stambule i trafić do naszego hostelu. Wyrosła przed nami niczym zikkurat, wielka, jakby trochę żywa przez swą nieregularność, przez wyglądające jak narośla dobudówki, przypory, półkopuły i minarety, dostojna i milcząca. Chwilę później, gdy już rozwiesiliśmy przy kominku wszystkie przemoczone ciuchy z plecaka, pałaszując pyszne, cudownie proste i aromatyczne jedzenie, które zamówił nam gospodarz naszego hostelu i grając w szachy (bo na zewnątrz pruło żabami) patrzyliśmy na nią, jak skrzy się w deszczu, pięknie oświetlona, dominująca nad miastem jak święta góra. Kiedy przestało, poszliśmy się przywitać (mieszkaliśmy przecież tuż za rogiem), a następnego dnia z samego rana ustawiliśmy się karnie w kolejce po bilet. A potem był już tylko opad szczęki i długie godziny posłusznego dreptania wzdłuż wyłożonych marmurami ścian, żeby nie przegapić żadnej ze wspaniałości.

Historia tego niezwykłego cudu architektury, który od prawie półtora tysiąca lat wciąż zachwyca i wzbudza konsternację (jakim cudem to jeszcze stoi?), jest kwintesencją historii tego kawałka antycznego świata. Pierwsza świątynia pod wezwaniem Mądrości Bożej stanęła tu, w miejscu dawnej, pogańskiej świątyni Artemidy w 360 roku. Jej budowę rozpoczął w 326 roku cesarz Konstantyn Wielki. Była to klasyczna bazylika konstantyńska, kryta drewnianym stropem. Spłonęła w czasie zamieszek wywołanych wygnaniem patriarchy Konstantynopola Jana Chryzostoma i nic, nawet najdrobniejszy relikt z niej nie pozostał. Drugi kościół, wzniesiony przez cesarza Teodozjusza II w 415 roku też długo nie posłużył - został zniszczony i spalony w 532 roku, w czasie zamieszek Nika, co wpisało się niekoniecznie złotymi zgłoskami w podwaliny historii stadionowego chuligaństwa (przypominamy, że zamieszki wywołali fani zwaśnionych drużyn startujących w wyścigach rydwanów). Z drugiego kościoła pochodzi fryz przedstawiający dwanaście baranków (symbolizujących dwunastu apostołów), który dzisiaj możemy podziwiać przed wejściem do bazyliki, więcej się niestety nie zachowało.

Jak na cesarza obdarzonego przydomkiem "Wielki", Justynian zabrał się do odbudowy, a w zasadzie do wzniesienia kościoła na nowo, z odpowiednim rozmachem. Wymarzył sobie budowlę, której świat nie widział, która zachwyci wszystkich i będzie zachwycać po wieki wieków. I należy przyznać, że mu się udało. Do tego trudnego i niezwykłego dzieła zatrudnił dwóch "naukowców" - mechanikoi, czyli uczonych w nauce i matematyce późnego antyku. Byli to Antemiusz z Tralles (matematyk i fizyk) oraz Izydor Starszy z Miletu (geometra i mechanik). Mówi się, że obaj nie mieli wcześniej do czynienia z budownictwem i do zadania podeszli teoretycznie, tworząc model geometryczny, który zgodnie z ówczesnym stanem wiedzy, powinien ustać. Tak rozpoczęła się trwając pięć lat budowa, gigantyczne przedsięwzięcie logistyczne, wymagające ściągnięcia z całego ówczesnego świata tego, co najcenniejsze - zielonego marmuru z Tessalii, porfiru z Egiptu, czarnego kamienia z Bosforu, żółtego kamienia z Syrii, a także - nikogo to wtedy nie dziwiło, chociaż nas może szokować - antycznych kolumn ze świątyni Artemidy w Efezie. Świątynia została poświęcona z wielką pompą 27 grudnia 537 roku. Naprawdę musiała wtedy robić wrażenie - jej kopuła długo pozostała największą istniejącą kopułą na świecie, o średnicy 31 metrów (tak naprawdę jest ona odrobinę eliptyczna) i wysokości prawie 50 metrów. Dzieło cesarza, do którego w trakcie budowy kościoła przemawiać miał anioł boży udzielając wskazówek, zostało ukończone. Obliczenia Antemiusza i Izydora sprawdziły się, rzeczywistość zweryfikowała pozytywnie ówczesny stan wiedzy geometrycznej (i w sumie to wiele się on tamtej pory nie zmienił), kopuła trzymała się na gigantycznych acz filigranowych pendatywach, rozkładając swój ciężar na ściany, filary i kolumny.

