Włochy - Rzym

Rzym. Wieczne miasto. Jedno z najważniejszych dla kultury Zachodu miejsc, gdzie rodziły się i umierały imperia, epoki, style, gdzie od trzech tysięcy lat działa się wielka historia. Pojechaliśmy tam, by na zatłoczonych placach, gwarnych ulicach, ale i w zapomnianych przez turystów zaułkach, cichych piazzach odnaleźć pozostałości tej wielkiej historii. Od kampanili do kampanili, od wielkiej bazyliki św. Jana na Lateranie po chiche i jakby zapomniane kościółki Santa Pudenziana czy San Giorgio in Velabro, od złotego Bizancjum mozaik Santa Maria Maggiore po mroczny i ascetyczny romanizm Santa Maria in Cosmedin nasz zachwyt Wiecznym Miastem rósł. Zapraszamy do wędrówki po uliczkach Rzymu szlakiem romańskich perełek!

Rzym - baptysterium św. Jana na Lateranie z IV/V wieku

Po ogromie i bogactwie bazyliki św. Jana na Lateranie (z czego na pierwszy plan wysuwają się niezwykłe krużganki - ale o tym jeszcze nie teraz), maleńkie, zbudowane z rudej, rzymskiej cegły baptysterium św. Jana u Źródła może wydawać się niepozorne. Ale nie dajmy się zwieść - tu też kryją się skarby!

Baptysterium w formie rotundy powstało tu bardzo wcześnie - już na początku IV wieku (zaadaptowano na nie istniejący już budynek). Podczas pierwszej przebudowy w V wieku nadano baptysterium kształt ośmiokąta z niewielką kopułą, podtrzymywaną w środku przez osiem kolumn. Basen chrzcielny znajdował się na środku, wokół niego znajdowało się obejście. W V wieku dodano również do budynku cztery kaplice. I one są właśnie najciekawsze...

Samo wnętrze baptysterium dzisiaj - choć zachowało swój romański kształt - nie zachowało romańskiego charakteru. Żeby zobaczyć coś oryginalnego, trzeba zajrzeć do kaplicy św. Jana Ewangelisty, gdzie odnajdziemy prawdziwe skarby - mozaiki z V wieku (w tym przepiękne przedstawienie Chrystusa w apsydzie), odsłonięte fragmenty posadzki, kolumny oraz zamurowane przezrocza okienne (podobne do tych, które znamy np. z kościoła Santa Sabina). W innej kaplicy - św. Jana Chrzciciela - znajdują się za to drzwi, które pochodzą z term Karakalli.

Chodziliśmy po baptysterium św. Jana na Lateranie wyobrażając sobie, jak mogło wyglądać w czasach Konstantyna i świetności pałacu laterańskiego, pokryte złoconymi mozaikami... Tutaj tworzyła się historia, tutaj triumfujące po wiekach prześladowań chrześcijaństwo przejmowało duchową władzę nad chylącym się już powoli ku upadkowi Imperium. Tutaj tworzyła się Europa.

Galeria: 

Rzym - bazylika San Giovanni in Laterano - od IV w. i krużganki z XIII wieku

Miejsce, w którym stoimy ma bogatą i długą historię. Jest to też jedno z najważniejszych dla chrześcijaństwa miejsc na świecie - "matka i głowa wszystkich kościołów miasta i świata", archibazylika, katedra biskupa Rzymu, czyli papieża. Bazylika św. Jana na Lateranie. A w zasadzie - bazylika Najświętszego Salwatora, św. Jana Chrzciciela oraz św. Jana Ewangelisty.

Całkiem tu tłoczno i głośno - przez krzyżujące się tutaj arterie komunikacyjne mkną samochody. Na ustawionych niedaleko "świętych schodów" straganach imigranci z północnej Afryki sprzedają beatyfikacyjne gadżety w rodzaju Jana Pawła II z kiwającą główką. Napis w języku papieża-Polaka głosi - "u nas taniej niż w Biedronce". Przed nami monumentalna fasada z białego kamienia. Trudno po niej poznać, że miejsce, w którym stoimy historią swoją sięga czasów Konstantyna. Pierwszy cesarz przyjazny chrześcijaństwu podarował pałac laterański (który otrzymał w posagu swojej drugiej żony Fausty) papiestwu. Odbył się tu synod potępiający herezję donatystów, a papieże zagościli tu na stałe (a przynajmniej na długo). Szybko wniesiona pięcionawowa bazylika stanęła w miejscu dawnych koszar Maksencjusza i była sercem organizującego się w nowe, formalne już i państwowe struktury, chrześcijaństwa. Kompleks rozrastał się - dobudowano baptysterium, benedyktyński klasztor, wreszcie tajemniczą kaplicę San Lorenzo, znaną ze "świętych schodów", które przywieźć miała z Jerozolimy cesarzowa Helena oraz "nie ręką ludzką uczynionego" wizerunku Chrystusa.

Ale - tak jak samo papiestwo - bazylika i pałac miały też swoje gorsze czasy. Najpierw, budynki ucierpiały w czasie najazdu Wandalów, w IX wieku - wskutek trzęsienia ziemi. Potem - ucierpiało samo papiestwo, wywiezione razem z Klemensem V (papieżem, który rozwiązał zakon Templariuszy, choć zwolnił ich z zarzutu herezji) do Awinionu. Podczas krótkiej choć mrocznej "niewoli awiniońskiej" cały kompleks kilkakrotnie nawiedzały pożary i kiedy ostatecznie papiestwo wróciło do Rzymu, kompleks nie nadawał się do zamieszkania. Wtedy to podjęto decyzję o przeniesieniu "stolicy apostolskiej" do Watykanu, do istniejącej tam już od czasów Konstantyna bazyliki i zaordynowano budowę pałacu watykańskiego.

Co nie znaczy, że papieże o Lateranie zapomnieli. Bazylikę i pałac odbudowywano i przebudowywano od XV do XVIII wieku. W XVI wieku Domenico Fontana odbudował pałac i zaprojektował północną fasadę kościoła, wtedy też pojawił się na placu słynny obelisk Konstantyna, zwindykowany oczywiście w Egipcie ze świątyni w Karnaku. W XVII wieku za kościół zabrał się kontrowersyjny mistrz baroku Francesco Borromini i od tego czasu wnętrze bazyliki wiele się nie zmieniło (a mianowicie wygląda, jakby wybuchło w nim wielkie opakowanie bitej śmietany w sprayu). Na koniec, w XVIII wieku powstała wyżej wymieniona klasycystyczna fasada autorstwa Allesandra Galilei.

Niestety niewiele pozostało tu z czasów, które nas interesują - prawie wszystko pokryte jest barokową skorupą bitej śmietany Borrominiego. Zacznijmy więc od czasów najwcześniejszych - możemy tu znaleźć zabytki z czasów starożytnego Rzymu - posąg Konstantyna pochodzi z term, a drzwi - z siedziby rzymskiego senatu, czyli Kurii. Wewnątrz, w morzu barokowych dekoracji łatwo przegapić niewielki fresk Giotta przedstawiający Bonifacego VIII ogłaszającego święty rok 1300. Wewnątrz, wśród barokowych, poskręcanych w przedziwnych pozach ciał świętych (można pobawić się w rozpoznawanie świętych po atrybutach) znaleźć możemy kilka papieskich grobów. Imponujące mozaiki w apsydzie to też niestety tylko kopie zniszczonych oryginałów. Nie zdążyliśmy się im nawet przyjrzeć - akurat zaczynała się codzienna msza i panowie ochroniarze grzecznie a stanowczo poprosili nas o schowanie aparatów, zajęcie miejsca w ławie bądź oddalenie się i nieprzeszkadzanie. Uznaliśmy to za ten moment, w których pora udać się na krużganek.

Bo tu, na krużganku, można odnaleźć jedno z najpiękniejszych romańskich miejsc w całym Rzymie. Na trzynastwieczne pozostałości dawnego klasztoru wchodzi się z transeptu, z północnego skrzydła. Bogactwo zdobień w stylu arte cosmatesca odbija znaczenie tego miejsca dla całego chrześcijaństwa. Podwójne kolumienki podtrzymujące arkady są filigranowe, poskręcane w różne fikuśne kształty, wielokolorowe. Obchodzenie krużganków (a są one dość spore) to cudowny spacer. Przepiękne kolumenki, interesujące lapidarium starożytnych i średniowiecznych pozostałości dawnego klasztoru i bazyliki, zieleń, cisza i spokój. Cudowna odmiana po całym dniu biegania po mieście o typowo południowym temperamencie.

Bazylika św. Jana na Lateranie jest dla nas szczególnie ważna. Ale nie z powodu jej starożytnego pochodzenia, wagi dla Kościoła katolickiego czy czysto fizycznego ogromu (przyznajemy - jest ogromna). To te niezwykłe krużganki, zwichrowane przez czas i trzęsienia ziemi, ale wciąż wspaniałe, kojarzą nam się jak najlepiej. Z ciszą, pięknem, zachodem słońca nad kopułami Rzymu...

Galeria: 

Rzym - bazylika Santa Maria Maggiore z V-XIII wieku

Dowlekliśmy się na Eskwilin na przysłowiowych ostatnich nogach, prosto z Lateranu, na który zaniosło nas (oczywiście na piechotę) z Centro Storico, dokąd przydreptaliśmy z okolic Watykanu. Bazylikę widać już z daleka, jej monumentalna bryła i wysoka, romańska kampanila stanowią punkt orientacyjny w terenie. Pchnąwszy ciężkie drzwi znaleźliśmy się w środku. Rzędom jońskich kolumn zdawałoby się nie było końca...

Początki bazyliki wiążą się nierozerwanie z początkami kultu Matki Boskiej w kościele katolickim. Legenda mówi, że w IV wieku papież Liberiusz miał sen - objawiła mu się Matka Boska i poleciła, by w miejscu, gdzie spadnie śnieg wybudować kościół (stąd pierwsze wezwanie - Matki Boskiej Śnieżnej). Jakież było zdziwienie Rzymian, gdy w nocy z 4 na 5 sierpnia 352 roku rzeczywiście spadł śnieg, znacząc zarys przyszłego kościoła na wzgórzu Eskwilińskim (do dziś świętuje się rocznicę tego wydarzenia, kiedy to sypie się w bazylice płatki białych róż). Kościół wzniesiono w V wieku z polecenia papieża Sykstusa III po uznaniu przez sobór w Efezie dogmatu niepokalanego poczęcia. Potężna bazylika o rzędach wyszabrowanych ze świątyni Junony jońskich kolumn i bogatych, kolorowych mozaikach stanęła zatem na Eskwilinie ku chwale Matki Boskiej, której kult szerzył się w całym chrześcijańskim świecie.

Pierwsze przebudowy bazyliki miały miejsce w XIII wieku, kiedy to do kościoła dostawiono wysoką kampanilę, dobudowano transept i apsydę. Mimo że układ przestrzenny kościoła od swoich początków w V wieku stosunkowo niewiele się zmienił (jońskie kolumny wciąż podtrzymują masywne ściany zwieńczone monumentalnym stropem), to jednak wyposażenie i dekoracje nie należą już do tych oryginalnych. Najbardziej zmienił się chyba zewnętrzny wygląd kościoła - patrząc na jego XVIII wieczną fasadę, barokowe kopuły nad kaplicami i skrzydła pałacu kapituły przylegające od lewej i prawej do kościoła, nie sposób domyślić się jego antycznego niemalże rodowodu. Jednak jest w środku kilka cudów, które przypominają o bizantyjskiej chwale kościoła...

Na wewnętrznych ścianach nawy głównej, ponad kolumnadą znajdujemy słabo widoczne, obudowane barokowymi złoceniami panele wypełnione mozaiką. To pozostałości z pierwotnej dekoracji kościoła, przedstawiające sceny biblijne. Trudno je wypatrzyć z poziomu posadzki, przydaje się teleobiektyw, przez który na maksymalnym zbliżeniu podziwiamy te cudeńka, prakomiksy o żywych wciąż barwach. Tutaj czytelnikowi należy się wyjaśnienie - dlaczego mamy z tego miejsca tak niewiele zdjęć? Przecież mozaiki te ciągną się po jednej i po drugiej stronie nawy przez całą długość kościoła. Cóż, winne są gabaryty budowli. Mozaiki można spokojnie przez teleobiektyw oglądać, jednak próba zrobienia im zdjęcia w ciemnym, przepastnym wnętrzu przypomina próbę sfotografowania kolibra w locie, szczególnie, że nasz teleobiektyw nie posiada stabilizatora obrazu. Na wszystkie zrobione mozaikom w nawie zdjęcia wyszło jedno - przedstawia biblijną wieżę Babel.

Kolejny skarb to mozaiki na łuku tęczowym. Pochodzą z V wieku i przedstawiają sceny z Nowego Testamentu, poświęcone Matce Bożej. Mamy więc tu Zwiastowanie, Pokłon Trzech Mędrców, Rzeź Niewiniątek, Ofiarowanie w świątyni i Heroda przyjmującego Mędrców ze Wschodu. Pośrodku łuku znajduje się tron Boga-Ojca pomiędzy św. Piotrem i św. Pawłem oraz metaforyczne przedstawienia ewangelistów. W późniejszej o kilka wieków apsydzie również feeria barw - to przedstawienie Koronacji Matki Bożej w asyście świętych. I znów dopadła nas fotograficzna klątwa bazyliki Santa Maria Maggiore - rzymskim zwyczajem żeby oświetlić mozaiki, trzeba wrzucić do automatu kilka euro, co zwykle starcza na kilka minut. Jednak w tym kościele automat znajdował się... w kruchcie. Zatem, wrzuciwszy monetę, puściliśmy się w długą przez długi jak boisko kościół, lawirując wśród turystów, odprowadzani czujnym wzrokiem ochroniarza, by chociaż przez chwilę nacieszyć oczy mozaikami i zrobić kilka zdjęć. Niezbyt ostrych, przyznajemy, i nie najlepiej skadrowanych. Naszą uwagę przykuwa jeszcze posadzka w stylu arte cosmatesca, wykonana z marmuru i porfiru.

To generalnie tyle - przez wieki wnętrze kościoła pokryła skorupa barokowych złoceń, plafonów, wyrosły tu zarośla kręconych wymyślnie kolumieniek, a załomy iluzjonistycznych ołtarzy zamieszkały pyzate aniołki wygięte w nienaturalnych pozach. Warto jednak rozejrzeć się jeszcze raz po kościele, w którego wnętrzu znajdujemy świadków trudnych dziejów kościoła katolickiego. Spójrzmy zatem w górę, na ozdobiony herbami papieży z surowo osądzonego przez historię rodu Borgia - Kaliksta III i Aleksandra VI (który od niedawna ma dla nas twarz Jeremy'ego Ironsa). Zdobi go przywiezione przez Krzysztofa Kolumba zrabowane Nowemu Światu złoto, ofiarowane papieżom przez Izabelę Katolicką. Spójrzmy na kilka papieskich nagrobków - oto Sykstus V, Paweł V z rodu Borghese, Pius V, papież, który obłożył ekskomuniką Elżbietę I. Nieco dalej - grobowiec rodzinny rodu Berninich. Leży tu najszerzej znany przedstawiciel tego rodu, papieski rzeźbiarz i - według Dana Browna - Iluminata, Gian Lorenzo Bernini, autor najpiękniejszych barokowych rzeźb, z których najbardziej znana to chyba Ekstaza (hm...) św. Teresy.

Przebodźcowani chociaż niezaspokojeni fotograficznie opuszczamy bazylikę Santa Maria Maggiore, jedną z czterech bazylik papieskich Rzymu. Pora udać się na zasłużony odpoczynek, gdzieś w jakiejś skromnej pizzerii lub trattorii, przy kieliszku Frascati i parującej zapachem bazylii i oliwy z oliwek misce makaronu...

Galeria: 

Rzym - kościół San Bartolomeo z X/XI wieku

Kościół San Bartolomeo jak mało które miejsce w Rzymie wiąże się z najwcześniejszą historią Polski (co na rzymskie warunki nie oznacza znowu tak głębokiej przeszłości). W tym niewielkim kościółku na wyspie Isola Tiberina Otton III złożył relikwie ramienia św. Wojciecha, a historia polskiego (a może czeskiego?) świętego spleciona jest od wieków z tym miejscem.

Przez starożytny most Ponte Fabricio przechodzimy z Getta na Isola Tiberina. Już z mostu możemy dostrzec zgrabną sylwetkę kościoła z przyklejoną do niej charakterystyczną kampanilą. Niewielka, ale urocza wysepka dzisiaj mieści szpital (jeden z najstarszych w Rzymie). Jest to o tyle znaczące, że w starożytności znajdowała się tu świątynia Eskulapa (ciągłość kulturowa została zachowana). Na placyku przed kościołem niespokojnie kołują mewy, krzycząc wniebogłosy. Toczą zajadły bój o porcję spaghetti z sosem pomidorowym, które ktoś zostawił im na murku od strony rzeki. Co za miejsce, gdzie nawet latające szczury jedzą lepiej, niż u nas karmią w niejednej stołówce szkolnej czy studenckim barze...

Kościół San Bartolomeo stoi w miejscu dawnej świątyni Eskulapa. Mówi się, że kolumny kościoła pochodzą właśnie z tej świątyni. Tutaj również, u stóp ołtarza bije źródełko o uzdrawiających właściwościach. Studzienka, jaką obmurowano źródełko jest dla naszej najstarszej historii zupełnie wyjątkowym zabytkiem - zawiera bowiem najprawdopodobniej najstarsze przedstawienie św. Wojciecha. Ale po kolei.

Początki kościoła toną w mrokach historii - jedni historycy uznają, że ufundował go Otton III właśnie w kontekście rodzącego się kultu świętego męczennika z dalekiego kraju, inni cofają jego historię dalej w przeszłość. Kościół początkowo nosić miał wezwanie właśnie św. Wojciecha/Adalberta. Wezwanie św. Bartłomieja i św. Paulina z Noli pojawiło się XII wieku, kiedy do kościoła sprowadzono relikwie św. Bartłomieja, a ostatecznie utrwaliło się wezwanie San Bartolomeo. Otton wybrał wyspę na Tybrze nie bez powodu - usytuowanie kościoła miało nawiązywać do szczegółów męki św. Wojciecha, zamordowanego nad brzegiem jeziora Drużno. Szerzący się i niezwykle istotny politycznie kult słowiańskiego świętego miał gorącego orędownika w osobie cesarza, który w koście San Bartolomeo złożył relikwie ramienia św. Wojciecha, które otrzymał od swojego sprzymierzeńca, młodego księcia Bolesława (relikwie zostały podzielone między dwie stolice ówczesnego świata - Rzym i Akwizgran). Rzymskie relikwie św. Wojciecha powróciły do Polski w 1928 roku i przechowywane są w skarbcu katedry gnieźnieńskiej.

Sam kościół nie sprawia oszałamiającego wrażenia - agresywny barok nie pozostawia wiele miejsca na średniowieczne reminiscencje - kościół w XVI wieku przebudowano po zniszczeniach, jakich doznał. Kościół ma bardzo klasyczny układ niewielkiej bazyliki z transeptem, apsydą i kaplicami po obu stronach prezbiterium. Pod kościołem znajduje się ottońska krypta, której niestety nie udało nam się zobaczyć.

To, co najciekawsze, to cembrowina studzienki, z wizerunkami Chrystusa Zmartwychwstałego, cesarza (najprawdopodobniej Ottona III), św. Bartłomieja (postać z brodą i księgą) oraz najprawdopodobniej św. Wojciecha. Postać trzymająca w ręku pastorał, ubrana w paliusz uznawana jest za pierwsze przedstawienie św. Wojciecha w ikonografii (nie przez wszystkich historyków - niektórzy uznają, że to przedstawienie św. Paulina z Noli).

Fascynujące jest napotkać w obcym mieście, gdzieś na drugim końcu Europy ślady postaci i wydarzeń tak dobrze znanych z naszej rodzimej historii. Kościół San Bartolomeo może nie jest najbardziej charakterystycznym i najlepiej zachowanym starym kościołem w Rzymie, ale bliski jest polskiej duszy (chociaż o dziwo Polaków tu mało). Miło się odpoczywa słuchając pokrzykiwania ptaków, na murku nad Tybrem. A za Tybrem czeka już na nas Zatybrze, z setkami knajpek i trattorii, gdzie można znakomicie zjeść, wypić i poczuć się trochę jak na krakowskim Kazimierzu...

Galeria: 

Rzym - kościół San Clemente z XI wieku

Z Forum Romanum, z Koloseum ruchliwą Via di San Giovanni in Laterano dojść można spacerkiem na Lateran. Robi się tu trochę mniej turystycznie, a ceny w mijanych trattoriach wyraźnie spadają. Ale nie dajmy się zwieść - w tej spokojnej okolicy znajduje się jeden z najbardziej niezwykłych kościołów Rzymu - bazylika San Clemente.

Historia tego miejsca jest długa i mówi prawie wszystko o historii samego Rzymu. Na początku stał tu dom, budynek z czasów Republiki, spalony w 64 roku w czasie wielkiego pożaru Rzymu. Odbudowany na zgliszczach nowy dom był własnością rzymskiego dostojnika, konsula i męczennika Titusa Flaviusa Clemensa, który bardzo wcześnie nawrócił się na chrześcijaństwo, za co zapłacił wysoką cenę. Kiedy chrześcijaństwo wyszło z katakumb i zostało oficjalną religią Imperium, w IV wieku dom został zamieniony na kościół, przystosowany do celów kultowych. Przez stulecia wiele się tu zmieniało, dom został rozbudowany do rozmiarów całkiem sporej bazyliki. W XI wieku, w czasie najazdu Normanów kościół spłonął. Odbudowano go z rozmachem i ten budynek podziwiać można do dziś.

Kościół San Clemente dziś to trójnawowa bazylika bez transeptu, za to z atrium, którego jońskie kolumny zrecyclingowano najprawdopodobniej z forum. Budynek z rudej, rzymskiej cegły wtapia się w architekturę ulicy i prawie można go przeoczyć. Wewnątrz od razu uwagę zwraca apsyda z niezwykłą mozaiką przedstawiającą "triumf krzyża" - w centrum mozaiki znajduje się krzyż, otoczony girlandami wici roślinnych. Na krzyżu przysiadły białe gołąbki, poniżej - baranki. Ciąg dalszy mozaik znajduje się na łuku tęczowym. Całość skrzy się złotem i oszałamia barwami. Kolejny niezwykły element to schola cantorum na środku kościoła, bogato dekorowana marmurami, które pochodzą jeszcze z pierwszej bazyliki. Całości dopełnia posadzka w stylu arte cosmatesca. Wnętrze kościoła jednak nie uniknęło barokowych przebudowań - dekoracje sufitu i ścian naw pochodzą z XVIII wieku. W kościele znajdują się relikwie św. Klemensa, jednego z pierwszych papieży oraz św. Cyryla - apostoła Słowian. Co ciekawe, kościół nie jest orientowany na wschód - od wschodu znajduje się atrium i wejście do kościoła. Może być to tajemnicza pozostałość wpływów kultów solarnych, popularnych w Rzymie w czasie powstawania chrześcijaństwa (jedno z pierwszych przedstawień Chrystusa w watykańskim Necropolis ukazuje go jako "Słońce Niezwyciężone", Sol Invictus).

Jakież było nasze rozczarowanie, kiedy okazało się, że w kościele obowiązuje zakaz fotografowania, pilnowany przez energiczne panie kustoszki. To, co udało nam się sfotografować zanim zostaliśmy przywołani do porządku - to nasze. Zwiedzając resztę niezwykłości tego kościoła musieliśmy powstrzymać odruchy fotograficzne i zadowolić się kupnem pocztówek. A jest co zwiedzać, bo "górny kościół" to dopiero początek...

Okazuje się bowiem, że pierwsza bazylika nie zniknęła do szczętu. Archeologowie wypreparowują spod obecnej bazyliki jej starsza siostrę. Wciąż czytelny pozostaje układ budowli, a na misternie odsłoniętych ścianach i kolumnach wciąż widać ślady wczesnochrześcijańskich fresków. To jednak wciąż nie koniec - schodzimy niżej, do pozostałości po rzymskich domach z przełomu tysiącleci. I odnajdujemy kolejne miejsce kultu, tym razem nie chrześcijańskiego. To pochodzące z II wieku Mitreum, czyli świątynia boga Mitry, niezwykle popularnego w starożytnym Rzymie. Niewielka "jaskinia" pomieścić mogła kilkanaście osób - najprawdopodobniej była to kaplica przy szkole mitraistycznej. Centralne miejsce zajmuje tu ołtarz ozdobiony wizerunkiem Mitry zabijającego byka. W znajdującej się w ścianie niszy zaś przetrwał wizerunek Mithras petra generix - Mitry zrodzonego ze skały. Po prawej i lewej stronie od ołtarza znajdują się kamienne ławy dla zebranych członków społeczności. Podziemia kościoła San Clemente można zwiedzać godzinami, przenosząc się w czasie i zmieniając kręgi kulturowe. Labirynt tajemnych przejść między pieczołowicie wygrzebanymi z ziemi pozostałościami po codziennym życiu starożytnych Rzymian daje wiele do myślenia o skomplikowanej historii tego miasta. A jeszcze w dodatku gdzieś w oddali szemrze cicho podziemna rzeka (dziejów?).

San Clemente to niezwykły pomnik kulturowego trwania, przenikania się epok, porządków, sacrum (różnych) i profanum. To przystanek obowiązkowy, lekcja historii i fascynujący dokument, który czytać można długo i na wiele sposobów.

Galeria: 

Rzym - kościół San Crisogono z XII wieku

Na Zatybrzu naprawdę można się zgubić. Wąskie (i często śpele) uliczki, ciemne zaułki... Już traciliśmy nadzieję, że potrafimy zlokalizować kościół przyczepiony do wystającej poza niskie kamieniczki kampanili, kiedy okazało się, że kościół leży przy głównej (i całkiem ruchliwej, jak to w Rzymie) ulicy Zatybrza - Viale di Trastevere. Ciężko było zrobić mu zdjęcie w całości, bez przejeżdżających, czy parkujących w okolicy samochodów. Cóż, trudno. Kontekst zabytku też jest ważny.

Kościół San Crisogono należy do grupy najstarszych miejsc kultu chrześcijańskiego w Rzymie (tituli) - pierwszą świątynię zbudował tu papież Sylwester I w IV wieku. Dzisiaj pozostałości tej pierwszej budowli z czasów Konstantyna można zwiedzać w zakrystii. Nie do końca wiadomo, jaka była pierwotna forma tego kościoła, najprawdopodobniej była to typowa, konstantyńska bazylika. Kościół został na nowo zbudowany w XII wieku, w formie takiej, jaką prezentuje dziś. W XII wieku kościół uzyskał też romańską kampanilę. Kolejna przebudowa to wiek XVII, kiedy to udekorowano wnętrze i dobudowano do kościoła portyk.

Kościół ma bardzo klasyczny układ starych rzymskich kościołów (trójnawowa bazylika z pseudotranseptem i apsydą, z rzędami antycznych kolum jońskich, kryta stropem), jednak w śródku króluje barok. To, na co warto zwrócić uwagę, to po pierwsze niezwykła posadzka w stylu arte cosmatesca, po drugie - freski w apsydzie (Madonna z dzieciątkiem), pędzla Pietra Cavalliniego, a po trzecie - konfesja z VIII wieku i ołatarz z XII wieku (kryty baldachimem zaprojektowanym przez samego Gian Lorenza Berniniego).

Nie spędziliśmy tu dużo czasu - właśnie zaczynała się msza i nie chcieliśmy przeszkadzać zebranym w kościele wiernym w modlitwie (stąd mizeria naszej galerii - nie wypadało nam robić zdjęć, kiedy ksiądz rozpoczynał nabożeństwo). Omietliśmy wzrokiem misterne posadzki, rzuciliśmy okiem do środka prezbiterium i poszliśmy dalej. Zatybrze ma bowiem jeszcze wiele atrakcji.

Galeria: 

Rzym - kościół San Giorgio in Velabro z VII wieku

Autor przewodnika Rough Guides (bardzo polecamy, naprawdę dobry przewodnik po Rzymie!) zareklamował nam kościół San Giorgio in Velabro jako jeden z najpiękniejszych starych kościołów w Rzymie. Postanowiliśmy to sprawdzić. Okazuje się, że to święta prawda.

Gwarne Piazza Bocca della Verità, gdzie trwały akurat przygotowania do wielkiej bitwy na poduszki, na co dzień jest niebywale zatłoczone. Japońskie i amerykańskie wycieczki cisną się w kolejce do słynnych Ust Prawdy, zupełnie nie zwracając uwagi na dostojne, romańskie piękno kościoła Santa Maria in Cosmedin, w portyku którego znajdują się słynne Usta. Ruchliwymi ulicami mkną trąbiąc wniebogłosy samochody i wszechobecne skutery. A wystarczy odejść kilka kroków Via del Velabro, minąć zniszczony przez kaprysy pogody Łuk Janusa, i naraz znajdujemy się w zupełnie innym świecie...

Na małym placyku stoi niewielki kościół zbudowany z rudej, rzymskiej cegły. Wygląda nieco koślawo, z przekrzywionym portykiem, niewysoką kampanilą i przyklejonym do kościoła po lewej stronie niewielkim łukiem ku czci Septymiusza Sewera i jego rodu. Sam kościół pochodzi z VII wieku, portyk i kampanila - z XII wieku. Całe szczęście w Rzymie zasada otwartych (chociaż nie w czasie sjesty) kościołów jest pieczołowicie przestrzegana. Weszliśmy zatem do środka...

Kościół ma niezwykle prosty układ - to trójnawowa bazylika bez transeptu, z nawą główną zamkniętą od razu apsydą. Kościół przekryty jest stropem (po którym najlepiej widać, jak nierówna jest nawa główna), w nawach bocznych widać odsłoniętą więźbę dachową. Proste, oszczędzone przez barok (to w Rzymie dość nietypowe) ściany nawy głównej podtrzymują arkady oparte na wiekowych kolumnach o korynckich i jońskich kapitelach. Nawy boczne doświetlają niewielkie, rozglifione okienka. Nawę główną - pięknie, misternie wycięte w kamieniu kwadratowe otwory okienne. W głównym ołtarzu znajdującym się pod prostym baldachimem spoczywają relikwie św. Jerzego (fragment jego czaszki), które zostały tu złożone w VIII wieku.

Wnętrze kościoła jest ascetyczne i puste (cóż za odmiana po orgiastycznym baroku, którego w Rzymie pełno na każdym kroku!), jego w zasadzie jedyna dekoracja to niezwykły fresk w apsydzie, trzynastowieczne dzieło Pietra Cavalliniego. Fresk przedstawia Chrystusa w otoczeniu świętych (m.in. św. Jerzego oraz Matki Bożej). To dzieło jeszcze średniowieczne, choć można doszukiwać się w nim już zapowiedzi renesansu.

Spędziliśmy w kościele San Giorgio in Velabro niezwykłe, pełne skupienia i zadumy nad sztuką pół godziny podczas gdy popołudniowe światło robiło z wnętrzem kościoła niesamowite rzeczy. Potem posiedzieliśmy jeszcze na ławeczce przed kościołem chwilę podziwiając wygrzewającego się na dachu zabytkowego Mini Morrisa kota-kanapowca. A potem, jak zwykle na zakończenie dnia wypełnionego od rana do wieczora zwiedzaniem - poszliśmy na wino i kawałek pizzy.

Galeria: 

Rzym - kościół San Marco z IV-IX wieku

Piazza Venezia to dzisiaj jeden z najbardziej ruchliwych placów Rzymu. Stąd niedaleko do Centro Storico, na Fora, a co najważniejsze, stoi tu Il Vittoriano - majestatyczna budowla z pomnikiem Wiktora Emmanuela, przez Rzymian zwana Wielką Maszyną Do Pisania. To centrum dzisiejszego Rzymu. Od zgiełku Piazza Venezia uciekamy na spokojniejszy Piazza San Marco. Tu, pilnowana przez spłukaną przez deszcze, hojnie obdarzoną przez rzeźbiarza Madam Lucretię (w rzeczywistości to posąg Izydy), jeden z "mówiących posągów Rzymu", stoi bazylika San Marco.

Historia tego miejsca sięga IV wieku. Kościół ufundował papież Marek, ku czci swojego imiennika Ewangelisty. Pierwsze renowacje miały tu miejsce w VIII wieku, a znaczna przebudowa w wieku IX, za panowania papieża Grzegorza IV. Z tego właśnie okresu pochodzi najcenniejszy skarb kościoła - mozaika apsydialna, przedstawiająca papieża Grzegorza ofiarowującego kościół Chrystusowi, w otoczeniu świętych, między innymi św. Marka Ewangelisty. Papież ukazany jest w charakterystycznym, kanciastym nimbie przynależnym osobom żyjącym. Poniżej znajduje się przedstawienie baranków, o których autor naszego przewodnika napisał, że niedwuznacznie przypominają one lamy. Niniejszym - potwierdzamy owo wrażenie. Na łuku tęczowym znajdują się mozaiki przedstawiające ewangelistów w swoich metaforycznych wyobrażeniach.

I to niestety tyle, jeśli chodzi o romańskie lub późnoantyczne pozostałości w tym kościele. Renesansowa a potem barokowa rewolucja znacznie przeobraziły jego wygląd, choć układ przestrzenny, jaki znamy z innych starych bazylik Rzymu (szeroka nawa główna przekryta stropem, majestatyczna apsyda, rzędy kolumn oddzielających nawy boczne) został zachowany.

Kontynuujemy spacer przez Fora, na odległy Lateran. Żegna nas Madam Lucretia, na której twarzy padający przez setki lat deszcz wyżłobił wyraz lekkiego zdziwienia.

Galeria: 

Rzym - kościół San Nicola in Carcere z VI wieku

Przez pachnące serem i pomidorami Campo di Fiori, labirynt wąskich uliczek Getta, trafiamy nad Tyber. Mijamy dostojną synagogę i teatr Marcellusa i trafiamy na niezwykły zabytek. Wygląda trochę jak znany nam z Rumunii Igor (pamiętacie kościółek w Densus, zbudowany z pozostałości po rzymskim mieście?) - to kościół San Nicola in Carcere, który w swoim korpusie zawiera szczątki trzech rzymskich świątyń.

Kościół San Nicola in Carecere zbudowano w VI wieku na ruinach Forum Holitorium, z pozostałości świątyń - m.in. Junony i Janusa. W opuszczonych świątyniach w czasach bizantyjskich znajdowało się tu więzienie, stąd część wezwania "in carcere", czyli "w więzieniu". Co do wezwania św. Mikołaja, słyszeliśmy dwie teorie. Pierwsza tłumaczy, że w czasach, gdy powstawał kościół, Tyber przepływał znacznie bliżej i znajdował się tu targ rybny - a św. Mikołaj to również patron żeglarzy. Druga mówi o wspólnocie greckiej mieszkającej w okolicy, która nadała kościołowi to wezwanie (św. Mikołaj to ważny święty w tym kręgu kulturowym).

Kościół jest niejednolitą, eklektyczną bryłą, w której doskonale widać wtórnie użyte mury rzymskich świątyń, łącznie z kolumnami o jońskich kapitelach. Wypreparowane z muru przez konserwatorów zabytków dają dobre wyobrażenie, jak powstawał kościół i jakim zmysłem do recyclingu wykazali się jego budowniczowie. Układ kościoła jest klasyczny, charakterystyczny dla większości rzymskich starych kościołów - bazylika, z arkadami wspartymi na kradzionych, rzymskich kolumnach, zamknięta apsydą (a w zasadzie trzema apsydami, na zakończeniu naw głównej i bocznych), kryta stropem. Dostawiona w średniowieczu kampanila (nieco inna, niż większość rzymskich kampanili) służy za dzwonnicę.

Kościołowi niestety nie udało się uniknąć przebudowy - pierwszy raz przebudowano go w późnym XVI wieku, potem w wieku XIX. Niestety w środku nie pozostało wiele ze średniowiecznej atmosfery - złocenia i kolorowe dekoracje nieco psują efekt. Co ciekawe, kościół jest dzisiaj miejscem kultu maryjnego - czci się tutaj obok Najświętszej Panienki z Pompei Najświętszą Panienkę z Guadalupe. W kościele znajduje się kopia cudownego obrazu tej ostatniej, przysłana w XVIII wieku z Meksyku.

Kościół San Nicola in Carcere może nie powala klimatem, może niewiele tu zostało z jego oryginalnej atmosfery, ale to niewątpliwie bardzo ważny świadek swoich czasów, kiedy to rosnące w siłę chrześcijaństwo pochłaniało to, co pozostało z umarłego ze starości Imperium. To kamienny dowód ciągłości kulturowej.

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Cecilia in Trastevere z IX wieku

Rzymskie Zatybrze to niezwykła dzielnica - nieco odrapana, trochę zakurzona, pełna tętniących po zmroku życiem knajpek. Trochę jak nasz krakowski Kazimierz. Przez wąskie i kręte uliczki, na azymut wyznaczony przez średniowieczną kampanilę, przez placyki gdzie przyszłe gwiazdy światowego futbolu kopią zapamiętale szmacianą piłkę wśród krzyków i pisków, trafiamy do kolejnej już odkrytej w zatłoczonym i zadeptanym przez turystów Rzymie, oazy spokoju - do kościoła Santa Cecilia in Trastevere.

Święta Cecylia to popularna rzymska święta, której historia przypomina znane nam już historie św. Praksedy i św. Pudencjany. Rzymska arystokratka, która podobnie jak jej mąż, zginęła podczas prześladowań za czasów Marka Aureliusza. Najpierw jej oprawcy próbowali ugotować ją żywcem w jej własnej łaźni, a następnie odrąbali jej głowę. W miejscu jej domu już w III wieku stanęła chrześcijańska świątynia, a w podziemiach kościoła zwiedzać można rzeczywiście pozostałości rzymskiej willi. Obecny kościół pochodzi, a jakże, z czasów papieża Paschalisa I, czyli z IX wieku.

Dziedziniec kościoła z niewielką fontanną na środku tchnie spokojem. Klasycystyczny fronton kościoła zapowiada, że wnętrze też zostało przebudowane. Niestety, z romańskiego majestatu rzeczywiście w środku niewiele pozostało. Gruntownie przebudowany w XVIII wieku jedynie swoim klasycznym układem (bazylika, trzy nawy, apsyda) przywodzi na myśl to, co znamy chociażby z kościoła San Giorgio in Velabro.

Jednak kościół ten zawiera trzy niezwykle interesujące dla romańskich poszukiwaczy zabytki (niestety z nich udało nam się zobaczyć tylko jeden). Po pierwsze, to apsydialna mozaika z czasów papieża Paschalisa I, prezentująca dobrze znanego nam papieża w towarzystwie św. Cecylii, która prezentuje go Chrystusowi. Drugi to fresk "Sąd ostateczny" Pietro Cavalliniego, znajdujący się na galerii dla chóru, a trzeci - to dekorowana w stylu arte cosmatesca krypta, gdzie przechowywane są relikwie św. Cecylii. Niestety ani fresku, ani krypty nie udało nam się zobaczyć - byliśmy tu wieczorem, pół godziny przed zamknięciem kościoła. Cóż, nie można mieć wszystkiego...

Odpoczywając w chłodku fontanny na dziedzińcu kościoła Santa Cecilia in Trastevere planujemy ciąg dalszy wieczoru, kiedy zamkną nam już wszystkie kościoły. Pizza? Pasta? Wino? A może wszystko na raz?

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Maria in Aracoeli z XIII wieku

Na Kapitolu, na tyłach Wielkiej Maszyny Do Pisania, czyli Ołtarza Ojczyzny, Il Vittoriano, znajdujemy miejsce, w którym - jak w wielu innych miejscach Rzymu - historie różnych epok splatają się ze sobą. Monumentalne schody mogą przyprawić o opad rąk tych, którzy właśnie weszli i zeszli z Il Vittoriano. (podpowiadamy więc: z Wielkiej Maszyny do Pisania wiedzie - przez kawiarenkę - dogodne przejście na wzgórze). Na szczycie - prosta, ruda fasada, goła ściana, za którą czeka nas wspaniałe (chociaż niestety już nie romańskie) wnętrze. To kościół Santa Maria in Aracoeli - Matki Boskiej Ołtarza Niebiańskiego.

Kościół stoi w miejscu, gdzie w starożytności stała świątynia Junony Monety (w której rozpoczęła się nowoczesna historia pieniądza), na wzgórzu Kapitol. Do dziś świątynia ta poświęcona jest Senatowi i Ludowi Rzymskiemu. Tu, według legendy, Sybilla Tyburtyńska miała przepowiedzieć cesarzowi Oktawianowi przyjście na świat Jezusa. W miejscu starożytnej świątyni w pierwszych wiekach chrześcijaństwa powstał bizantyjski klasztor, potem ofiarowany Franciszkanom, na którego miejscu w XIII wieku ufundowano kościół, romański, ale z elementami wczesnego gotyku. Monumentalne schody (z 124 stopniami) powstały w XIV wieku, u ich podnóża wykonywano wyroki śmierci - zginął tu między innymi samozwańczy trybun ludowy, przywódca ludowej rewolucji mającej przywrócić rzymską republikę Cola di Rienzo. Tu Rzym świętował bitwę pod Lepanto i błagał o ratunek podczas epidemii Czarnej Śmierci.

Kościół ma klasyczną formę bazyliki z szeroką nawą główną krytą stropem. Nawy boczne od nawy głównej oddzielają 22 kolumny, które wyszabrowano z różnych rzymskich starożytnych budowli. Co ciekawe, każda kolumna jest inna, nie sposób znaleźć tu dwóch pasujących do siebie par. Kościół - udekorowany barokowo - kryje w swoim wnętrzu dzieła światowej klasy - freski Pinturicchia (kaplica pierwsza od prawej), nagrobki autorstwa Donatella i Michała Anioła. Z interesującego nas najbardziej okresu pochodzi posadzka i amobony w stylu cosmatesca i niewielki fresk Pietro Cavalliniego.

W kaplicy za ołtarzem znajdujemy zaś niezwykłą rzeźbę - to Santo Bambino, figurka Dzieciątka Jezus, mająca cudowne właściwości. Figurka postawiona przy łóżku chorego miała wrócić mu zdrowie, więc podróżowała często po mieście ciesząc się specjalnymi względami na zatłoczonych ulicach. Wykonano ją w XV wieku z drzewa oliwnego przywiezionego z Getsemani. Dziś możemy podziwiać jedynie kopię tej rzeźby - skradziono ją z kościoła w 1994 roku i do dzisiaj nie udało się jej odnaleźć.

Może nie ma tu zbyt wiele romańskich pozostałości, ale obok Donatella czy Pinturicchia nie sposób przejść obojętnie, jak również obok cudownej figurki Santo Bambino. Piękny stąd widok na fora, na Lateran i resztę Kapitolu. Schody męczą, ale wejść naprawdę warto!

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Maria in Cosmedin z VIII wieku

Zatłoczony plac Piazza della Bocca della Verita - mkną samochody, tłoczą się turyści. Rozglądamy się dookoła. Na niewielkim skwerku, ogrodzone prowizorycznym ogrodzeniem stoją w zadumie dwie rzymskie świątynie z II wieku p.n.e - świątynia Portunusa (błędnie uważana za świątynię Fortuny Virilis) i Herkulesa Zwycięzcy (błędnie uważana za świątynię Westy). Po drugiej stronie ulicy tłoczy się kolejka. Na jej widok oboje jęknęliśmy z rezygnacją - cóż, czeka nas zwiedzanie najpiękniejszego starego kościoła Rzymu w warunkach turystycznego ścisku, wśród nawołujących się włoskich szkolnych wycieczek, Japończyków cykających zdjęcia czym się da (łącznie z iPadem) i Amerykanów, którzy o Rzymie wiedzą tyle, co przeczytali u Dana Browna ("czy to ten kościół, w którym spalili kardynała? Nie? To idziemy..."). Okazało się jednak, że kolejka wcale nie stoi do kościoła, ale do "Ust Prawdy", zabytku, którego popularność wśród odwiedzających Wieczne Miasto nie przestaje nas zadziwiać. Kiedy zatrzasnęły się za nami drzwi do kościoła, tłoczący się na zewnątrz turyści, upał i zgiełk przestały istnieć. Było tylko cudownie, ascetycznie proste i klasycznie romańskie wnętrze kościoła Santa Maria in Cosmedin.

Kościół stoi w miejscu starożytnego Forum Boarium czyli "rynku wołowego", gdzie handlowano bydłem i rybami. Sama świątynie powstawała - można powiedzieć - ewolucyjnie. W VI wieku budynki dawnej świątyni Herkulesa Niezwyciężonego i dawnego Statio Annonae (czyli domu zarządcy targu) zaadaptowano na tzw. diaconię - czyli swego rodzaju chrześcijańskie centrum pomocowe dla biednych. W VIII wieku papież Hadrian I kazał zburzyć prowizoryczne konstrukcje i zbudować w tym miejscu okazały kościół o trzech nawach. Tak też się stało. Kościół został ofiarowany greckim uchodźcom z Biznacjum, ofiarom sporu ikonoklastycznego i wkrótce zaczął być nazywany schola Graeca. Grecy udekorowali kościół i od tych właśnie dekoracji (po których niestety ślad zaginął) wzięło się wezwanie "Santa Maria in Cosmedin" (słowo "cosmedin" odnosi się w grece do dekoracji, ornamentów). W XI wieku kościół ucierpiał podczas najazdu Normanów, kolejna ingerencja w jego kształt to wiek XII. W całym średniowieczu dodano do kościoła zakrystię, kampanilę i tzw. schola cantorum znajdujące się na środku kościoła. W XVIII wieku dodano do kościoła barokowy fronton, ale - całe szczęście - później go usunięto i średniowieczny portyk z VIII wieku można podziwiać do dziś. Kościół ustrzegł się od większych przebudów i redekoracji, co nas niezwykle cieszy.

Z zewnątrz trudno objąć bryłę kościoła - jego fronton ściśle wpasowuje się w zabudowę ulicy. Filigranowy, siedmioarkadowy portyk ze środkową arkadą wysuniętą do przodu sprawia wrażenie niezwykłej lekkości. Dziś stoją tu barierki starające się nadać jakiś porządek kolejce turystów tłoczących się, by włożyć rękę do słynnych Ust Prawdy. Gdyby nie wysoka, ażurowa kampanila trudno byłoby zorientować się, że stoi tu kościół, tak wpleciony jest w zabudowę, że z żadnego miejsca nie widać go w całości (no, może z powietrza), a w zasadzie to poza portykiem nie widać go w ogóle.

Zwiedzanie wnętrza rozpoczynamy od zakrystii - dziś mieści się tu sklep z pamiątkami, gdzie ci, którzy już zrobili sobie zdjęcia z Ustami Prawdy mogą sobie kupić np. małe usteczka prawdy do powieszenia na lodówce. Kupując jednak magnesik na lodówkę, pocztówki czy jakiś inny beatyfikacyjny gadżet w stylu Jana Pawła II z kiwającą główką, warto spojrzeć nieco wyżej. Znajduje się tu użyta wtórnie mozaika z VIII wieku. Fragment większej (bo o wymiarach 9x6 metrów!) całości przedstawia wycinek hołdu trzech króli. Pierwotnie mozaika znajdowała się w oratorium Najświętszej Marii Panny w bazylice św. Piotra (oczywiście tej konstantyńskiej). Ten fragment mozaiki został przeniesiony w to miejsce w XVII wieku, inne fragmenty tego samego dzieła znaleźć możemy w watykańskich grotach, czy nawet we Florencji.

Wchodzimy do środka. Wpadające przez niewielkie, rozglifione okienka nawy głównej światło jest przytłumione. Wewnątrz panuje półmrok i cisza. Zadzieramy głowy do góry - odkryta więźba dachowa, pobielone, ale ze śladami po średniowiecznych freskach na poziomie okien, ściany dają wrażenie archaiczności. Podobne wrażenie sprawiają rzędy antycznych (bo niektóre z nich pochodzą jeszcze ze Statio Annonae) kolumn rytmicznie dzielonych przez filary. Forma kościoła (trójnawowa bazylika bez transeptu, z prezbiterium i nawami bocznymi zamkniętymi apsydami, kryta stropem) jest niezwykle prosta i pierwotna, stanowi idealne tło dla "smaczków" jakie możemy znaleźć w kościele - fresków (te oryginalne znajdziemy na poziomie okien oraz na łuku tęczowym, malowidła w apsydach pochodzą z XIX wieku), posadzki w stylu arte cosmatesca, przegród chórowych i przepięknie udekorowanego schola cantorum. Pulpit, świecznik (w postaci kręconej kolumienki), tron i podstawa ołtarza to przepiękne przykłady arte cosmatesca.

Pod kościołem znajduje się niewielka, trójnawowa krypta, pochodząca z czasów budowy kościoła. W swojej konstrukcji zawiera pozostałości wcześniejszych budynków. Jej przeznaczeniem było przechowywać szczątki męczenników wydobyte z katakumb (stąd znajdujące się w ścianach nisze, przypominające te z katakumb właśnie). Z ciekawostek wspomnieć należy czaszkę św. Walentego przechowywaną w kaplicy bocznej, którą wynosi się na widok publiczny w zamerykanizowane święto zakochanych 14 lutego. Co ciekawe, św. Walenty jest patronem nie tylko zakochanych, ale również umysłowo chorych, nerwowców i epileptyków (cóż, zapewne jest w tym jakaś głęboka życiowa mądrość).

Kościół Santa Maria in Cosmedin to niewątpliwie nasz numer jeden w Rzymie. Jego proste i ascetyczne romańskie piękno głębiej zapadło nam w pamięć, niż złocenia bazyliki św. Piotra i wszystkie kolumny Berniniego. Wizyta w tym kościele to obowiązkowy punkt programu, nie mniej ważny, niż Koloseum, Forum Romanum czy Panteon. I tak jak można sobie spokojnie darować Usta Prawdy, to do Santa Maria in Cosmedin koniecznie trzeba wstąpić, chociażby na minutę. Tu bowiem doświadczyć można romanizmu w najczystszej i najszlachetniejszej postaci.

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Maria in Trastevere z XII wieku

Do kościoła Santa Maria in Trastevere trafiamy późnym wieczorem - zostawiliśmy go sobie na sam koniec, bo jako jeden z niewielu rzymskich kościołów (a w zasadzie jedyny, który udało nam się zidentyfikować) otwarty jest do godziny 21.

Przez ludne Zatybrze, lawirując wśród rozstawionych na wąskich uliczkach stolików dochodzimy do placu Santa Maria in Trastevere. Kościół wygląda niezwykle klasycznie - ruda, rzymska cegła, portyk (dobudowany oczywiście w okresie klasycyzmu), kampanila. Ale co ciekawe - jest to jedno z najstarszych miejsc kultu chrześcijańskiego w Rzymie. Tu, w miejscu, gdzie w dniu narodzin Jezusa miała wytrysnąć fontanna oliwy, święty papież Kalikst zbudował w III wieku pierwszy kościół. Obecna świątynia pochodzi z XII wieku - została przebudowana przez papieża Innocentego II.

Kościół Santa Maria in Trastevere słynie ze swoich mozaik. W apsydzie i na ścianach po obu jej stronach złocą się nawiązujące do Bizancjum przedstawienia, z czego głównym jest parada świętych oddających hołd Chrystusowi i Najświętszej Marii Pannie. Poniżej mozaik znajdują się malowidła znanego nam już dobrze z Rzymu Pietra Cavalliniego przedstawiające sceny z życia Matki Boskiej. Sam kościół zachował klasyczny układ przestrzenny z rzędami jońskich kolumn, transeptem i potężną apsydą, chociaż dekoracja naw jest już późniejsza.

W kruchcie oraz pod arkadami portyku znaleźć możemy bardzo ciekawe lapidarium detali architektonicznych oraz znaków i symboli pierwszych chrześcijan (figury orantów, gołębi, pawi, litery).

Na sam koniec zwiedzania usiedliśmy w ławce i odłożyliśmy aparaty - było już przecież ciemno i zdjęcia i tak by nie wyszły. Wokoło gęstniał tłumek ludzi zbierających się, żeby śpiewać nieszpory. A potem popłynął śpiew, rozbłysły światła - i mozaiki w apsydzie ożyły tysiącem kolorów...

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Prassede z VIII wieku

Z siedmiu rzymskich wzgórz pora na Eskwilin. Tu, między słynnym Złotym Domem Nerona a jeszcze chyba słynniejszą bazyliką Santa Maria Maggiore znajdujemy kościół, któremu przyznajemy miejsce pierwsze w kategorii mozaiki. To kościół Santa Prassede z VIII wieku.

Kościół Santa Prassende związany jest z historią pewnej rzymskiej rodziny - rzymskiego senatora Pudensa i jego dwóch córek - Praksedy i Pudencjany (która najprawdopodobniej nigdy nie istniała - chociaż też ma swój kościół - Santa Pudenziana, o którym możecie przeczytać w Albumie). Wszyscy oni nawrócili się na chrześcijaństwo (a właściwie zostali nawróceni przez św. Piotra) i mocno wspierali nową religię. Jednak w czasach prześladowań był to niebezpieczny proceder - siostry zostały skazane na śmierć po tym, jak pochowały ciała dwóch tysięcy chrześcijańskich męczenników. Pochowały je w studni, której miejsce dzisiaj zaznaczone jest na posadzce kościoła czerwonym okręgiem.

Podobno chrześcijańskie miejsce kultu znajdowało się tu już w II wieku, ale kościół stanął dopiero w wieku V. Dzisiejszy kościół z VIII wieku stoi na jego fundamentach. Kościół był kilka razy przebudowywany, między innymi w IX wieku przez papieża Paschalisa I, orędownika karolińskiego renesansu, który wyposażył kościół w jedyne w swoim rodzaju mozaiki. Na kościele odcisnął też swoje piętno wszechobecny barok.

Kościół Santa Prassede jest typową starą, rzymską bazyliką, o rzędzie starożytnych kolumn oddzielających szeroką i przestronną nawę główną od naw bocznych. Kościół kryty jest stropem, z potężnymi łukami oddzielającymi "pseudoprzęsła" nawy. Pod prezbiterium znajduje się niewielka krypta, z misternie zdobionym w stylu arte cosmatesca ołtarzykiem. Od zachodu do kościoła wchodzi się przez narteks, dzisiaj obudowany kamienicami, w których oknach suszy się pranie.

To, co najważniejsze w Santa Prassede - to mozaiki. W apsydzie znajduje się mozaika przedstawiająca Chrystusa w otoczeniu świętych - jest tu św. Piotr, św. Paweł, św. Prakseda i św. Pudencjana. Jest tu też papież Paschalis, w charakterystycznym, kwadratowym nimbie (co oznacza, że mozaika powstawała, kiedy portretowany obiekt jeszcze żył), ofiarowujący kościół Chrystusowi. Poniżej znajdują się charakterystyczne baranki, nieodłączny element rzymskich apsydialnych mozaik. Na łuku widzimy zastępy mężczyzn ubranych w stroje przypominające togi rzymskich senatorów, trzymających w ręce wieńce zwycięstwa, witających przybywające do nieba dusze sprawiedliwych. Ponad nimi znajdują się symbole ewangelistów. Ale to nie wszystko. I nawet nie najlepsze.

Z południowej nawy wchodzimy do kaplicy św. Zenona, którą papież Paschalis przeznaczył na kaplicę grobową swojej matki Teodory. Autor naszego przewodnika porównuje tą kaplicę do złotego pudełka z klejnotami. Lepsze porównanie nie przychodzi nam do głowy. Niewielka kapliczka wypełniona jest misternymi mozaikami w kolorach o przewadze złota. Na sklepieniu znajduje się królujący Chrystus w otoczeniu czterech aniołów. Inne mozaiki przedstawiają Matkę Boską z dzieciątkiem, świętych oraz samą Teodorę, w kwadratowym nimbie. W kaplicy tej przechowywany jest również fragment kolumny, przy której biczowany miał być Chrystus.

Kościół Santa Prassede i jego niezwykłe mozaiki to zabytek obowiązkowy dla fanów sztuki romańskiej, ale też polecamy go wszystkim tym, których w Rzymie znudził przesłodzony barok. Można tu spędzić długie godziny studiując przez lornetkę lub teleobiektyw szczegóły niezwykłego dzieła sztuki, jakim są tutejsze dekoracje. Tak, złote pudełko z klejnotami to doskonałe określenie dla tego miejsca.

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Pudenziana z IV wieku

Niepozorny kościółek Santa Pudenziana łatwo pominąć w amoku zwiedzania (tu Caravaggio, tu Michał Anioł, a tam znowu jakieś starożytne ruiny...), szczególnie, że w okolicy znajduje się dużo bardziej efektowna bazylika Santa Maria Maggiore czy barokowe arcydzieło Santa Maria della Vittoria ze słynną Ekstazą św. Teresy. My jednak próbując nie rozdeptać efektów pracy panów malujących linie na ulicach (jak to we Włoszech, panowie robili to oczywiście w godzinach szczytu), zbaczamy jak zwykle z kierunku zwiedzania bo to, co ma do zaoferowania niewielki kościółek przy Via Urbana interesuje nas bardziej.

Niewiele jest miejsc o bardziej starożytnych dla kultu chrześcijańskiego korzeniach, niż ten niewielki, położony znacznie poniżej poziomu ulicy (co świadczy o jego starożytności) kościółek. Jak donosi Wikipedia, pierwsze miejsce kultu datuje się tu na II wiek (pontyfikat papieża Piusa I) - w tym celu na świątynię chrześcijańską zaadaptowano rzymski dom i łaźnię. Tradycja podaje, że był to dom córki św. Pudensa (rzymskiego senatora pomagającego chrześcijanom), siostry św. Praksedy (o niej też będzie mowa), gdzie św. Piotr odprawiał Eucharystię. Najprawdopodobniej jednak święta Pudenziana nigdy nie istniała, a jej imię wzięło się z przejęzyczenia (Domus Pudentiana). Kościół ten był pierwszą siedzibą papieży do czasu, jak Konstantyn podarował Kościołowi pałac na Lateranie. Z tego właśnie kościoła (a w zasadzie z rzymskiego domu) pochodzą relikwie związane ze św. Piotrem, które dziś znajdują się Lateranie (stół, przy którym św. Piotr miał odprawiać Eucharystię) i w Watykanie (krzesło, na którym miał zasiadać).

W IV wieku, wykorzystując elementy dawnej świątyni, wybudowano na jej miejscu niewielką, trójnawową bazylikę, która w zasadzie stoi do dziś. W XIII wieku dodano do niej romańską kampanilę. Pierwotny kształt kościoła zatarły przebudowy - najbardziej ta z XVI wieku, która uczyniła wnętrze kościoła barokowym. W XIX wieku dokonano renowacji fasady - ale kolumny przy wejściu i niezwykły, romański architraw są oryginalne. Dziś podziwiać możemy wypreparowane spod barokowych tynków fragmenty muru z cegły z miejscami po zamurowanych oknach. Najstarsza część kościoła, to prawa nawa boczna i znajdująca się na jej zakończeniu kaplica (po lewej stronie apsydy) - można tu podziwiać zapadniętą, mozaikową posadzkę jeszcze z rzymskiej łaźni, którą potem przeznaczono na kościół.

Ale to, co najważniejsze, znajduje się w apsydzie - to jedna z najstarszych mozaik w Rzymie (pochodzi z końca IV wieku, z czasów papieża Innocentego I). Przedstawia Chrystusa w otoczeniu apostołów, na tle Niebiańskiego Jeruzalem, podczas gdy na niebie znajdują się symbole Ewangelistów. Ta niezwykła mozaika jest wyjątkowym osiągnięciem antyku chrześcijańskiego, na którym doskonale widać, jak świat rzymski przenika się z nowo powstałym chrześcijaństwem. Chrystus ukazany jest ubrany w złoto i purpurę (kolory cesarza), w pozie rzymskiego nauczyciela. Apostołowie przedstawieni są w strojach rzymskich senatorów, a figury Kościoła i Synagogi - jako rzymskie arystokratki. Każda z przedstawionych figur jest zindywidualizowana, przedstawiona we właściwej dla siebie pozie i z innym wyrazem twarzy. Świetliste, stonowane kolory i indywidualny charakter postaci zbliżają tą mozaikę mimo odległości czasowe bardziej do renesansu, niż do średniowiecza.

Rzym jest pełen zabytków i równie pełny chcących je zobaczyć turystów, którzy często czynią podziwianie ich (tj. zabytków, nie turystów) nieznośnym. Są jednak wciąż w Rzymie miejsca, gdzie można zobaczyć zabytki naprawdę niezwykłej wagi i nie spotkać przy tym żywej duszy. Kościółek Santa Pudenziana jest jednym z nich. Ta mała świątynka ma w sobie więcej historii, niż większość barokowych gmaszysk w okolicy.

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Sabina z V wieku

Łagodne wzgórza Awentynu zajmują ocienione wiekowymi drzewami wille i ciche uliczki. Doskonale stąd widać Tyber i dachy Centro Storico z monumentalną kopułą Bazyliki św. Piotra na dalszym planie. Wśród czerwonych dachówek dostojnie prężą się romańskie kampanile. Jesteśmy w pomarańczowym sadzie. W ogrodzie przy kościele Santa Sabina.

Na przykładzie kościoła Santa Sabina (święta Sabina, której poświęcono kościół, była rzymską matroną, która została chrześcijańską świętą) doskonale obserwować można jak sztuka antyczna przechodzi w sztukę chrześcijańską, jak architektura chrześcijańska dziedziczy wzorce po swojej starszej, rzymskiej siostrze. Bazylika Santa Sabina - wielka, trójnawowa budowla bez transeptu i z imponującą apsydą przylegającą prosto do nawy przypomina rzymskie bazyliki, miejsca użyteczności publicznej. Jej kształt doskonale zachował się do naszych czasów, wraz z takimi szczegółami jak oryginalne maswerki okien czy niezwykłe, drewniane drzwi tak stare, jak ten kościół. W XIII wieku papież ofiarował kościół nowopowstałemu zgromadzeniu Dominikanów - przy tym kościele mieszkał przez czas jakiś sam św. Dominik i można (podobno) zwiedzić jego celę. Jest tu też polski akcent - jedna z kaplic kościoła poświęcona jest znanemu nam dobrze, chociażby z Sandomierza, polskiemu dominikaninowi św. Jackowi Odrowążowi.

Z zewnątrz kościół wygląda jak wielki hangar, masywna bryła z rudej, rzymskiej cegły, z dużymi oknami, potężną apsydą, dobudowaną w X wieku kampanilą i portykiem. W portyku znaleźć możemy kilka interesujących rzeczy - przede wszystkim drzwi. Oryginalne drzwi z V wieku, rzeźbione misternie w sceny biblijne. Możemy podziwiać tu najstarsze przedstawienie ukrzyżowania w sztuce chrześcijańskiej. Znajdujemy tu również wyblakły fresk oraz wmurowane na zasadzie lapidarium fragmenty rzymskich detali architektonicznych i symbole pierwszych chrześcijan.

Wewnątrz kościół jest cudownie pusty - rzędy korynckich kolumn podtrzymują prostą arkadę, zdobioną po rzymsku w geometryczne wzory. Powyżej - goła ściana i niezwykłe, olbrzymie okna. Skomplikowane maswerki, tak stare, jak kościół, nie są przeszklone - wypełniają je płytki selenitu, bardzo czystej i przeźroczystej odmiany gipsu. Wpadające przez owe okna do kościoła światło, daje niezwykłe efekty - srebrne "zajączki" śmigają po monumentalnych kolumnach, odpoczywają na ścianie nawy, pełzają po posadzce. Nawy boczne doświetlają niewielkie, rozglifione okienka.

Dekoracje olbrzymiej apsydy są również proste - to geometryczne wzory, znane nam dobrze selenitowe okna oraz fresk - niestety z XVI wieku (chociaż podobno dobrze oddaje tematykę i kompozycję mozaiki z V wieku, która była tutaj wcześniej). Przestrzeń prezbiterium od reszty nawy oddziela misternie rzeźbiona przegroda - jej dekoracje przywodzą na myśl wręcz sztukę celtycką. Prostota dekoracji przy jednoczesnym mistrzowskich operowaniem przestrzenią dają w tym kościele połączenie jedyne w swoim rodzaju - pełną majestatu, ale i filigranową budowlę. Bazylika Santa Sabina jest jak jej święta patronka - to dostojna, rzymska matrona o chrześcijańskim sercu.

Zwiedzanie kościoła Santa Sabina polecamy wszystkim, a w szczególności tym, którzy chcą zrozumieć korzenie sztuki romańskiej. Polecamy również widoki z ogrodu i urokliwą, sielankową atmosferę Awentynu. To naprawdę przyjemne z pożytecznym, urocze z fascynującym.

Galeria: 

Rzym - kościół Santi Giovanni e Paolo z V - XI wieku

Wzgórze Celius, kolejne zielone wzgórze Rzymu. Zaraz za kościołem Santa Maria in Dominica skręcamy w zieloną, parkową alejkę. Wkraczamy w zieleń i spokój Villa Celimontana, gdzie między klombami i polankami na których odpoczywają współcześni Rzymianie jedząc ser i przegryzając pomidorem, pędzą na rowerkach dzieci wśród pisków i śmiechu. Przechodzimy przez park i nagle naszym oczom ukazuje się wspaniały widok. Niewielka piazza, romańska fasada i niezwykła dzwonnica. To kościół Santi Giovanni e Paolo.

Kościół Santi Giovanni e Paolo ma długą i bogatą historię. Po raz pierwszy został zbudowany pod koniec IV wieku przez rzymskiego senatora Pammachiusa w miejscu domu dwóch męczenników - Jana i Pawła, którzy zostali straceni, gdyż odmówili służby wojskowej (do dziś kościół ten jest mekką pacyfistów). Rzeczywiście, pod kościołem odkryto pozostałości rzymskiego domu, które można dzisiaj zwiedzać. Już w V wieku kościół ucierpiał po raz pierwszy z powodu najazdu Alaryka oraz trzęsienia ziemi. Kościół odbudował, a jakże, papież Paschalis I. Kolejny najazd, tym razem Normanów w połowie XI wieku również nie ominął kościoła Santi Giovanni e Paolo. Odremontowany wkrótce po nim, do dzisiaj miał mniej więcej spokój (nie licząc oczywiście barokowej przebudowy wnętrza, która doszczętnie zniszczyła jego romański charakter).

Kościół nawet jak na rzymskie warunki jest niezwykle duży. Układ ma klasyczny, to trójnawowa bazylika z transeptem, z prezbiterium zamkniętym monumentalną apsydą. We wnętrzu króluje barok, nie pozostały ślady nawet po oryginalnych podporach międzynawowych. Wejścia do kościoła pilnują dwa romańskie lwy, które wyglądają na oryginalne. Do kościoła przylega przepiękna dzwonnica oraz budynek klasztorny, dobudowane w XI wieku. Wysokie budynki zdobione filigranowymi biforiami, triforiami oraz tetraforiami domykają romański zaułek czyniąc z niego małe cacuszko. Od placu schodzi w dół wzgórza wąska uliczka, nad którą przerzucono przyporowe łuki kościoła. U stóp wzgórza warto odwrócić się i spojrzeć w górę na kościół i jego monumentalną apsydę ozdobioną arkadkową galeryjką.

Trochę tu nie po drodze ze szlaku głównych turystycznych wędrówek po Rzymie. I pewnie byśmy tu nie trafili, gdyby nie pomysł, żeby skrócić sobie drogę przez park Villa Celimontana. Dzisiaj, patrząc na zdjęcia, stwierdzamy, że bardzo warto tu zajrzeć i pokontemplować romańskie piękno. A potem rozłożyć się na kocu w parku zagryzając pecorino i pomidorem...

Galeria: 

Rzym - kościół Santi Quattro Coronati z XII wieku

Forum Romanum i kolosalnie turystyczne Koloseum też potrafią zmęczyć. Tłumy włoskich i japońskich wycieczek, rzeka ludzi cykających zdjęcia, przekrzykujących siebie nawzajem, tworzących jedyne w swoim rodzaju zamieszanie, które w pewien sposób jest nawet sympatyczne, ale do czasu. A wystarczy odejść trochę dalej, w kierunku Bazyliki św. Jana na Lateranie, żeby znaleźć się w zupełnie innym świecie. Ciche trattorie ze stołami przykrytymi ceratą, mrugający neon zdobi umieszczoną w niszy w murze figurkę Ojca Pio. I dwa niezwykłe kościoły, które amator romanizmu po prostu musi zobaczyć - San Clemente i Santi Quattro Coronati. Dzisiaj będzie o tym drugim.

Skręcamy z ruchliwej Via di San Giovanni in Laterano i mozolnie wspinamy się w górę Via dei Strada Statale 4. Obchodzimy dziwną i pogmatwaną budowlę, która na pierwszy rzut oka przypomina Ruchomy Zamek Hauru lub Domek Na Kurzej Stopce (a raczej stopie! stopiszczu!). Wysoki mur, dobudówki, poprzyklejane do nieforemnej bryły jak huby do wielkiego drzewa. W końcu trafiamy na mały placyk i przez masywną bramę wchodzimy na pierwszy dziedziniec. Potem na drugi, ozdobiony kradzionymi pewnie gdzieś na Forum kolumnami. A potem trafiamy do kościoła Santi Quattro Coronati.

Jak powstał ten przeciekawy kompleks? Pierwszy kościół zbudowano tutaj bardzo wcześnie, mówi się o V a nawet o IV wieku, ku czci męczenników - czterech żołnierzy, którzy zginęli w takcie prześladowań chrześcijan. Pierwsza świątynia została jednak dokładnie zrujnowana przez najazd Normanów w XI wieku. Obecny kościół zbudował papież Paschalis II w XII wieku. Potem do kościoła przyrastały kolejne budynki, fortyfikacje i dobudówki, tworząc z niego małą twierdzę. Dzisiaj rezydują tu siostry augustianki, a miejsce to jest oazą ciszy, spokoju i zadumy.

Sam kościół ma formę niewielkiej, dość krótkiej bazyliki emporowej z transeptem. Niezwykłej ze względu na swój rozmiar (doskonale widocznej z ulicy) apsydy kościoła nie zobaczyliśmy - trwała akurat renowacja prezbiterium. Kościół jest krótki, ale dosyć wysoki. Ponad wysokimi, ale wąskimi arkadami międzynawowymi wspartymi na korynckich kolumnach, znajduje się empora, otwierająca się do wnętrza kościoła potężnymi triforiami. Ściana - majestatyczna, pobielona i pomalowana w brudnokremowy kolor - robi niezwykłe wrażenie. Całość kryta jest stropem. Nawy boczne są wąskie i ledwo zamarkowane. Do nawy przylega równie wysoki, ale krótki transept. Wyposażenie i dekoracje kościoła są skromne i jakby przykurzone, dające wrażenie patyny. Można tu podziwiać ciekawe, choć szczątkowo zachowane freski.

Z kościoła wchodzimy na krużganek. Tu naprawdę odpoczywa nie tylko ciało, ale i dusza. Ciągnące się w hipnotyzującym rytmie proste, pozbawione finezji i szaleństwa tych z San Giovanni in Laterano, rzędy kolumienek. Geometryczne wzory w kolorach czerni i czerwieni zdobią ich arkadki. Na środku wirydarza, w niewielkiej fontannie pływają złote rybki. Powyżej arkad krużganka, przez otwarty korytarz przemykają siostry w czarnych habitach. Z donic zwieszają się girlandy kwiatów. W cieniu drzemie starsza zakonnica, czekając aż ktoś kupi od niej blaknące pocztówki (jeśli krużganki są zamknięte, należy się zgłosić do klasztoru, gdzie siostry udostępnią klucz). Oprócz nas - żywej duszy. Siadamy na chłodnym kamieniu i wystawiamy twarze do słońca. Odpoczywamy. Po prostu.

Spokój tego miejsca zostaje na długo. Wracamy w milczeniu mijając różowiejące w zachodzącym słońcu opustoszałe Koloseum. Kościół Santi Quattro Coronati polecamy wszystkim tym, których zmęczyły rozkrzyczane włoskie szkolne wycieczki i śpiewające "Barkę" polskie pielgrzymki, na które można natknąć się po całym mieście. I wszystkim miłośnikom architektury romańskiej. Obowiązkowo.

Galeria: