Włochy

Włochy - jedna z kilku ojczyzn europejskiej cywilizacji, kraj tysiąca krajobrazów, tysiąca smaków, tysiąca zabytków. Zapraszamy na zwiedzanie Włoch z Albumem Romańskim!

Włochy - Rzym

Rzym. Wieczne miasto. Jedno z najważniejszych dla kultury Zachodu miejsc, gdzie rodziły się i umierały imperia, epoki, style, gdzie od trzech tysięcy lat działa się wielka historia. Pojechaliśmy tam, by na zatłoczonych placach, gwarnych ulicach, ale i w zapomnianych przez turystów zaułkach, cichych piazzach odnaleźć pozostałości tej wielkiej historii. Od kampanili do kampanili, od wielkiej bazyliki św. Jana na Lateranie po chiche i jakby zapomniane kościółki Santa Pudenziana czy San Giorgio in Velabro, od złotego Bizancjum mozaik Santa Maria Maggiore po mroczny i ascetyczny romanizm Santa Maria in Cosmedin nasz zachwyt Wiecznym Miastem rósł. Zapraszamy do wędrówki po uliczkach Rzymu szlakiem romańskich perełek!

Rzym - baptysterium św. Jana na Lateranie z IV/V wieku

Po ogromie i bogactwie bazyliki św. Jana na Lateranie (z czego na pierwszy plan wysuwają się niezwykłe krużganki - ale o tym jeszcze nie teraz), maleńkie, zbudowane z rudej, rzymskiej cegły baptysterium św. Jana u Źródła może wydawać się niepozorne. Ale nie dajmy się zwieść - tu też kryją się skarby!

Baptysterium w formie rotundy powstało tu bardzo wcześnie - już na początku IV wieku (zaadaptowano na nie istniejący już budynek). Podczas pierwszej przebudowy w V wieku nadano baptysterium kształt ośmiokąta z niewielką kopułą, podtrzymywaną w środku przez osiem kolumn. Basen chrzcielny znajdował się na środku, wokół niego znajdowało się obejście. W V wieku dodano również do budynku cztery kaplice. I one są właśnie najciekawsze...

Samo wnętrze baptysterium dzisiaj - choć zachowało swój romański kształt - nie zachowało romańskiego charakteru. Żeby zobaczyć coś oryginalnego, trzeba zajrzeć do kaplicy św. Jana Ewangelisty, gdzie odnajdziemy prawdziwe skarby - mozaiki z V wieku (w tym przepiękne przedstawienie Chrystusa w apsydzie), odsłonięte fragmenty posadzki, kolumny oraz zamurowane przezrocza okienne (podobne do tych, które znamy np. z kościoła Santa Sabina). W innej kaplicy - św. Jana Chrzciciela - znajdują się za to drzwi, które pochodzą z term Karakalli.

Chodziliśmy po baptysterium św. Jana na Lateranie wyobrażając sobie, jak mogło wyglądać w czasach Konstantyna i świetności pałacu laterańskiego, pokryte złoconymi mozaikami... Tutaj tworzyła się historia, tutaj triumfujące po wiekach prześladowań chrześcijaństwo przejmowało duchową władzę nad chylącym się już powoli ku upadkowi Imperium. Tutaj tworzyła się Europa.

Galeria: 

Rzym - bazylika San Giovanni in Laterano - od IV w. i krużganki z XIII wieku

Miejsce, w którym stoimy ma bogatą i długą historię. Jest to też jedno z najważniejszych dla chrześcijaństwa miejsc na świecie - "matka i głowa wszystkich kościołów miasta i świata", archibazylika, katedra biskupa Rzymu, czyli papieża. Bazylika św. Jana na Lateranie. A w zasadzie - bazylika Najświętszego Salwatora, św. Jana Chrzciciela oraz św. Jana Ewangelisty.

Całkiem tu tłoczno i głośno - przez krzyżujące się tutaj arterie komunikacyjne mkną samochody. Na ustawionych niedaleko "świętych schodów" straganach imigranci z północnej Afryki sprzedają beatyfikacyjne gadżety w rodzaju Jana Pawła II z kiwającą główką. Napis w języku papieża-Polaka głosi - "u nas taniej niż w Biedronce". Przed nami monumentalna fasada z białego kamienia. Trudno po niej poznać, że miejsce, w którym stoimy historią swoją sięga czasów Konstantyna. Pierwszy cesarz przyjazny chrześcijaństwu podarował pałac laterański (który otrzymał w posagu swojej drugiej żony Fausty) papiestwu. Odbył się tu synod potępiający herezję donatystów, a papieże zagościli tu na stałe (a przynajmniej na długo). Szybko wniesiona pięcionawowa bazylika stanęła w miejscu dawnych koszar Maksencjusza i była sercem organizującego się w nowe, formalne już i państwowe struktury, chrześcijaństwa. Kompleks rozrastał się - dobudowano baptysterium, benedyktyński klasztor, wreszcie tajemniczą kaplicę San Lorenzo, znaną ze "świętych schodów", które przywieźć miała z Jerozolimy cesarzowa Helena oraz "nie ręką ludzką uczynionego" wizerunku Chrystusa.

Ale - tak jak samo papiestwo - bazylika i pałac miały też swoje gorsze czasy. Najpierw, budynki ucierpiały w czasie najazdu Wandalów, w IX wieku - wskutek trzęsienia ziemi. Potem - ucierpiało samo papiestwo, wywiezione razem z Klemensem V (papieżem, który rozwiązał zakon Templariuszy, choć zwolnił ich z zarzutu herezji) do Awinionu. Podczas krótkiej choć mrocznej "niewoli awiniońskiej" cały kompleks kilkakrotnie nawiedzały pożary i kiedy ostatecznie papiestwo wróciło do Rzymu, kompleks nie nadawał się do zamieszkania. Wtedy to podjęto decyzję o przeniesieniu "stolicy apostolskiej" do Watykanu, do istniejącej tam już od czasów Konstantyna bazyliki i zaordynowano budowę pałacu watykańskiego.

Co nie znaczy, że papieże o Lateranie zapomnieli. Bazylikę i pałac odbudowywano i przebudowywano od XV do XVIII wieku. W XVI wieku Domenico Fontana odbudował pałac i zaprojektował północną fasadę kościoła, wtedy też pojawił się na placu słynny obelisk Konstantyna, zwindykowany oczywiście w Egipcie ze świątyni w Karnaku. W XVII wieku za kościół zabrał się kontrowersyjny mistrz baroku Francesco Borromini i od tego czasu wnętrze bazyliki wiele się nie zmieniło (a mianowicie wygląda, jakby wybuchło w nim wielkie opakowanie bitej śmietany w sprayu). Na koniec, w XVIII wieku powstała wyżej wymieniona klasycystyczna fasada autorstwa Allesandra Galilei.

Niestety niewiele pozostało tu z czasów, które nas interesują - prawie wszystko pokryte jest barokową skorupą bitej śmietany Borrominiego. Zacznijmy więc od czasów najwcześniejszych - możemy tu znaleźć zabytki z czasów starożytnego Rzymu - posąg Konstantyna pochodzi z term, a drzwi - z siedziby rzymskiego senatu, czyli Kurii. Wewnątrz, w morzu barokowych dekoracji łatwo przegapić niewielki fresk Giotta przedstawiający Bonifacego VIII ogłaszającego święty rok 1300. Wewnątrz, wśród barokowych, poskręcanych w przedziwnych pozach ciał świętych (można pobawić się w rozpoznawanie świętych po atrybutach) znaleźć możemy kilka papieskich grobów. Imponujące mozaiki w apsydzie to też niestety tylko kopie zniszczonych oryginałów. Nie zdążyliśmy się im nawet przyjrzeć - akurat zaczynała się codzienna msza i panowie ochroniarze grzecznie a stanowczo poprosili nas o schowanie aparatów, zajęcie miejsca w ławie bądź oddalenie się i nieprzeszkadzanie. Uznaliśmy to za ten moment, w których pora udać się na krużganek.

Bo tu, na krużganku, można odnaleźć jedno z najpiękniejszych romańskich miejsc w całym Rzymie. Na trzynastwieczne pozostałości dawnego klasztoru wchodzi się z transeptu, z północnego skrzydła. Bogactwo zdobień w stylu arte cosmatesca odbija znaczenie tego miejsca dla całego chrześcijaństwa. Podwójne kolumienki podtrzymujące arkady są filigranowe, poskręcane w różne fikuśne kształty, wielokolorowe. Obchodzenie krużganków (a są one dość spore) to cudowny spacer. Przepiękne kolumenki, interesujące lapidarium starożytnych i średniowiecznych pozostałości dawnego klasztoru i bazyliki, zieleń, cisza i spokój. Cudowna odmiana po całym dniu biegania po mieście o typowo południowym temperamencie.

Bazylika św. Jana na Lateranie jest dla nas szczególnie ważna. Ale nie z powodu jej starożytnego pochodzenia, wagi dla Kościoła katolickiego czy czysto fizycznego ogromu (przyznajemy - jest ogromna). To te niezwykłe krużganki, zwichrowane przez czas i trzęsienia ziemi, ale wciąż wspaniałe, kojarzą nam się jak najlepiej. Z ciszą, pięknem, zachodem słońca nad kopułami Rzymu...

Galeria: 

Rzym - bazylika Santa Maria Maggiore z V-XIII wieku

Dowlekliśmy się na Eskwilin na przysłowiowych ostatnich nogach, prosto z Lateranu, na który zaniosło nas (oczywiście na piechotę) z Centro Storico, dokąd przydreptaliśmy z okolic Watykanu. Bazylikę widać już z daleka, jej monumentalna bryła i wysoka, romańska kampanila stanowią punkt orientacyjny w terenie. Pchnąwszy ciężkie drzwi znaleźliśmy się w środku. Rzędom jońskich kolumn zdawałoby się nie było końca...

Początki bazyliki wiążą się nierozerwanie z początkami kultu Matki Boskiej w kościele katolickim. Legenda mówi, że w IV wieku papież Liberiusz miał sen - objawiła mu się Matka Boska i poleciła, by w miejscu, gdzie spadnie śnieg wybudować kościół (stąd pierwsze wezwanie - Matki Boskiej Śnieżnej). Jakież było zdziwienie Rzymian, gdy w nocy z 4 na 5 sierpnia 352 roku rzeczywiście spadł śnieg, znacząc zarys przyszłego kościoła na wzgórzu Eskwilińskim (do dziś świętuje się rocznicę tego wydarzenia, kiedy to sypie się w bazylice płatki białych róż). Kościół wzniesiono w V wieku z polecenia papieża Sykstusa III po uznaniu przez sobór w Efezie dogmatu niepokalanego poczęcia. Potężna bazylika o rzędach wyszabrowanych ze świątyni Junony jońskich kolumn i bogatych, kolorowych mozaikach stanęła zatem na Eskwilinie ku chwale Matki Boskiej, której kult szerzył się w całym chrześcijańskim świecie.

Pierwsze przebudowy bazyliki miały miejsce w XIII wieku, kiedy to do kościoła dostawiono wysoką kampanilę, dobudowano transept i apsydę. Mimo że układ przestrzenny kościoła od swoich początków w V wieku stosunkowo niewiele się zmienił (jońskie kolumny wciąż podtrzymują masywne ściany zwieńczone monumentalnym stropem), to jednak wyposażenie i dekoracje nie należą już do tych oryginalnych. Najbardziej zmienił się chyba zewnętrzny wygląd kościoła - patrząc na jego XVIII wieczną fasadę, barokowe kopuły nad kaplicami i skrzydła pałacu kapituły przylegające od lewej i prawej do kościoła, nie sposób domyślić się jego antycznego niemalże rodowodu. Jednak jest w środku kilka cudów, które przypominają o bizantyjskiej chwale kościoła...

Na wewnętrznych ścianach nawy głównej, ponad kolumnadą znajdujemy słabo widoczne, obudowane barokowymi złoceniami panele wypełnione mozaiką. To pozostałości z pierwotnej dekoracji kościoła, przedstawiające sceny biblijne. Trudno je wypatrzyć z poziomu posadzki, przydaje się teleobiektyw, przez który na maksymalnym zbliżeniu podziwiamy te cudeńka, prakomiksy o żywych wciąż barwach. Tutaj czytelnikowi należy się wyjaśnienie - dlaczego mamy z tego miejsca tak niewiele zdjęć? Przecież mozaiki te ciągną się po jednej i po drugiej stronie nawy przez całą długość kościoła. Cóż, winne są gabaryty budowli. Mozaiki można spokojnie przez teleobiektyw oglądać, jednak próba zrobienia im zdjęcia w ciemnym, przepastnym wnętrzu przypomina próbę sfotografowania kolibra w locie, szczególnie, że nasz teleobiektyw nie posiada stabilizatora obrazu. Na wszystkie zrobione mozaikom w nawie zdjęcia wyszło jedno - przedstawia biblijną wieżę Babel.

Kolejny skarb to mozaiki na łuku tęczowym. Pochodzą z V wieku i przedstawiają sceny z Nowego Testamentu, poświęcone Matce Bożej. Mamy więc tu Zwiastowanie, Pokłon Trzech Mędrców, Rzeź Niewiniątek, Ofiarowanie w świątyni i Heroda przyjmującego Mędrców ze Wschodu. Pośrodku łuku znajduje się tron Boga-Ojca pomiędzy św. Piotrem i św. Pawłem oraz metaforyczne przedstawienia ewangelistów. W późniejszej o kilka wieków apsydzie również feeria barw - to przedstawienie Koronacji Matki Bożej w asyście świętych. I znów dopadła nas fotograficzna klątwa bazyliki Santa Maria Maggiore - rzymskim zwyczajem żeby oświetlić mozaiki, trzeba wrzucić do automatu kilka euro, co zwykle starcza na kilka minut. Jednak w tym kościele automat znajdował się... w kruchcie. Zatem, wrzuciwszy monetę, puściliśmy się w długą przez długi jak boisko kościół, lawirując wśród turystów, odprowadzani czujnym wzrokiem ochroniarza, by chociaż przez chwilę nacieszyć oczy mozaikami i zrobić kilka zdjęć. Niezbyt ostrych, przyznajemy, i nie najlepiej skadrowanych. Naszą uwagę przykuwa jeszcze posadzka w stylu arte cosmatesca, wykonana z marmuru i porfiru.

To generalnie tyle - przez wieki wnętrze kościoła pokryła skorupa barokowych złoceń, plafonów, wyrosły tu zarośla kręconych wymyślnie kolumieniek, a załomy iluzjonistycznych ołtarzy zamieszkały pyzate aniołki wygięte w nienaturalnych pozach. Warto jednak rozejrzeć się jeszcze raz po kościele, w którego wnętrzu znajdujemy świadków trudnych dziejów kościoła katolickiego. Spójrzmy zatem w górę, na ozdobiony herbami papieży z surowo osądzonego przez historię rodu Borgia - Kaliksta III i Aleksandra VI (który od niedawna ma dla nas twarz Jeremy'ego Ironsa). Zdobi go przywiezione przez Krzysztofa Kolumba zrabowane Nowemu Światu złoto, ofiarowane papieżom przez Izabelę Katolicką. Spójrzmy na kilka papieskich nagrobków - oto Sykstus V, Paweł V z rodu Borghese, Pius V, papież, który obłożył ekskomuniką Elżbietę I. Nieco dalej - grobowiec rodzinny rodu Berninich. Leży tu najszerzej znany przedstawiciel tego rodu, papieski rzeźbiarz i - według Dana Browna - Iluminata, Gian Lorenzo Bernini, autor najpiękniejszych barokowych rzeźb, z których najbardziej znana to chyba Ekstaza (hm...) św. Teresy.

Przebodźcowani chociaż niezaspokojeni fotograficznie opuszczamy bazylikę Santa Maria Maggiore, jedną z czterech bazylik papieskich Rzymu. Pora udać się na zasłużony odpoczynek, gdzieś w jakiejś skromnej pizzerii lub trattorii, przy kieliszku Frascati i parującej zapachem bazylii i oliwy z oliwek misce makaronu...

Galeria: 

Rzym - kościół San Bartolomeo z X/XI wieku

Kościół San Bartolomeo jak mało które miejsce w Rzymie wiąże się z najwcześniejszą historią Polski (co na rzymskie warunki nie oznacza znowu tak głębokiej przeszłości). W tym niewielkim kościółku na wyspie Isola Tiberina Otton III złożył relikwie ramienia św. Wojciecha, a historia polskiego (a może czeskiego?) świętego spleciona jest od wieków z tym miejscem.

Przez starożytny most Ponte Fabricio przechodzimy z Getta na Isola Tiberina. Już z mostu możemy dostrzec zgrabną sylwetkę kościoła z przyklejoną do niej charakterystyczną kampanilą. Niewielka, ale urocza wysepka dzisiaj mieści szpital (jeden z najstarszych w Rzymie). Jest to o tyle znaczące, że w starożytności znajdowała się tu świątynia Eskulapa (ciągłość kulturowa została zachowana). Na placyku przed kościołem niespokojnie kołują mewy, krzycząc wniebogłosy. Toczą zajadły bój o porcję spaghetti z sosem pomidorowym, które ktoś zostawił im na murku od strony rzeki. Co za miejsce, gdzie nawet latające szczury jedzą lepiej, niż u nas karmią w niejednej stołówce szkolnej czy studenckim barze...

Kościół San Bartolomeo stoi w miejscu dawnej świątyni Eskulapa. Mówi się, że kolumny kościoła pochodzą właśnie z tej świątyni. Tutaj również, u stóp ołtarza bije źródełko o uzdrawiających właściwościach. Studzienka, jaką obmurowano źródełko jest dla naszej najstarszej historii zupełnie wyjątkowym zabytkiem - zawiera bowiem najprawdopodobniej najstarsze przedstawienie św. Wojciecha. Ale po kolei.

Początki kościoła toną w mrokach historii - jedni historycy uznają, że ufundował go Otton III właśnie w kontekście rodzącego się kultu świętego męczennika z dalekiego kraju, inni cofają jego historię dalej w przeszłość. Kościół początkowo nosić miał wezwanie właśnie św. Wojciecha/Adalberta. Wezwanie św. Bartłomieja i św. Paulina z Noli pojawiło się XII wieku, kiedy do kościoła sprowadzono relikwie św. Bartłomieja, a ostatecznie utrwaliło się wezwanie San Bartolomeo. Otton wybrał wyspę na Tybrze nie bez powodu - usytuowanie kościoła miało nawiązywać do szczegółów męki św. Wojciecha, zamordowanego nad brzegiem jeziora Drużno. Szerzący się i niezwykle istotny politycznie kult słowiańskiego świętego miał gorącego orędownika w osobie cesarza, który w koście San Bartolomeo złożył relikwie ramienia św. Wojciecha, które otrzymał od swojego sprzymierzeńca, młodego księcia Bolesława (relikwie zostały podzielone między dwie stolice ówczesnego świata - Rzym i Akwizgran). Rzymskie relikwie św. Wojciecha powróciły do Polski w 1928 roku i przechowywane są w skarbcu katedry gnieźnieńskiej.

Sam kościół nie sprawia oszałamiającego wrażenia - agresywny barok nie pozostawia wiele miejsca na średniowieczne reminiscencje - kościół w XVI wieku przebudowano po zniszczeniach, jakich doznał. Kościół ma bardzo klasyczny układ niewielkiej bazyliki z transeptem, apsydą i kaplicami po obu stronach prezbiterium. Pod kościołem znajduje się ottońska krypta, której niestety nie udało nam się zobaczyć.

To, co najciekawsze, to cembrowina studzienki, z wizerunkami Chrystusa Zmartwychwstałego, cesarza (najprawdopodobniej Ottona III), św. Bartłomieja (postać z brodą i księgą) oraz najprawdopodobniej św. Wojciecha. Postać trzymająca w ręku pastorał, ubrana w paliusz uznawana jest za pierwsze przedstawienie św. Wojciecha w ikonografii (nie przez wszystkich historyków - niektórzy uznają, że to przedstawienie św. Paulina z Noli).

Fascynujące jest napotkać w obcym mieście, gdzieś na drugim końcu Europy ślady postaci i wydarzeń tak dobrze znanych z naszej rodzimej historii. Kościół San Bartolomeo może nie jest najbardziej charakterystycznym i najlepiej zachowanym starym kościołem w Rzymie, ale bliski jest polskiej duszy (chociaż o dziwo Polaków tu mało). Miło się odpoczywa słuchając pokrzykiwania ptaków, na murku nad Tybrem. A za Tybrem czeka już na nas Zatybrze, z setkami knajpek i trattorii, gdzie można znakomicie zjeść, wypić i poczuć się trochę jak na krakowskim Kazimierzu...

Galeria: 

Rzym - kościół San Clemente z XI wieku

Z Forum Romanum, z Koloseum ruchliwą Via di San Giovanni in Laterano dojść można spacerkiem na Lateran. Robi się tu trochę mniej turystycznie, a ceny w mijanych trattoriach wyraźnie spadają. Ale nie dajmy się zwieść - w tej spokojnej okolicy znajduje się jeden z najbardziej niezwykłych kościołów Rzymu - bazylika San Clemente.

Historia tego miejsca jest długa i mówi prawie wszystko o historii samego Rzymu. Na początku stał tu dom, budynek z czasów Republiki, spalony w 64 roku w czasie wielkiego pożaru Rzymu. Odbudowany na zgliszczach nowy dom był własnością rzymskiego dostojnika, konsula i męczennika Titusa Flaviusa Clemensa, który bardzo wcześnie nawrócił się na chrześcijaństwo, za co zapłacił wysoką cenę. Kiedy chrześcijaństwo wyszło z katakumb i zostało oficjalną religią Imperium, w IV wieku dom został zamieniony na kościół, przystosowany do celów kultowych. Przez stulecia wiele się tu zmieniało, dom został rozbudowany do rozmiarów całkiem sporej bazyliki. W XI wieku, w czasie najazdu Normanów kościół spłonął. Odbudowano go z rozmachem i ten budynek podziwiać można do dziś.

Kościół San Clemente dziś to trójnawowa bazylika bez transeptu, za to z atrium, którego jońskie kolumny zrecyclingowano najprawdopodobniej z forum. Budynek z rudej, rzymskiej cegły wtapia się w architekturę ulicy i prawie można go przeoczyć. Wewnątrz od razu uwagę zwraca apsyda z niezwykłą mozaiką przedstawiającą "triumf krzyża" - w centrum mozaiki znajduje się krzyż, otoczony girlandami wici roślinnych. Na krzyżu przysiadły białe gołąbki, poniżej - baranki. Ciąg dalszy mozaik znajduje się na łuku tęczowym. Całość skrzy się złotem i oszałamia barwami. Kolejny niezwykły element to schola cantorum na środku kościoła, bogato dekorowana marmurami, które pochodzą jeszcze z pierwszej bazyliki. Całości dopełnia posadzka w stylu arte cosmatesca. Wnętrze kościoła jednak nie uniknęło barokowych przebudowań - dekoracje sufitu i ścian naw pochodzą z XVIII wieku. W kościele znajdują się relikwie św. Klemensa, jednego z pierwszych papieży oraz św. Cyryla - apostoła Słowian. Co ciekawe, kościół nie jest orientowany na wschód - od wschodu znajduje się atrium i wejście do kościoła. Może być to tajemnicza pozostałość wpływów kultów solarnych, popularnych w Rzymie w czasie powstawania chrześcijaństwa (jedno z pierwszych przedstawień Chrystusa w watykańskim Necropolis ukazuje go jako "Słońce Niezwyciężone", Sol Invictus).

Jakież było nasze rozczarowanie, kiedy okazało się, że w kościele obowiązuje zakaz fotografowania, pilnowany przez energiczne panie kustoszki. To, co udało nam się sfotografować zanim zostaliśmy przywołani do porządku - to nasze. Zwiedzając resztę niezwykłości tego kościoła musieliśmy powstrzymać odruchy fotograficzne i zadowolić się kupnem pocztówek. A jest co zwiedzać, bo "górny kościół" to dopiero początek...

Okazuje się bowiem, że pierwsza bazylika nie zniknęła do szczętu. Archeologowie wypreparowują spod obecnej bazyliki jej starsza siostrę. Wciąż czytelny pozostaje układ budowli, a na misternie odsłoniętych ścianach i kolumnach wciąż widać ślady wczesnochrześcijańskich fresków. To jednak wciąż nie koniec - schodzimy niżej, do pozostałości po rzymskich domach z przełomu tysiącleci. I odnajdujemy kolejne miejsce kultu, tym razem nie chrześcijańskiego. To pochodzące z II wieku Mitreum, czyli świątynia boga Mitry, niezwykle popularnego w starożytnym Rzymie. Niewielka "jaskinia" pomieścić mogła kilkanaście osób - najprawdopodobniej była to kaplica przy szkole mitraistycznej. Centralne miejsce zajmuje tu ołtarz ozdobiony wizerunkiem Mitry zabijającego byka. W znajdującej się w ścianie niszy zaś przetrwał wizerunek Mithras petra generix - Mitry zrodzonego ze skały. Po prawej i lewej stronie od ołtarza znajdują się kamienne ławy dla zebranych członków społeczności. Podziemia kościoła San Clemente można zwiedzać godzinami, przenosząc się w czasie i zmieniając kręgi kulturowe. Labirynt tajemnych przejść między pieczołowicie wygrzebanymi z ziemi pozostałościami po codziennym życiu starożytnych Rzymian daje wiele do myślenia o skomplikowanej historii tego miasta. A jeszcze w dodatku gdzieś w oddali szemrze cicho podziemna rzeka (dziejów?).

San Clemente to niezwykły pomnik kulturowego trwania, przenikania się epok, porządków, sacrum (różnych) i profanum. To przystanek obowiązkowy, lekcja historii i fascynujący dokument, który czytać można długo i na wiele sposobów.

Galeria: 

Rzym - kościół San Crisogono z XII wieku

Na Zatybrzu naprawdę można się zgubić. Wąskie (i często śpele) uliczki, ciemne zaułki... Już traciliśmy nadzieję, że potrafimy zlokalizować kościół przyczepiony do wystającej poza niskie kamieniczki kampanili, kiedy okazało się, że kościół leży przy głównej (i całkiem ruchliwej, jak to w Rzymie) ulicy Zatybrza - Viale di Trastevere. Ciężko było zrobić mu zdjęcie w całości, bez przejeżdżających, czy parkujących w okolicy samochodów. Cóż, trudno. Kontekst zabytku też jest ważny.

Kościół San Crisogono należy do grupy najstarszych miejsc kultu chrześcijańskiego w Rzymie (tituli) - pierwszą świątynię zbudował tu papież Sylwester I w IV wieku. Dzisiaj pozostałości tej pierwszej budowli z czasów Konstantyna można zwiedzać w zakrystii. Nie do końca wiadomo, jaka była pierwotna forma tego kościoła, najprawdopodobniej była to typowa, konstantyńska bazylika. Kościół został na nowo zbudowany w XII wieku, w formie takiej, jaką prezentuje dziś. W XII wieku kościół uzyskał też romańską kampanilę. Kolejna przebudowa to wiek XVII, kiedy to udekorowano wnętrze i dobudowano do kościoła portyk.

Kościół ma bardzo klasyczny układ starych rzymskich kościołów (trójnawowa bazylika z pseudotranseptem i apsydą, z rzędami antycznych kolum jońskich, kryta stropem), jednak w śródku króluje barok. To, na co warto zwrócić uwagę, to po pierwsze niezwykła posadzka w stylu arte cosmatesca, po drugie - freski w apsydzie (Madonna z dzieciątkiem), pędzla Pietra Cavalliniego, a po trzecie - konfesja z VIII wieku i ołatarz z XII wieku (kryty baldachimem zaprojektowanym przez samego Gian Lorenza Berniniego).

Nie spędziliśmy tu dużo czasu - właśnie zaczynała się msza i nie chcieliśmy przeszkadzać zebranym w kościele wiernym w modlitwie (stąd mizeria naszej galerii - nie wypadało nam robić zdjęć, kiedy ksiądz rozpoczynał nabożeństwo). Omietliśmy wzrokiem misterne posadzki, rzuciliśmy okiem do środka prezbiterium i poszliśmy dalej. Zatybrze ma bowiem jeszcze wiele atrakcji.

Galeria: 

Rzym - kościół San Giorgio in Velabro z VII wieku

Autor przewodnika Rough Guides (bardzo polecamy, naprawdę dobry przewodnik po Rzymie!) zareklamował nam kościół San Giorgio in Velabro jako jeden z najpiękniejszych starych kościołów w Rzymie. Postanowiliśmy to sprawdzić. Okazuje się, że to święta prawda.

Gwarne Piazza Bocca della Verità, gdzie trwały akurat przygotowania do wielkiej bitwy na poduszki, na co dzień jest niebywale zatłoczone. Japońskie i amerykańskie wycieczki cisną się w kolejce do słynnych Ust Prawdy, zupełnie nie zwracając uwagi na dostojne, romańskie piękno kościoła Santa Maria in Cosmedin, w portyku którego znajdują się słynne Usta. Ruchliwymi ulicami mkną trąbiąc wniebogłosy samochody i wszechobecne skutery. A wystarczy odejść kilka kroków Via del Velabro, minąć zniszczony przez kaprysy pogody Łuk Janusa, i naraz znajdujemy się w zupełnie innym świecie...

Na małym placyku stoi niewielki kościół zbudowany z rudej, rzymskiej cegły. Wygląda nieco koślawo, z przekrzywionym portykiem, niewysoką kampanilą i przyklejonym do kościoła po lewej stronie niewielkim łukiem ku czci Septymiusza Sewera i jego rodu. Sam kościół pochodzi z VII wieku, portyk i kampanila - z XII wieku. Całe szczęście w Rzymie zasada otwartych (chociaż nie w czasie sjesty) kościołów jest pieczołowicie przestrzegana. Weszliśmy zatem do środka...

Kościół ma niezwykle prosty układ - to trójnawowa bazylika bez transeptu, z nawą główną zamkniętą od razu apsydą. Kościół przekryty jest stropem (po którym najlepiej widać, jak nierówna jest nawa główna), w nawach bocznych widać odsłoniętą więźbę dachową. Proste, oszczędzone przez barok (to w Rzymie dość nietypowe) ściany nawy głównej podtrzymują arkady oparte na wiekowych kolumnach o korynckich i jońskich kapitelach. Nawy boczne doświetlają niewielkie, rozglifione okienka. Nawę główną - pięknie, misternie wycięte w kamieniu kwadratowe otwory okienne. W głównym ołtarzu znajdującym się pod prostym baldachimem spoczywają relikwie św. Jerzego (fragment jego czaszki), które zostały tu złożone w VIII wieku.

Wnętrze kościoła jest ascetyczne i puste (cóż za odmiana po orgiastycznym baroku, którego w Rzymie pełno na każdym kroku!), jego w zasadzie jedyna dekoracja to niezwykły fresk w apsydzie, trzynastowieczne dzieło Pietra Cavalliniego. Fresk przedstawia Chrystusa w otoczeniu świętych (m.in. św. Jerzego oraz Matki Bożej). To dzieło jeszcze średniowieczne, choć można doszukiwać się w nim już zapowiedzi renesansu.

Spędziliśmy w kościele San Giorgio in Velabro niezwykłe, pełne skupienia i zadumy nad sztuką pół godziny podczas gdy popołudniowe światło robiło z wnętrzem kościoła niesamowite rzeczy. Potem posiedzieliśmy jeszcze na ławeczce przed kościołem chwilę podziwiając wygrzewającego się na dachu zabytkowego Mini Morrisa kota-kanapowca. A potem, jak zwykle na zakończenie dnia wypełnionego od rana do wieczora zwiedzaniem - poszliśmy na wino i kawałek pizzy.

Galeria: 

Rzym - kościół San Marco z IV-IX wieku

Piazza Venezia to dzisiaj jeden z najbardziej ruchliwych placów Rzymu. Stąd niedaleko do Centro Storico, na Fora, a co najważniejsze, stoi tu Il Vittoriano - majestatyczna budowla z pomnikiem Wiktora Emmanuela, przez Rzymian zwana Wielką Maszyną Do Pisania. To centrum dzisiejszego Rzymu. Od zgiełku Piazza Venezia uciekamy na spokojniejszy Piazza San Marco. Tu, pilnowana przez spłukaną przez deszcze, hojnie obdarzoną przez rzeźbiarza Madam Lucretię (w rzeczywistości to posąg Izydy), jeden z "mówiących posągów Rzymu", stoi bazylika San Marco.

Historia tego miejsca sięga IV wieku. Kościół ufundował papież Marek, ku czci swojego imiennika Ewangelisty. Pierwsze renowacje miały tu miejsce w VIII wieku, a znaczna przebudowa w wieku IX, za panowania papieża Grzegorza IV. Z tego właśnie okresu pochodzi najcenniejszy skarb kościoła - mozaika apsydialna, przedstawiająca papieża Grzegorza ofiarowującego kościół Chrystusowi, w otoczeniu świętych, między innymi św. Marka Ewangelisty. Papież ukazany jest w charakterystycznym, kanciastym nimbie przynależnym osobom żyjącym. Poniżej znajduje się przedstawienie baranków, o których autor naszego przewodnika napisał, że niedwuznacznie przypominają one lamy. Niniejszym - potwierdzamy owo wrażenie. Na łuku tęczowym znajdują się mozaiki przedstawiające ewangelistów w swoich metaforycznych wyobrażeniach.

I to niestety tyle, jeśli chodzi o romańskie lub późnoantyczne pozostałości w tym kościele. Renesansowa a potem barokowa rewolucja znacznie przeobraziły jego wygląd, choć układ przestrzenny, jaki znamy z innych starych bazylik Rzymu (szeroka nawa główna przekryta stropem, majestatyczna apsyda, rzędy kolumn oddzielających nawy boczne) został zachowany.

Kontynuujemy spacer przez Fora, na odległy Lateran. Żegna nas Madam Lucretia, na której twarzy padający przez setki lat deszcz wyżłobił wyraz lekkiego zdziwienia.

Galeria: 

Rzym - kościół San Nicola in Carcere z VI wieku

Przez pachnące serem i pomidorami Campo di Fiori, labirynt wąskich uliczek Getta, trafiamy nad Tyber. Mijamy dostojną synagogę i teatr Marcellusa i trafiamy na niezwykły zabytek. Wygląda trochę jak znany nam z Rumunii Igor (pamiętacie kościółek w Densus, zbudowany z pozostałości po rzymskim mieście?) - to kościół San Nicola in Carcere, który w swoim korpusie zawiera szczątki trzech rzymskich świątyń.

Kościół San Nicola in Carecere zbudowano w VI wieku na ruinach Forum Holitorium, z pozostałości świątyń - m.in. Junony i Janusa. W opuszczonych świątyniach w czasach bizantyjskich znajdowało się tu więzienie, stąd część wezwania "in carcere", czyli "w więzieniu". Co do wezwania św. Mikołaja, słyszeliśmy dwie teorie. Pierwsza tłumaczy, że w czasach, gdy powstawał kościół, Tyber przepływał znacznie bliżej i znajdował się tu targ rybny - a św. Mikołaj to również patron żeglarzy. Druga mówi o wspólnocie greckiej mieszkającej w okolicy, która nadała kościołowi to wezwanie (św. Mikołaj to ważny święty w tym kręgu kulturowym).

Kościół jest niejednolitą, eklektyczną bryłą, w której doskonale widać wtórnie użyte mury rzymskich świątyń, łącznie z kolumnami o jońskich kapitelach. Wypreparowane z muru przez konserwatorów zabytków dają dobre wyobrażenie, jak powstawał kościół i jakim zmysłem do recyclingu wykazali się jego budowniczowie. Układ kościoła jest klasyczny, charakterystyczny dla większości rzymskich starych kościołów - bazylika, z arkadami wspartymi na kradzionych, rzymskich kolumnach, zamknięta apsydą (a w zasadzie trzema apsydami, na zakończeniu naw głównej i bocznych), kryta stropem. Dostawiona w średniowieczu kampanila (nieco inna, niż większość rzymskich kampanili) służy za dzwonnicę.

Kościołowi niestety nie udało się uniknąć przebudowy - pierwszy raz przebudowano go w późnym XVI wieku, potem w wieku XIX. Niestety w środku nie pozostało wiele ze średniowiecznej atmosfery - złocenia i kolorowe dekoracje nieco psują efekt. Co ciekawe, kościół jest dzisiaj miejscem kultu maryjnego - czci się tutaj obok Najświętszej Panienki z Pompei Najświętszą Panienkę z Guadalupe. W kościele znajduje się kopia cudownego obrazu tej ostatniej, przysłana w XVIII wieku z Meksyku.

Kościół San Nicola in Carcere może nie powala klimatem, może niewiele tu zostało z jego oryginalnej atmosfery, ale to niewątpliwie bardzo ważny świadek swoich czasów, kiedy to rosnące w siłę chrześcijaństwo pochłaniało to, co pozostało z umarłego ze starości Imperium. To kamienny dowód ciągłości kulturowej.

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Cecilia in Trastevere z IX wieku

Rzymskie Zatybrze to niezwykła dzielnica - nieco odrapana, trochę zakurzona, pełna tętniących po zmroku życiem knajpek. Trochę jak nasz krakowski Kazimierz. Przez wąskie i kręte uliczki, na azymut wyznaczony przez średniowieczną kampanilę, przez placyki gdzie przyszłe gwiazdy światowego futbolu kopią zapamiętale szmacianą piłkę wśród krzyków i pisków, trafiamy do kolejnej już odkrytej w zatłoczonym i zadeptanym przez turystów Rzymie, oazy spokoju - do kościoła Santa Cecilia in Trastevere.

Święta Cecylia to popularna rzymska święta, której historia przypomina znane nam już historie św. Praksedy i św. Pudencjany. Rzymska arystokratka, która podobnie jak jej mąż, zginęła podczas prześladowań za czasów Marka Aureliusza. Najpierw jej oprawcy próbowali ugotować ją żywcem w jej własnej łaźni, a następnie odrąbali jej głowę. W miejscu jej domu już w III wieku stanęła chrześcijańska świątynia, a w podziemiach kościoła zwiedzać można rzeczywiście pozostałości rzymskiej willi. Obecny kościół pochodzi, a jakże, z czasów papieża Paschalisa I, czyli z IX wieku.

Dziedziniec kościoła z niewielką fontanną na środku tchnie spokojem. Klasycystyczny fronton kościoła zapowiada, że wnętrze też zostało przebudowane. Niestety, z romańskiego majestatu rzeczywiście w środku niewiele pozostało. Gruntownie przebudowany w XVIII wieku jedynie swoim klasycznym układem (bazylika, trzy nawy, apsyda) przywodzi na myśl to, co znamy chociażby z kościoła San Giorgio in Velabro.

Jednak kościół ten zawiera trzy niezwykle interesujące dla romańskich poszukiwaczy zabytki (niestety z nich udało nam się zobaczyć tylko jeden). Po pierwsze, to apsydialna mozaika z czasów papieża Paschalisa I, prezentująca dobrze znanego nam papieża w towarzystwie św. Cecylii, która prezentuje go Chrystusowi. Drugi to fresk "Sąd ostateczny" Pietro Cavalliniego, znajdujący się na galerii dla chóru, a trzeci - to dekorowana w stylu arte cosmatesca krypta, gdzie przechowywane są relikwie św. Cecylii. Niestety ani fresku, ani krypty nie udało nam się zobaczyć - byliśmy tu wieczorem, pół godziny przed zamknięciem kościoła. Cóż, nie można mieć wszystkiego...

Odpoczywając w chłodku fontanny na dziedzińcu kościoła Santa Cecilia in Trastevere planujemy ciąg dalszy wieczoru, kiedy zamkną nam już wszystkie kościoły. Pizza? Pasta? Wino? A może wszystko na raz?

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Maria in Aracoeli z XIII wieku

Na Kapitolu, na tyłach Wielkiej Maszyny Do Pisania, czyli Ołtarza Ojczyzny, Il Vittoriano, znajdujemy miejsce, w którym - jak w wielu innych miejscach Rzymu - historie różnych epok splatają się ze sobą. Monumentalne schody mogą przyprawić o opad rąk tych, którzy właśnie weszli i zeszli z Il Vittoriano. (podpowiadamy więc: z Wielkiej Maszyny do Pisania wiedzie - przez kawiarenkę - dogodne przejście na wzgórze). Na szczycie - prosta, ruda fasada, goła ściana, za którą czeka nas wspaniałe (chociaż niestety już nie romańskie) wnętrze. To kościół Santa Maria in Aracoeli - Matki Boskiej Ołtarza Niebiańskiego.

Kościół stoi w miejscu, gdzie w starożytności stała świątynia Junony Monety (w której rozpoczęła się nowoczesna historia pieniądza), na wzgórzu Kapitol. Do dziś świątynia ta poświęcona jest Senatowi i Ludowi Rzymskiemu. Tu, według legendy, Sybilla Tyburtyńska miała przepowiedzieć cesarzowi Oktawianowi przyjście na świat Jezusa. W miejscu starożytnej świątyni w pierwszych wiekach chrześcijaństwa powstał bizantyjski klasztor, potem ofiarowany Franciszkanom, na którego miejscu w XIII wieku ufundowano kościół, romański, ale z elementami wczesnego gotyku. Monumentalne schody (z 124 stopniami) powstały w XIV wieku, u ich podnóża wykonywano wyroki śmierci - zginął tu między innymi samozwańczy trybun ludowy, przywódca ludowej rewolucji mającej przywrócić rzymską republikę Cola di Rienzo. Tu Rzym świętował bitwę pod Lepanto i błagał o ratunek podczas epidemii Czarnej Śmierci.

Kościół ma klasyczną formę bazyliki z szeroką nawą główną krytą stropem. Nawy boczne od nawy głównej oddzielają 22 kolumny, które wyszabrowano z różnych rzymskich starożytnych budowli. Co ciekawe, każda kolumna jest inna, nie sposób znaleźć tu dwóch pasujących do siebie par. Kościół - udekorowany barokowo - kryje w swoim wnętrzu dzieła światowej klasy - freski Pinturicchia (kaplica pierwsza od prawej), nagrobki autorstwa Donatella i Michała Anioła. Z interesującego nas najbardziej okresu pochodzi posadzka i amobony w stylu cosmatesca i niewielki fresk Pietro Cavalliniego.

W kaplicy za ołtarzem znajdujemy zaś niezwykłą rzeźbę - to Santo Bambino, figurka Dzieciątka Jezus, mająca cudowne właściwości. Figurka postawiona przy łóżku chorego miała wrócić mu zdrowie, więc podróżowała często po mieście ciesząc się specjalnymi względami na zatłoczonych ulicach. Wykonano ją w XV wieku z drzewa oliwnego przywiezionego z Getsemani. Dziś możemy podziwiać jedynie kopię tej rzeźby - skradziono ją z kościoła w 1994 roku i do dzisiaj nie udało się jej odnaleźć.

Może nie ma tu zbyt wiele romańskich pozostałości, ale obok Donatella czy Pinturicchia nie sposób przejść obojętnie, jak również obok cudownej figurki Santo Bambino. Piękny stąd widok na fora, na Lateran i resztę Kapitolu. Schody męczą, ale wejść naprawdę warto!

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Maria in Cosmedin z VIII wieku

Zatłoczony plac Piazza della Bocca della Verita - mkną samochody, tłoczą się turyści. Rozglądamy się dookoła. Na niewielkim skwerku, ogrodzone prowizorycznym ogrodzeniem stoją w zadumie dwie rzymskie świątynie z II wieku p.n.e - świątynia Portunusa (błędnie uważana za świątynię Fortuny Virilis) i Herkulesa Zwycięzcy (błędnie uważana za świątynię Westy). Po drugiej stronie ulicy tłoczy się kolejka. Na jej widok oboje jęknęliśmy z rezygnacją - cóż, czeka nas zwiedzanie najpiękniejszego starego kościoła Rzymu w warunkach turystycznego ścisku, wśród nawołujących się włoskich szkolnych wycieczek, Japończyków cykających zdjęcia czym się da (łącznie z iPadem) i Amerykanów, którzy o Rzymie wiedzą tyle, co przeczytali u Dana Browna ("czy to ten kościół, w którym spalili kardynała? Nie? To idziemy..."). Okazało się jednak, że kolejka wcale nie stoi do kościoła, ale do "Ust Prawdy", zabytku, którego popularność wśród odwiedzających Wieczne Miasto nie przestaje nas zadziwiać. Kiedy zatrzasnęły się za nami drzwi do kościoła, tłoczący się na zewnątrz turyści, upał i zgiełk przestały istnieć. Było tylko cudownie, ascetycznie proste i klasycznie romańskie wnętrze kościoła Santa Maria in Cosmedin.

Kościół stoi w miejscu starożytnego Forum Boarium czyli "rynku wołowego", gdzie handlowano bydłem i rybami. Sama świątynie powstawała - można powiedzieć - ewolucyjnie. W VI wieku budynki dawnej świątyni Herkulesa Niezwyciężonego i dawnego Statio Annonae (czyli domu zarządcy targu) zaadaptowano na tzw. diaconię - czyli swego rodzaju chrześcijańskie centrum pomocowe dla biednych. W VIII wieku papież Hadrian I kazał zburzyć prowizoryczne konstrukcje i zbudować w tym miejscu okazały kościół o trzech nawach. Tak też się stało. Kościół został ofiarowany greckim uchodźcom z Biznacjum, ofiarom sporu ikonoklastycznego i wkrótce zaczął być nazywany schola Graeca. Grecy udekorowali kościół i od tych właśnie dekoracji (po których niestety ślad zaginął) wzięło się wezwanie "Santa Maria in Cosmedin" (słowo "cosmedin" odnosi się w grece do dekoracji, ornamentów). W XI wieku kościół ucierpiał podczas najazdu Normanów, kolejna ingerencja w jego kształt to wiek XII. W całym średniowieczu dodano do kościoła zakrystię, kampanilę i tzw. schola cantorum znajdujące się na środku kościoła. W XVIII wieku dodano do kościoła barokowy fronton, ale - całe szczęście - później go usunięto i średniowieczny portyk z VIII wieku można podziwiać do dziś. Kościół ustrzegł się od większych przebudów i redekoracji, co nas niezwykle cieszy.

Z zewnątrz trudno objąć bryłę kościoła - jego fronton ściśle wpasowuje się w zabudowę ulicy. Filigranowy, siedmioarkadowy portyk ze środkową arkadą wysuniętą do przodu sprawia wrażenie niezwykłej lekkości. Dziś stoją tu barierki starające się nadać jakiś porządek kolejce turystów tłoczących się, by włożyć rękę do słynnych Ust Prawdy. Gdyby nie wysoka, ażurowa kampanila trudno byłoby zorientować się, że stoi tu kościół, tak wpleciony jest w zabudowę, że z żadnego miejsca nie widać go w całości (no, może z powietrza), a w zasadzie to poza portykiem nie widać go w ogóle.

Zwiedzanie wnętrza rozpoczynamy od zakrystii - dziś mieści się tu sklep z pamiątkami, gdzie ci, którzy już zrobili sobie zdjęcia z Ustami Prawdy mogą sobie kupić np. małe usteczka prawdy do powieszenia na lodówce. Kupując jednak magnesik na lodówkę, pocztówki czy jakiś inny beatyfikacyjny gadżet w stylu Jana Pawła II z kiwającą główką, warto spojrzeć nieco wyżej. Znajduje się tu użyta wtórnie mozaika z VIII wieku. Fragment większej (bo o wymiarach 9x6 metrów!) całości przedstawia wycinek hołdu trzech króli. Pierwotnie mozaika znajdowała się w oratorium Najświętszej Marii Panny w bazylice św. Piotra (oczywiście tej konstantyńskiej). Ten fragment mozaiki został przeniesiony w to miejsce w XVII wieku, inne fragmenty tego samego dzieła znaleźć możemy w watykańskich grotach, czy nawet we Florencji.

Wchodzimy do środka. Wpadające przez niewielkie, rozglifione okienka nawy głównej światło jest przytłumione. Wewnątrz panuje półmrok i cisza. Zadzieramy głowy do góry - odkryta więźba dachowa, pobielone, ale ze śladami po średniowiecznych freskach na poziomie okien, ściany dają wrażenie archaiczności. Podobne wrażenie sprawiają rzędy antycznych (bo niektóre z nich pochodzą jeszcze ze Statio Annonae) kolumn rytmicznie dzielonych przez filary. Forma kościoła (trójnawowa bazylika bez transeptu, z prezbiterium i nawami bocznymi zamkniętymi apsydami, kryta stropem) jest niezwykle prosta i pierwotna, stanowi idealne tło dla "smaczków" jakie możemy znaleźć w kościele - fresków (te oryginalne znajdziemy na poziomie okien oraz na łuku tęczowym, malowidła w apsydach pochodzą z XIX wieku), posadzki w stylu arte cosmatesca, przegród chórowych i przepięknie udekorowanego schola cantorum. Pulpit, świecznik (w postaci kręconej kolumienki), tron i podstawa ołtarza to przepiękne przykłady arte cosmatesca.

Pod kościołem znajduje się niewielka, trójnawowa krypta, pochodząca z czasów budowy kościoła. W swojej konstrukcji zawiera pozostałości wcześniejszych budynków. Jej przeznaczeniem było przechowywać szczątki męczenników wydobyte z katakumb (stąd znajdujące się w ścianach nisze, przypominające te z katakumb właśnie). Z ciekawostek wspomnieć należy czaszkę św. Walentego przechowywaną w kaplicy bocznej, którą wynosi się na widok publiczny w zamerykanizowane święto zakochanych 14 lutego. Co ciekawe, św. Walenty jest patronem nie tylko zakochanych, ale również umysłowo chorych, nerwowców i epileptyków (cóż, zapewne jest w tym jakaś głęboka życiowa mądrość).

Kościół Santa Maria in Cosmedin to niewątpliwie nasz numer jeden w Rzymie. Jego proste i ascetyczne romańskie piękno głębiej zapadło nam w pamięć, niż złocenia bazyliki św. Piotra i wszystkie kolumny Berniniego. Wizyta w tym kościele to obowiązkowy punkt programu, nie mniej ważny, niż Koloseum, Forum Romanum czy Panteon. I tak jak można sobie spokojnie darować Usta Prawdy, to do Santa Maria in Cosmedin koniecznie trzeba wstąpić, chociażby na minutę. Tu bowiem doświadczyć można romanizmu w najczystszej i najszlachetniejszej postaci.

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Maria in Trastevere z XII wieku

Do kościoła Santa Maria in Trastevere trafiamy późnym wieczorem - zostawiliśmy go sobie na sam koniec, bo jako jeden z niewielu rzymskich kościołów (a w zasadzie jedyny, który udało nam się zidentyfikować) otwarty jest do godziny 21.

Przez ludne Zatybrze, lawirując wśród rozstawionych na wąskich uliczkach stolików dochodzimy do placu Santa Maria in Trastevere. Kościół wygląda niezwykle klasycznie - ruda, rzymska cegła, portyk (dobudowany oczywiście w okresie klasycyzmu), kampanila. Ale co ciekawe - jest to jedno z najstarszych miejsc kultu chrześcijańskiego w Rzymie. Tu, w miejscu, gdzie w dniu narodzin Jezusa miała wytrysnąć fontanna oliwy, święty papież Kalikst zbudował w III wieku pierwszy kościół. Obecna świątynia pochodzi z XII wieku - została przebudowana przez papieża Innocentego II.

Kościół Santa Maria in Trastevere słynie ze swoich mozaik. W apsydzie i na ścianach po obu jej stronach złocą się nawiązujące do Bizancjum przedstawienia, z czego głównym jest parada świętych oddających hołd Chrystusowi i Najświętszej Marii Pannie. Poniżej mozaik znajdują się malowidła znanego nam już dobrze z Rzymu Pietra Cavalliniego przedstawiające sceny z życia Matki Boskiej. Sam kościół zachował klasyczny układ przestrzenny z rzędami jońskich kolumn, transeptem i potężną apsydą, chociaż dekoracja naw jest już późniejsza.

W kruchcie oraz pod arkadami portyku znaleźć możemy bardzo ciekawe lapidarium detali architektonicznych oraz znaków i symboli pierwszych chrześcijan (figury orantów, gołębi, pawi, litery).

Na sam koniec zwiedzania usiedliśmy w ławce i odłożyliśmy aparaty - było już przecież ciemno i zdjęcia i tak by nie wyszły. Wokoło gęstniał tłumek ludzi zbierających się, żeby śpiewać nieszpory. A potem popłynął śpiew, rozbłysły światła - i mozaiki w apsydzie ożyły tysiącem kolorów...

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Prassede z VIII wieku

Z siedmiu rzymskich wzgórz pora na Eskwilin. Tu, między słynnym Złotym Domem Nerona a jeszcze chyba słynniejszą bazyliką Santa Maria Maggiore znajdujemy kościół, któremu przyznajemy miejsce pierwsze w kategorii mozaiki. To kościół Santa Prassede z VIII wieku.

Kościół Santa Prassende związany jest z historią pewnej rzymskiej rodziny - rzymskiego senatora Pudensa i jego dwóch córek - Praksedy i Pudencjany (która najprawdopodobniej nigdy nie istniała - chociaż też ma swój kościół - Santa Pudenziana, o którym możecie przeczytać w Albumie). Wszyscy oni nawrócili się na chrześcijaństwo (a właściwie zostali nawróceni przez św. Piotra) i mocno wspierali nową religię. Jednak w czasach prześladowań był to niebezpieczny proceder - siostry zostały skazane na śmierć po tym, jak pochowały ciała dwóch tysięcy chrześcijańskich męczenników. Pochowały je w studni, której miejsce dzisiaj zaznaczone jest na posadzce kościoła czerwonym okręgiem.

Podobno chrześcijańskie miejsce kultu znajdowało się tu już w II wieku, ale kościół stanął dopiero w wieku V. Dzisiejszy kościół z VIII wieku stoi na jego fundamentach. Kościół był kilka razy przebudowywany, między innymi w IX wieku przez papieża Paschalisa I, orędownika karolińskiego renesansu, który wyposażył kościół w jedyne w swoim rodzaju mozaiki. Na kościele odcisnął też swoje piętno wszechobecny barok.

Kościół Santa Prassede jest typową starą, rzymską bazyliką, o rzędzie starożytnych kolumn oddzielających szeroką i przestronną nawę główną od naw bocznych. Kościół kryty jest stropem, z potężnymi łukami oddzielającymi "pseudoprzęsła" nawy. Pod prezbiterium znajduje się niewielka krypta, z misternie zdobionym w stylu arte cosmatesca ołtarzykiem. Od zachodu do kościoła wchodzi się przez narteks, dzisiaj obudowany kamienicami, w których oknach suszy się pranie.

To, co najważniejsze w Santa Prassede - to mozaiki. W apsydzie znajduje się mozaika przedstawiająca Chrystusa w otoczeniu świętych - jest tu św. Piotr, św. Paweł, św. Prakseda i św. Pudencjana. Jest tu też papież Paschalis, w charakterystycznym, kwadratowym nimbie (co oznacza, że mozaika powstawała, kiedy portretowany obiekt jeszcze żył), ofiarowujący kościół Chrystusowi. Poniżej znajdują się charakterystyczne baranki, nieodłączny element rzymskich apsydialnych mozaik. Na łuku widzimy zastępy mężczyzn ubranych w stroje przypominające togi rzymskich senatorów, trzymających w ręce wieńce zwycięstwa, witających przybywające do nieba dusze sprawiedliwych. Ponad nimi znajdują się symbole ewangelistów. Ale to nie wszystko. I nawet nie najlepsze.

Z południowej nawy wchodzimy do kaplicy św. Zenona, którą papież Paschalis przeznaczył na kaplicę grobową swojej matki Teodory. Autor naszego przewodnika porównuje tą kaplicę do złotego pudełka z klejnotami. Lepsze porównanie nie przychodzi nam do głowy. Niewielka kapliczka wypełniona jest misternymi mozaikami w kolorach o przewadze złota. Na sklepieniu znajduje się królujący Chrystus w otoczeniu czterech aniołów. Inne mozaiki przedstawiają Matkę Boską z dzieciątkiem, świętych oraz samą Teodorę, w kwadratowym nimbie. W kaplicy tej przechowywany jest również fragment kolumny, przy której biczowany miał być Chrystus.

Kościół Santa Prassede i jego niezwykłe mozaiki to zabytek obowiązkowy dla fanów sztuki romańskiej, ale też polecamy go wszystkim tym, których w Rzymie znudził przesłodzony barok. Można tu spędzić długie godziny studiując przez lornetkę lub teleobiektyw szczegóły niezwykłego dzieła sztuki, jakim są tutejsze dekoracje. Tak, złote pudełko z klejnotami to doskonałe określenie dla tego miejsca.

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Pudenziana z IV wieku

Niepozorny kościółek Santa Pudenziana łatwo pominąć w amoku zwiedzania (tu Caravaggio, tu Michał Anioł, a tam znowu jakieś starożytne ruiny...), szczególnie, że w okolicy znajduje się dużo bardziej efektowna bazylika Santa Maria Maggiore czy barokowe arcydzieło Santa Maria della Vittoria ze słynną Ekstazą św. Teresy. My jednak próbując nie rozdeptać efektów pracy panów malujących linie na ulicach (jak to we Włoszech, panowie robili to oczywiście w godzinach szczytu), zbaczamy jak zwykle z kierunku zwiedzania bo to, co ma do zaoferowania niewielki kościółek przy Via Urbana interesuje nas bardziej.

Niewiele jest miejsc o bardziej starożytnych dla kultu chrześcijańskiego korzeniach, niż ten niewielki, położony znacznie poniżej poziomu ulicy (co świadczy o jego starożytności) kościółek. Jak donosi Wikipedia, pierwsze miejsce kultu datuje się tu na II wiek (pontyfikat papieża Piusa I) - w tym celu na świątynię chrześcijańską zaadaptowano rzymski dom i łaźnię. Tradycja podaje, że był to dom córki św. Pudensa (rzymskiego senatora pomagającego chrześcijanom), siostry św. Praksedy (o niej też będzie mowa), gdzie św. Piotr odprawiał Eucharystię. Najprawdopodobniej jednak święta Pudenziana nigdy nie istniała, a jej imię wzięło się z przejęzyczenia (Domus Pudentiana). Kościół ten był pierwszą siedzibą papieży do czasu, jak Konstantyn podarował Kościołowi pałac na Lateranie. Z tego właśnie kościoła (a w zasadzie z rzymskiego domu) pochodzą relikwie związane ze św. Piotrem, które dziś znajdują się Lateranie (stół, przy którym św. Piotr miał odprawiać Eucharystię) i w Watykanie (krzesło, na którym miał zasiadać).

W IV wieku, wykorzystując elementy dawnej świątyni, wybudowano na jej miejscu niewielką, trójnawową bazylikę, która w zasadzie stoi do dziś. W XIII wieku dodano do niej romańską kampanilę. Pierwotny kształt kościoła zatarły przebudowy - najbardziej ta z XVI wieku, która uczyniła wnętrze kościoła barokowym. W XIX wieku dokonano renowacji fasady - ale kolumny przy wejściu i niezwykły, romański architraw są oryginalne. Dziś podziwiać możemy wypreparowane spod barokowych tynków fragmenty muru z cegły z miejscami po zamurowanych oknach. Najstarsza część kościoła, to prawa nawa boczna i znajdująca się na jej zakończeniu kaplica (po lewej stronie apsydy) - można tu podziwiać zapadniętą, mozaikową posadzkę jeszcze z rzymskiej łaźni, którą potem przeznaczono na kościół.

Ale to, co najważniejsze, znajduje się w apsydzie - to jedna z najstarszych mozaik w Rzymie (pochodzi z końca IV wieku, z czasów papieża Innocentego I). Przedstawia Chrystusa w otoczeniu apostołów, na tle Niebiańskiego Jeruzalem, podczas gdy na niebie znajdują się symbole Ewangelistów. Ta niezwykła mozaika jest wyjątkowym osiągnięciem antyku chrześcijańskiego, na którym doskonale widać, jak świat rzymski przenika się z nowo powstałym chrześcijaństwem. Chrystus ukazany jest ubrany w złoto i purpurę (kolory cesarza), w pozie rzymskiego nauczyciela. Apostołowie przedstawieni są w strojach rzymskich senatorów, a figury Kościoła i Synagogi - jako rzymskie arystokratki. Każda z przedstawionych figur jest zindywidualizowana, przedstawiona we właściwej dla siebie pozie i z innym wyrazem twarzy. Świetliste, stonowane kolory i indywidualny charakter postaci zbliżają tą mozaikę mimo odległości czasowe bardziej do renesansu, niż do średniowiecza.

Rzym jest pełen zabytków i równie pełny chcących je zobaczyć turystów, którzy często czynią podziwianie ich (tj. zabytków, nie turystów) nieznośnym. Są jednak wciąż w Rzymie miejsca, gdzie można zobaczyć zabytki naprawdę niezwykłej wagi i nie spotkać przy tym żywej duszy. Kościółek Santa Pudenziana jest jednym z nich. Ta mała świątynka ma w sobie więcej historii, niż większość barokowych gmaszysk w okolicy.

Galeria: 

Rzym - kościół Santa Sabina z V wieku

Łagodne wzgórza Awentynu zajmują ocienione wiekowymi drzewami wille i ciche uliczki. Doskonale stąd widać Tyber i dachy Centro Storico z monumentalną kopułą Bazyliki św. Piotra na dalszym planie. Wśród czerwonych dachówek dostojnie prężą się romańskie kampanile. Jesteśmy w pomarańczowym sadzie. W ogrodzie przy kościele Santa Sabina.

Na przykładzie kościoła Santa Sabina (święta Sabina, której poświęcono kościół, była rzymską matroną, która została chrześcijańską świętą) doskonale obserwować można jak sztuka antyczna przechodzi w sztukę chrześcijańską, jak architektura chrześcijańska dziedziczy wzorce po swojej starszej, rzymskiej siostrze. Bazylika Santa Sabina - wielka, trójnawowa budowla bez transeptu i z imponującą apsydą przylegającą prosto do nawy przypomina rzymskie bazyliki, miejsca użyteczności publicznej. Jej kształt doskonale zachował się do naszych czasów, wraz z takimi szczegółami jak oryginalne maswerki okien czy niezwykłe, drewniane drzwi tak stare, jak ten kościół. W XIII wieku papież ofiarował kościół nowopowstałemu zgromadzeniu Dominikanów - przy tym kościele mieszkał przez czas jakiś sam św. Dominik i można (podobno) zwiedzić jego celę. Jest tu też polski akcent - jedna z kaplic kościoła poświęcona jest znanemu nam dobrze, chociażby z Sandomierza, polskiemu dominikaninowi św. Jackowi Odrowążowi.

Z zewnątrz kościół wygląda jak wielki hangar, masywna bryła z rudej, rzymskiej cegły, z dużymi oknami, potężną apsydą, dobudowaną w X wieku kampanilą i portykiem. W portyku znaleźć możemy kilka interesujących rzeczy - przede wszystkim drzwi. Oryginalne drzwi z V wieku, rzeźbione misternie w sceny biblijne. Możemy podziwiać tu najstarsze przedstawienie ukrzyżowania w sztuce chrześcijańskiej. Znajdujemy tu również wyblakły fresk oraz wmurowane na zasadzie lapidarium fragmenty rzymskich detali architektonicznych i symbole pierwszych chrześcijan.

Wewnątrz kościół jest cudownie pusty - rzędy korynckich kolumn podtrzymują prostą arkadę, zdobioną po rzymsku w geometryczne wzory. Powyżej - goła ściana i niezwykłe, olbrzymie okna. Skomplikowane maswerki, tak stare, jak kościół, nie są przeszklone - wypełniają je płytki selenitu, bardzo czystej i przeźroczystej odmiany gipsu. Wpadające przez owe okna do kościoła światło, daje niezwykłe efekty - srebrne "zajączki" śmigają po monumentalnych kolumnach, odpoczywają na ścianie nawy, pełzają po posadzce. Nawy boczne doświetlają niewielkie, rozglifione okienka.

Dekoracje olbrzymiej apsydy są również proste - to geometryczne wzory, znane nam dobrze selenitowe okna oraz fresk - niestety z XVI wieku (chociaż podobno dobrze oddaje tematykę i kompozycję mozaiki z V wieku, która była tutaj wcześniej). Przestrzeń prezbiterium od reszty nawy oddziela misternie rzeźbiona przegroda - jej dekoracje przywodzą na myśl wręcz sztukę celtycką. Prostota dekoracji przy jednoczesnym mistrzowskich operowaniem przestrzenią dają w tym kościele połączenie jedyne w swoim rodzaju - pełną majestatu, ale i filigranową budowlę. Bazylika Santa Sabina jest jak jej święta patronka - to dostojna, rzymska matrona o chrześcijańskim sercu.

Zwiedzanie kościoła Santa Sabina polecamy wszystkim, a w szczególności tym, którzy chcą zrozumieć korzenie sztuki romańskiej. Polecamy również widoki z ogrodu i urokliwą, sielankową atmosferę Awentynu. To naprawdę przyjemne z pożytecznym, urocze z fascynującym.

Galeria: 

Rzym - kościół Santi Giovanni e Paolo z V - XI wieku

Wzgórze Celius, kolejne zielone wzgórze Rzymu. Zaraz za kościołem Santa Maria in Dominica skręcamy w zieloną, parkową alejkę. Wkraczamy w zieleń i spokój Villa Celimontana, gdzie między klombami i polankami na których odpoczywają współcześni Rzymianie jedząc ser i przegryzając pomidorem, pędzą na rowerkach dzieci wśród pisków i śmiechu. Przechodzimy przez park i nagle naszym oczom ukazuje się wspaniały widok. Niewielka piazza, romańska fasada i niezwykła dzwonnica. To kościół Santi Giovanni e Paolo.

Kościół Santi Giovanni e Paolo ma długą i bogatą historię. Po raz pierwszy został zbudowany pod koniec IV wieku przez rzymskiego senatora Pammachiusa w miejscu domu dwóch męczenników - Jana i Pawła, którzy zostali straceni, gdyż odmówili służby wojskowej (do dziś kościół ten jest mekką pacyfistów). Rzeczywiście, pod kościołem odkryto pozostałości rzymskiego domu, które można dzisiaj zwiedzać. Już w V wieku kościół ucierpiał po raz pierwszy z powodu najazdu Alaryka oraz trzęsienia ziemi. Kościół odbudował, a jakże, papież Paschalis I. Kolejny najazd, tym razem Normanów w połowie XI wieku również nie ominął kościoła Santi Giovanni e Paolo. Odremontowany wkrótce po nim, do dzisiaj miał mniej więcej spokój (nie licząc oczywiście barokowej przebudowy wnętrza, która doszczętnie zniszczyła jego romański charakter).

Kościół nawet jak na rzymskie warunki jest niezwykle duży. Układ ma klasyczny, to trójnawowa bazylika z transeptem, z prezbiterium zamkniętym monumentalną apsydą. We wnętrzu króluje barok, nie pozostały ślady nawet po oryginalnych podporach międzynawowych. Wejścia do kościoła pilnują dwa romańskie lwy, które wyglądają na oryginalne. Do kościoła przylega przepiękna dzwonnica oraz budynek klasztorny, dobudowane w XI wieku. Wysokie budynki zdobione filigranowymi biforiami, triforiami oraz tetraforiami domykają romański zaułek czyniąc z niego małe cacuszko. Od placu schodzi w dół wzgórza wąska uliczka, nad którą przerzucono przyporowe łuki kościoła. U stóp wzgórza warto odwrócić się i spojrzeć w górę na kościół i jego monumentalną apsydę ozdobioną arkadkową galeryjką.

Trochę tu nie po drodze ze szlaku głównych turystycznych wędrówek po Rzymie. I pewnie byśmy tu nie trafili, gdyby nie pomysł, żeby skrócić sobie drogę przez park Villa Celimontana. Dzisiaj, patrząc na zdjęcia, stwierdzamy, że bardzo warto tu zajrzeć i pokontemplować romańskie piękno. A potem rozłożyć się na kocu w parku zagryzając pecorino i pomidorem...

Galeria: 

Rzym - kościół Santi Quattro Coronati z XII wieku

Forum Romanum i kolosalnie turystyczne