Ale niestety geometria nie pomoże, gdy do gry wchodzi geologia. A konkretnie sejsmika. Kościół nie postał w spokoju przez dwadzieścia lat, gdy trzęsienia ziemi przyczyniły się do zawalenia wielkiej kopuły. Odbudował ją Izydor Młodszy, powiększając przy tym kopułę do wysokości 55,6 metrów. Kościół pokryto bezcennymi, skrzącymi się złotem mozaikami o charakterze geometrycznym i tak kościół szczęśliwie przetrwał do kolejnej dziejowej zawieruchy, czyli epoki ikonoklazmu (VIII/IX wiek), kiedy to z wyposażenia kościoła zniknęły wszystkie ikony i przedstawienia figuralne. Koniec epoki ikonoklazmu to kolejne katastrofy dla bazyliki - wielki pożar i trzęsienia ziemi. Zniszczenia, jakich doznał kościół dały jednak pretekst do udekorowania go na nowo, w duchu nowej ideologii. Wtedy to powstały majestatyczne mozaiki o charakterze figuralnym - Hodegetria w apsydzie, mozaika w tympanonie, mozaika w tympanonie południowym, mozaiki Ojców Kościoła. X wiek przyniósł kolejne trzęsienie ziemi i kolejne zawalenie kopuły, jednak szybko sobie z nim poradzono. Bazylika bogaciła się o kolejne mozaiki, których zwieńczeniem jest monumentalne Deesis w południowej galerii.

Z kolejnej katastrofy jednak Hagia Sophia się już nie podniosła. A wszystkiemu winni, oczywiście, katolicy. w 1204 roku zmanipulowani przez weneckiego dożę Dandola, krzyżowcy IV krucjaty, wygłodniali łupów i rzezi, wdarli się do cierpiącego już na pewne objawy uwiądu starczego bizantyjskiego Konstantynopola i urządzili sobie tam krwawe łowy. Hagia Sophia została splądrowana, wszystko, co wartościowe - złoto, kosztowności, ale i zgromadzone tu przez pokolenia cesarzy relikwie zostały rozkradzione i rozwleczone po Europie. Kronikarze donoszą, że do wyrywania wartościowych elementów wyposażenia ze ścian użyto mułów, a żeby dopełnić obraz upadku, rozzuchwaleni rycerze sprowadzili tu ladacznicę, która zasiadła na tronie patriarchy tańcząc i parodiując ortodoksyjną liturgię. Bazylikę uczyniono katolicką katedrą, ale łacinnicy najwidoczniej czuli, że są tu tylko na chwilę, bo zupełnie nie inwestowali w zdewastowany i zniszczony przez nich samych kościół. W 1261 roku Hagia Sophia wróciła w ręce Biznatyjczyków, ale w stanie urągającym jej godności. Mimo wysiłków cesarzy, nie udało się zachować bazyliki przed coraz to większym upadkiem. Ziemia trzęsła się dalej, a cesarzom coraz trudniej było utrzymać w dobrej kondycji nie tylko bazylikę, ale i kurczące się imperium. Mieli większe zmartwienia, niż pojawiające się w kopule rysy i pęknięcia.

I wreszcie - stało się. w 1453 padły nadwyrężone już przez Krzyżowców mury Teodozjusza. Do miasta wkroczyły wojska Mehmeda Zdobywcy, przypieczętowując to, co już się stało - cesarstwo przestało istnieć. Odszedł do lamusa ostatni relikt antycznego świata, który przetrwał średniowiecze, żeby umrzeć razem z nim. Nowy władca kazał uprzątnąć zdewastowany kościół i to właśnie tu udał się na pierwszą piątkową modlitwę po zdobyciu miasta. Wkrótce zaroiło się tu od nowych budowniczych pieczołowicie przekształcających cesarską bazylikę w sułtański meczet. Rysy i pęknięcia zostały załatane, a wszystkie mozaiki z wyjątkiem Matki Boskiej w apsydzie i serafinów w pendatywach, zostały pokryte tynkiem. Posadzka pokryta została dywanami, powstał też drewniany minaret. Dodano mimbar (podwyższenie dla imama czytającego w piątek Koran), mihrab (wnękę wskazującą kierunek Mekki). W XVI wieku za Hagię Sophię zabrał się Mimar Sinan, nadworny architekt kilku następujących po sobie sułtanów, dodając minarety, wzmacniając konstrukcję kopuły, żeby już nigdy się nie zawaliła. Budowla wywarła na architekcie takie wrażenie, że do końca życia był pod jej wpływem, starając się w swoich realizacjach powtórzyć efekt znany z tego miejsca. Z czasów sułtanów pochodzi również wydzielona w południowej nawie biblioteka, loża sułtańska, medaliony z pięknie kaligrafowanymi imionami Proroka i kalifów prawowiernych oraz olbrzymie świece po bokach mihrabu przywiezione przez Sulejmana Wspaniałego z kampanii węgierskiej. Zmieniało się też otoczenie kościoła, obrastając w dodatkowe budynki - mauzolea sułtanów (pierwsze powstało w danym baptysterium), medresa, fontanna do rytualnych ablucji. W XIX wieku meczet poddano gruntownemu remontowi. Zatrudniono do tego włoskich architektów, braci Fossati. W budynku połatano pęknięcia, rysy, ustabilizowano kolumny i ściany. Zdjęto tynki odsłaniając zachowane mozaiki, po czym... zatynkowano je z powrotem. W 1934 roku, po rewolucji Ataturka, Hagia Sophia została ustanowiona muzeum. Z posadzki zdjęto dywany, ze ścian tynk odsłaniając zachowane mozaiki i konserwując je. Od tamtej pory działa tutaj prężne muzeum, które codziennie odwiedzają tysiące zwiedzających. Wśród nich znaleźliśmy się też my.

Kształt kościoła to ośmiokąt, z wpisanym weń kwadratem, z wpisanym w tenże kwadrat kołem. Wystarczy w naroża ośmiokąta wpisać półkola i podzielić go na nawy i będziemy mieć rzut Hagii Sophii. Do kościoła wchodzimy przez zachodni narteks, w którym zachowały się oryginalne drzwi. Olbrzymia hala nawy głównej robi niesamowite wrażenie. Wrażenie przestrzeni jest przytłaczające, kopuła wydaje się być tak wysoko, że stanowi coś na kształt złotego nieba (wrażenie potęgują zawieszone nisko żyrandole). Głosy odbijają się od ścian i wracają z echem. Wnętrze jest tak wielkie, że ma się wrażenie, że złotą apsydę z niesamowitym wizerunkiem Hodegetrii przesłania mgiełka. Trudno to wnętrze objąć na raz. Również fotograficznie - mimo, że wewnątrz nie jest wcale tak ciemno, zdjęcia wychodzą bure, nawet na podkręconych do oporu parametrach czasu i przesłony.

Pod mimbarem śpi w najlepsze przedstawiciel dumnego rodu Stambulskich Wszarzy nic sobie nie robiąc z tłumów turystów i oficerów ochrony spacerujących ze znudzonym wyrazem twarzy w tę i z powrotem powtarzając jak mantrę "No flash, no flash, please" (niestety trzeba to ludziom cały czas powtarzać, nawet w takich miejscach). Apsyda, z wydającym się filigranowym, widzianym stąd, wizerunkiem Hodegetrii, pięknie zamyka przestrzeń. Monumentalne ściany naw wydają się prawie nic nie ważyć, gdy patrzy się na nie z odległości, oparte na kilku zaledwie kolumnach o kapitelach zdobnych w monogram cesarza. Ściany zdobią marmury układane specjalną techniką - bloki marmuru rozcinano na pół i rozkładano jak książkę, co dawało ciekawe, symetryczne wzory. Nawy boczne wydają się ciasne, w porównaniu z wielką jak hala sportowa nawą główną. Spacerujemy w cieniu kolumn zwiedzając wystawione w nawie południowej arcydzieła arabskiej kaligrafii. W jakiś przedziwny sposób wydają się tutaj bardzo na miejscu.

Na emporę wchodzimy wąskim pasażem w grubości muru. Widok z góry jest jeszcze bardziej wspaniały, szczególnie gdy stanie się w oznaczonym zielonym marmurem miejscu, gdzie stał tron imperatora. Zachodnia empora - cesarska - dzisiaj świeci pustkami, ale widok stąd jest olśniewający. Z obu symetrycznych galerii ciekawsza jest ta południowa, gdzie za marmurowym przepierzeniem zwanym "Drzwiami nieba i piekła" odbywały się synody biskupów (w jakiś dziwny sposób nazwa ta również wydaje się bardzo na miejscu). To w południowej galerii znajdują się bowiem najpiękniejsze mozaiki w całym kościele.

Bo przecież mozaiki to wielki skarb Hagii Sophii. Żeby nie rozpisywać się o nich zbyt drobiazgowo (je trzeba przede wszystkim zobaczyć), wymienię je tylko pokrótce. Zaczynając od wejścia, napotykamy tu, nad drzwiami imperialnymi, w tympanonie wizerunek cesarza Leona IV adorującego królującego Chrystusa. Sąsiednie wejście zdobi zaś przedstawienie ofiarowania przez Konstantyna Konstantynopola, a przez Justyniana kościoła Hagia Sophia, Matce Boskiej. W apsydzie znajdziemy wspomnianą Hodegetrię, arcydzieło sztuki bizantyjskiej, o delikatnych, spokojnych rysach twarzy z cieniem uśmiechu i cudownych, harmonijnych proporcjach. Została ona stworzona tak, żeby patrzeć na nią z dołu. Kiedy spojrzeć na nią z boku, z samego końca galerii lub na robione z bliska zdjęcia, coś się nie zgadza, proporcje wariują, a całość wydaje się nieco niesymetryczna. Ale to właśnie kunszt bizantyjskich mistrzów, którzy doskonale wiedzieli, skąd patrzeć będą na mozaikę ludzie i jak wywołać u nich odpowiedni efekt. Następnie, w północnej galerii znajdziemy prawie niewidoczny wizerunek cesarza Aleksandra z X wieku. Na samej górze, ponad galerią północną znajdziemy niewielkie wizerunki Ojców Kościoła. W południowej galerii zaś trafiamy na największe arcydzieło - Deesis z XII wieku. Odsłonięty duży fragment olbrzymiej mozaiki przedstawiającej Chrystusa Pantokrara w otoczeniu Matki Boskiej i Jana Chrzciciela. Rysy twarzy wszystkich postaci wydają się wręcz idealne. Spokojny i dostojny Chrystus, przepełniony bólem Jan Chrzciciel, skromna i nieco zrezygnowana Maria. Naprzeciwko mozaiki warto zwrócić uwagę na wtopiony w posadzkę grób doży Dandola. Aż ma się ochotę przydepnąć... W południowej galerii znajdziemy też pozostałości po najstarszych, geometrycznych mozaikach z VI wieku. Na samym końcu galerii znajdujemy mozaikę Komenów z XII wieku przedstawiającą cesarza Jana II Komena z żoną Ireną adorujących Matkę Boską z dzieciątkiem oraz mozaikę cesarzowej Zoe, przedstawiającą cesarzową Zoe z mężem (to ona była cesarzem i rządziła krajem) ofiarowujących dary Chrystusowi. Całości dopełniają serafiny w pendatywach kopuły. Dwa wschodnie są oryginalne, dwa zachodnie zostały domalowane przez braci Fossati. W czasach Islamu anioły miały zasłonięte twarze.

O bazylice Hagia Sophia można opowiadać godzinami, tak jak godzinami można po niej chodzić, wracając po własnych śladach i zawsze znajdując coś nowego. To absolutnie fundamentalne dzieło dla średniowiecznej (a siłą rzeczy i każdej innej) architektury, miejsce tak gęste od kulturowych i historycznych znaczeń, że wydaje się zaginać czasoprzestrzeń i powodować zaburzenia grawitacji. To pewnie dlatego większość naszych spacerów po Stambule kończy się rytualną rundką wokół Hagii Sophii, w towarzystwie, a jakże, Stambulskich Wszarzy. I pewnie tu jeszcze wrócimy. Nie raz.

Galeria: 

Stambuł - kościół Hagia Eirene z IV wieku

Niezainteresowani mogą nie zwrócić uwagi na ten niezbyt rzucający się w oczy budynek znajdujący się na pierwszym dziedzińcu pałacu Topkapi. Po wspaniałościach fontanny Ahmeta III i Bramy Imperialnej, a mając w perspektywie Diwan, Harem i Sanktuarium, gdzie przechowuje się płaszcz Proroka, suknię Fatimy (oprócz tego miecz Dawida i laskę Mojżesza) można w w dzikim pędzie przejść obok niego obojętnie. Ale nie my, czujni poszukiwacze romańskich i bizantyjskich pamiątek. Bo ten surowy budynek z drobnej, rudej cegły to tak naprawdę najstarszy kościół Konstantynopola - kościół Pokoju Bożego, Hagia Eirene.

Kościół powstał za panowania Konstantyna w IV wieku, na miejscu pogańskiej świątyni. W czasie zamieszek wywołanych przez zwalczające się grupy kibiców drużyn startujących w wyścigach rydwanów (zjawisko kibolstwa znane więc jest już od tysiącleci, całe szczęście dzisiaj kończy się na zdemolowanych stadionach i autobusach, a nie na spaleniu całego miasta) w VI wieku został spalony i odnowiony, podobnie w VIII wieku po trzęsieniu ziemi, jednak jego kształt pozostał właściwie bez zmian. Po zdobyciu miasta prze Turków kościół jako zbrojownia Janczarów wszedł w skład kompleksu pałacowego Topkapi. W ostatnich dziesięcioleciach zamieniony został na muzeum, które podobno można zwiedzać po uprzednim umówieniu się (jednak nie dotarliśmy do informacji z kim ani gdzie należy się umówić). Kościół używany jest też jako sala koncertowa (z powodu bardzo dobrej akustyki) i tak najłatwiej się do niego dostać - podczas koncertu. Nie mieliśmy jednak tego szczęścia i w czasie naszego pobytu w Stambule nie trafił nam się żaden koncert w Hagia Eirene. A szkoda, bo z opisów i zdjęć wnętrze kościoła jest o wiele ciekawsze, niż jego zewnętrze.

Kościół z zewnątrz - jak zresztą wszystkie bizantyjskie kościoły - to wielka bryła składająca się z ceglanych, przeszkolnych monumentalnymi oknami, nagich ścian (kunszt bizantyjskich architektów, którzy potrafili tak odciążyć wysokie ściany, że budowanie tak dużych okien stało się możliwe, budzi prawdziwy respekt), załomów, skomplikowanej i wizualnie niezbyt efektownej plątaniny płaszczyzn i brył. To, co najciekawsze, czeka podobno wewnątrz. A jest to surowe wnętrze o przestrzeni zorganizowanej według klasycznych założeń rzymskiej bazyliki - dwie nawy oddzielone kolumnadą, apsyda i kopuła. W apsydzie zaś znajdujemy jedyny zabytek tego rodzaju zachowany w Stambule - tzw. synthronon, czyli amfiteatralne schody/siedzenia dla kleru. Niestety wewnątrz nie przetrwała oryginalna dekoracja ścian, freski ani mozaiki.

Obchodzimy kościół Hagia Eirene w towarzystwie oczywiście wszechobecnych kotów, które w ruinach otaczających kościół znalazły miejsce do dokazywania, szarpiemy za klamkę na głucho zamkniętych drzwi i idziemy dalej, zwiedzać wspaniałości pałacu Topkapi, którzy bardzo miło nas zaskoczył. Okazał się bowiem nie tandetną atrakcją dla turystów, ale prawdziwie fascynującym (i odrobinę przerażającym) miejscem o tak odmiennych kulturowo korzeniach. Polecamy!

Galeria: 

Stambuł - kościół św. Sergiusza i Bakchusa z VI w.

Kościół św. Sergiusza i Bakchusa znany również jako "Mała Hagia Sophia" (Küçuk Ayasofya Camii), to niewątpliwie jeden z najważniejszych i najpiękniejszych reliktów Bizancjum w Stambule. Przypuszcza się, że ten niewielki rozmiarem, ale ogromny przez swoją wagę kościół był pierwowzorem (chociaż nie w dosłownym znaczeniu) bazyliki Mądrości Bożej, czyli Hagia Sophia. Natomiast można zauważyć bardzo wyraźnie podobieństwo do kościoła San Vitale w Rawennie, który ewidentnie wzorowany jest na naszym bohaterze. Kościółek św. Sergiusza i Bakchusa to jedna z pierwszych fundacji wielkiego cesarza Justyniana. Kościół był pierwotnie częścią większej całości, klasztoru (monofizyckiego), w swojej bogatej historii zaliczył też flirt z ikonoklazmem. Za panowania sułtana Bejazyda II został zamieniony na meczet i tak już zostało.

Z zewnątrz - jak większość bizantyjskich kościołów - nie prezentuje się zbyt okazale. Proste ściany z burej cegły, bez żadnych ozdób. Otoczony jest dziś muzułmańskim cmentarzem, ładnym ogrodem z drewnianą medresą, gdzie dziś można napić się kawy, zapalić nargilę lub kupić naprawdę bardzo ładne rękodzieło. A dookoła przechadzają się prawie tak bezczelne jak stambulskie wszarze - gęsi.

Wnętrze oszałamia. Wchodzimy, błękitny dywan ugina się pod bosymi stopami (pamiętajmy - jesteśmy w czynnym meczecie). W środku panuje chłód, biel i błękit. Otwiera się przed nami oktagonalna przestrzeń, pierwotna, romańska forma, oktagon wpisany w kwadrat, forma doskonała. Rzędy kolumn podtrzymują arkady, powyżej empora otwiera się do wnętrza filigranowymi triforiami. Poziomy oddziela fryz chwalący dzieła cesarza Justyniana, cesarzową Teodorę i św. Sergiusza. Całość wieńczy kopuła. Gładkie, białe ściany zdobią błękitne geometryczne ornamenty. Kiedyś te ściany zdobiły mozaiki, które niestety nie przetrwały najpierw ikonoklazmu, a potem zwycięstwa Islamu. Przestrzeń koncentruje się wokół apsydy, gdzie dzisiaj stoi mihrab - nisza wskazująca Mekkę. Po prawej stronie od apsydy - mimbar, podest, z którego imam w piątki wygłasza chutbę - uroczyste kazanie.

Po schodach wchodzimy na emporę. Po drodze mijamy okienko przez które widzimy, jak autentyczny muezzin wzywa wiernych na modlitwę. Jest piątek, dzień święty dla muzułmanów - chodzimy na palcach (chociaż to w zasadzie niepotrzebne, dywan tłumi wszystkie odgłosy), żeby nie zakłócić odświętnej atmosfery. Wokół imama siedzącego niedaleko mihrabu zgromadziło się kilkoro wiernych i dyskutują po cichu. Ciszę przerywają tylko ich stłumione głosy i odgłos migawki naszego aparatu. Obchodzimy emporę kilka razy spoglądając to w dół, to w górę, na niesamowitą kopułę. Na koniec siadamy, jak to w meczecie, wprost na dywanie i dajemy uspokoić się hipnotyzującemu rytmowi kolumn.

Wychodzimy, a na zewnątrz, przy fontannie do rytualnych ablucji już gromadzi się tłumek mężczyzn. Btw. przekonaliśmy się w wielu meczetach, które zwiedzaliśmy, że wymóg rytualnego umycia nóg, ma również bardzo praktyczny wymiar - w niektórych meczetach istnieje nawet instytucja pani pryskającej odświeżaczem powietrza po nogach turystów, który - oczywiście - nóg przed wejściem do meczetu nie umyli, ale buty zdjęli.

Obchodzimy jeszcze kościółek/meczecik dookoła. Towarzyszy nam jednooki kot, który trudno powiedzieć czego od nas chce, bo pogłaskać się nie daje. Biegnąca kilka metrów dalej trasa kolejki miejskiej daje o sobie znać dobrze wyczuwalnymi wibracjami i wizgiem pędzącego pociągu. Siadamy jeszcze na chwilkę w zaciszu medresy, pijemy obłędnie słodką herbatę i ruszamy dalej. Wszystkim zainteresowanym architekturą bizantyjską, romańską i nie tylko, polecamy gorąco to miejsce. Z dala od tłumu turystów można tu poczuć autentycznego ducha dziejów.

Galeria: 

Stambuł - kościół św. Zbawiciela na Chorze z XI wieku

Przez konserwatywną dzielnicę Fatih przedzieramy się autobusem. Bród, czarczafów i zawojów zrobiło się nagle więcej, zniknęły ze sklepowych witryn frywolne sukienki i podkoszulki z nadrukami, za to ich miejsce zajęły sprzęty kuchenne wszelkiej maści, warzywa i drobne zakłady rzemieślnicze produkujące rzeczy, o jakich nam się nie śniło (na przykład oczka do maskotek). Miejsce, w które się wybieramy leży trochę na uboczu turystycznych szlaków prowadzących od pałacu Topkapi, przez Błękitny Meczet, Wielki Bazar prosto na Galatę i modne ostatnio Beyoğlu. Co nie znaczy, że nie jest to miejsce ciekawe, choć dociera tu tylko ułamek procenta zwiedzających wspaniałości cypla pałacowego. Nas nie mogło tu zabraknąć - przecież w kościele św. Zbawiciela na Chorze znaleźć można najpiękniejsze (no, może z wyjątkiem tych w kościele Hagia Sophia) bizantyjskie mozaiki w Stambule.

Kościół św. Zbawiciela na Chorze znajduje się z dala od większości atrakcji Stambułu, chociaż wciąż w ścisłym centrum, w obrębie murów Teodozjusza. Ale nie było tak zawsze - powstał w V wieku, w czasach Justyniana, jako kaplica położona "za murami", "na wsi" (khora po grecku to właśnie "wieś"). W czasach Komenów kościół pełnił funkcje kaplicy pałacowej i już wtedy zaczęły się jego przebudowy, by w XI wieku Maria Daukaina, czcigodna teściowa imperatora, wybudowała kościół w zasadzie od nowa. W czasie niefortunnej krucjaty kościół został splądrowany przez łacinników. W XIV wieku kościół został rozbudowany przez cesarskiego ministra skarbu, dodano zachodni narteks oraz kaplicę grobową (paraklezjon). Wtedy też ozdobiono go mozaikami. W XVI wieku kościół został zamieniony na meczet a wszystkie freski i mozaiki przykryte tynkiem. Wspaniałości ery Bizancjum ujrzały światło dzienne z powrotem w roku 1945, kiedy to kościół /meczet został ustanowiony muzeum.

Sylwetka pękatej kopuły i pojedynczego minaretu wyłaniają się z otoczenia starych, drewnianych domów rodem z opowieści Orhana Pamuka. Jak większość bizantyjskich kościołów nasz bohater nie jest zbyt efektowny z zewnątrz. Połamana, niesymetryczna bryła bez żadnych ozdób nie licząc może różowej cegły na układanej na przemian z białym kamieniem. Oczywiście wszędzie snują się koty, ale specjalnie nas to nie dziwi.

Kościół sprawia wrażenie labiryntu ciasnych pasaży i korytarzyków, przesklepionych tu i ówdzie drobną kopułą. Zasadniczo składa się z nawy, zewnętrznego i wewnętrznego narteksu, paraklezjonu, z przylegającymi do apsydy diakonikonem (czyli plus-minus w obrządku wschodnim zakrystią) oraz prothesis (miejscem, gdzie przechowywano dary na rzecz parafii i kościoła). Ze wszystkich wnętrz nawa sprawia chyba najmniejsze wrażenie. Puste, przesklepione kopułą wnętrze o gładkich, wykładanych marmurem ścianach, kontrastuje z bogactwem kolorów narteksów (choć i marmurowe dekoracje ścian są niezwykłe - wykonano je z płyt przecinanych wzdłuż i zestawianych tak, by obie płaszczyzny przecięcia stanowiły lico - dając efekt lustrzanego odbicia wzorów marmuru. Wyglądają jak gigantyczne, kamienne testy Rorschacha). To pomieszczenie było centrum meczetu, stąd staranność, z jaką muzułmanie pozbyli się wyobrażeń figuralnych. W ascetycznym wnętrzu przetrwały tylko ich pozostałości, ale są one bardzo ciekawe. Nad wejściem do nawy znajduje się mozaika przedstawiająca zaśnięcie Najświętszej Marii Panny. Leżąca na katafalku postać Matki Boskiej otoczona jest przez świętych. W centrum znajduje się postać Jezusa, trzymającego na kolanach postać małej Marii, symbolizującej jej duszę. Mozaika wzbudza w nas lekką konfuzję - przyzwyczailiśmy się do przedstawień Matki Boskiej trzymającej na kolanach małego Jezusa, nie na odwrót. Po obu stronach apsydy odnaleźć można zniszczone bardzo mozaiki przedstawiające Jezusa i Marię.

Prawdziwa uczta czeka nas w wewnętrznym i zewnętrznym narteksie. Po obu pomieszczeniach chodzić można godzinami analizując skrzące się złotem i czerwienią mozaiki. Przedstawiają żywot Najświętszej Marii Panny i Jezusa, od pierwszych kroków małej Marii (która zgodnie z ikonografią przedstawiana jest nie jako niemowlę czy dziecko, ale jako miniaturowa Matka Boska) po cuda czynione przez Jezusa. Szczegóły i dopracowanie każdej sceny budzą podziw nad precyzją i pomysłowością autorów. Na dłużej zatrzymujemy się przy scenie kuszenia Chrystusa, z kwestiami wypowiadanymi przez bohaterów w postaci niemalże komiksowych "dymków". Zwraca uwagę również olbrzymia (chociaż niezachowana w całości) mozaika na wschodniej ścianie wewnętrznego narteksu, przedstawiające Chrystusa Pantokratora, w otoczeniu Matki Boskiej oraz przedstawcieli cesarskiej rodziny - cesarza Izaaka Komena oraz córki Michała Paleologa VIII, Melanii, poślubionej księciu Mongolii. W zewnętrznym narteksie zwraca uwagę Chrystus Pantokrator o zdeformowanej dłoni (przypadek, zamiar, czy wypadek przy pracy?).

Paraklezjon zdobią freski, z kulminacyjnym freskiem w apsydzie, przedstawiającym Jezusa uwalniającego z grobów Adama i Ewę. Na ścianach i sufitach kaplicy znaleźć możemy też sceny sądu ostatecznego. Warto zwrócić uwagę, że postacie przedstawione na freskach mają gdzieniegdzie wydrapane twarze i oczy, podobnie figury aniołów zdobiące kapitele kolumn mają skute twarze. To pozostałości agresji symbolicznej z czasów podboju Konstantynopola przez Turków.

Mimo, że kościół św. Zbawiciela na Chorze nie znajduje się na oczywistym szlaku stambulskich atrakcji, to dla miłośników Bizancjum czy architektury i sztuki średniowiecznej jest to przystanek obowiązkowy. Dodać należy, że stąd tylko kilka kroków do murów Teodozjusza, kolejnego arcydzieła inżynierii spadkobierców Imperium Romanum. A spacer wśród starych, drewnianych domów Stambułu, może być niezwykle przyjemny i pouczający.

Galeria: 

Stambuł - mury Teodozjusza z V wieku

Rejony Stambułu nieco bardziej odległe od centrum i turystycznych atrakcji Sultanahmet mają swój niepowtarzalny koloryt. Spod kościoła na Chorze, otoczonego trzymającymi się tej biznatyjskiej perełki knajpkami i sklepikami z pamiątkami, ruszamy dalej na północ. Spacerem przez uliczki udekorowane girlandami suszącego się na sznurkach prania, wzdłuż pozamykanych (bo południe i siesta) okiennic, w towarzystwie leniwie snujących się od śmietnika do śmietnika Stambulskich Wszarzy, zmierzamy w stronę jednego z militarnych cudów świata późnego antyku i wczesnego średniowiecza - Murów Teodozjusza.

To musiało robić wrażenie na tych napastnikach, którzy odważyli się podejść pod mury Konstantynopola. Zbudowane w V wieku przez cesarza Teodozjusza mury składały się z dwóch łańcuchów umocnień (w układzie fosa, mur zewnętrzny o wysokości ponad 7 metrów, droga dla wojska, mur wewnętrzny o wysokości 12 metrów) o długości 6,5 kilometra, z 192 wieżami i 11 bramami. Zamykały cały półwysep od zachodu, tworząc z niego niezdobytą (do czasu) twierdzę. Umocnienia od strony Złotego Rogu (zatoki głęboko wcinającej się w ląd, tworzącej coś na kształt szerokiego, lejkowego ujścia rzeki) były słabsze, ale wejścia do Złotego Roku strzegł przecież łańcuch przeciągnięty w poprzek zatoki, który uniemożliwiał wpłynięcie do niej floty. Monumentalne umocnienia zbudowano z kamienia i cegły, układanych regularnie na przemian.

Mury w swej historii służyły prawie tysiąc lat od powstania do ostatecznego zdobycia przez Mehmeda Zdobywcę, oparły się Arabom, Bułgarom i Seldżukom. Nie wytrzymały jednak naporu zdesperowanych i skonfundowanych politycznie Krzyżowców z IV krucjaty, którym wenecka flota pomogła sforsować strzegący Złotego Rogu Łańcuch. Drugi raz mury padły pod naporem Turków Osmańskich. Turcy dbali o mury i rozbudowywali je, jak również cały system broniących nazywającego się od tej pory Stambułem miasta. Jednak i na mury przyszedł kres, kiedy tradycyjny model wojny odszedł do lamusa. Miasto rozrastało się i potrzebowało przestrzeni oraz budulca. Niszczejące mury zaczęto rozbierać, a pięknie obrobiony bizantyjski kamień dzisiaj pewnie znaleźć można w fundamentach wielu okolicznych domów.

Dzisiaj Mury Teodozjusza to tylko atrakcja dla turystów, do tego niezbyt oblegana. W czasie naszego długiego spaceru wzdłuż murów nie spotkaliśmy tu ani pół turysty. Spacer wzdłuż tego niezwykłego dzieła starożytnych architektów to przyjemna odmiana po zatłoczonym centrum Stambułu - radzimy wybrać jednak zewnętrzną ścieżkę - po wewnętrznej stronie czasem nie ma za bardzo jak przejść, tak mury zarosły gęstą zabudową domków i warsztatów. Spacer zewnętrznym pasem wśród zieleni będzie również przyjemniejszy biorąc pod uwagę, że po wewnętrznej, w okolicy meczetu Mihrimah (warto wejść tu chociaż na chwilę, świetliste wnętrze jednego z ostatnich dzieł Sinana wręcz powala na dywan, polecamy też jadłodajnię przy meczecie, gdzie za śmieszne pieniądze można zjeść pyszne dania duszone) urządzono zajezdnię dla śmieciarek. Mury na całej swojej długości są niezwykle różnorodne - baszty, bramy, wieże, umocnienia... Są też w różnym stanie, jedne odcinki są lepiej zachowane, inne gorzej, można też spotkać kontrowersyjne, współczesne rekonstrukcje ostro krytykowane przez naukowców. W murach wycięto również szerokie prześwity, przez które biegną dzisiaj ruchliwe arterie komunikacyjne. Ciekawie jest obserwować, jak różni się Stambuł po obu stronach muru - po tej wewnętrznej mamy stare, niewielkie domy i kamienice, meczety i pałace, po zewnętrznej - ruchliwą autostradę, bloki i przemysłowe molochy. My skręcamy w Millet Caddesi i wygodnym (bo transport miejski w Stambule naprawdę robi wrażenie) tramwajem wracamy do centrum.

Mury Teodozjusza dają dobre wyobrażenie jakim wielkim przedsięwzięciem była w starożytności wojna, ale też i przetrwanie w zdominowanym przez wojnę świecie. A sam spacer od wspaniałości kościoła na Chorze i meczetu Mihrimah, przez dzielnicę biednych warsztatów po jednej i betonowych bloków po drugiej stronie muru daje też dobre wyobrażenie o współczesnym Stambule, rozpiętym między heroiczną przeszłością a truchtającą pracowicie w stronę przyszłości teraźniejszością.

Galeria: 

Stambuł - pałac Bukoleon od IV wieku

To, co pozostało z wielkiego pałacu bizantyjskich cesarzy dziś budzi bardziej melancholię, niż podziw. Jednak jeżeli zaprząc do pracy wyobraźnię i spróbować przyjrzeć się temu miejscu raz jeszcze, można poczuć się onieśmielonym...

Dzisiaj nawet ciężko tu trafić. Opuszczając plątaninę uliczek dookoła Błękitnego Meczetu kluczymy chwilę, przechodzimy pod linią kolejową i trafiamy na ruchliwą ulicę Kennedy'ego biegnącą wzdłuż wybrzeża morza Marmara. Tutaj, zaraz koło parkingu dla autobusów, znajduje się niewielki skwer. Kilka ławeczek z widokiem na pędzące tiry i zmierzające w stronę Bosforu drobnicowce. Ale kiedy zadrzeć głowę wyżej, zobaczymy majestatyczną ścianę z trzema wielkimi oknami. Dookoła trochę antycznego gruzu, kilka połamanych kolumn. To tyle. Tyle pozostało z wielkiego pałacu, którego budowę rozpoczął Konstantyn Wielki.

Ale wyobraźmy sobie, że to, co widzimy, to skromniutka część olbrzymiego kompleksu, który obejmował 5 tysięcy metrów kwadratowych (a więc całą dzielnicę!), składał się z ponad 500 połączonych ze sobą sal i 30 kaplic. Po całym Sultanahmet rozsiane są mniejsze lub większe pozostałości po tym cudzie architektury - piwnice, mozaiki, freski. To w podziemiach sklepu z dywanami, to w luksusowym hotelu. Piękne mozaiki podziwiać możemy w Muzeum Mozaiki przytulonym do Błękitnego Meczetu (akurat trafiliśmy na remont...). A teraz popatrzmy na tą ledwo trzymającą się pionu ścianę z wielkimi, prostokątnymi oknami (jak są wielkie możemy przekonać cię porównując je z okolicznymi domami). I teraz wyobraźmy sobie, że nie ma ruchliwej ulicy Kennedy'ego, a o majestatyczne mury chroniące pałac i miasto od strony morza chlupocze woda. Gigantyczne okna otwierają się na balkon, z którego roztacza się widok na zawijające do portu statki. Istotnie, siedziba godna cesarzy.

Budowę pałacu rozpoczął w IV wieku Konstantyn Wielki, a każdy kolejny cesarz dokładał coś od siebie. Nazwa pochodzi od posągów byka i lwa, które zdobiły port i były symbolami siły. W XIII wieku pałac splądrowali krzyżowcy, jednak ci, którzy szukali tu schronienia uniknęli rzezi. Kiedy Michał VIII Paleolog przegnał łacinników z Konstantynopola, za siedzibę wybrał sobie pałac Blachernae, a wielki pałac zaczął podupadać, aż wreszcie popadł w ruinę. I kiedy Konstantynopol zdobyli Turcy, rozpoczęła się powolna rozbiórka kompleksu, aż wreszcie została z niego jedna, jedyna ściana, którą podziwiać możemy dzisiaj. Przyglądamy się bacznie ścianie przez teleobiektyw aparatu, próbujemy wypatrzeć ukryte w załomie muru, w plątaninie pędów dzikiego wina kapitelik, fryz, motyw dekoracyjny.

Nie ma tutaj tłumów turystów, na skwerku jesteśmy sami. Patrzymy, jak na ruinach wielkiego pałacu bizantyjskich cesarzy powyrastały drewniane, dzisiaj również w większości zrujnowane, drewniane, otomańskie domy jak z powieści Orhana Pamuka. Szumi ruchliwa ulica Kennedy'ego i linia kolejowa do stacji Sirkeci, gdzie kończył bieg słynny Orient Express. Zostawiamy za sobą w zadumie ruiny pałacu Bukoleon i wzdłuż wybrzeża morza Marmara udajemy się do Kumkapi, gdzie w porcie, do którego zawijają rybacy zjeść można niesamowite rzeczy (polecamy nie drogie restauracje, ale stoiska na rybnym targu, gdzie na bieżąco ktoś smaży coś, co ktoś inny właśnie wyłowił z morza).

Galeria: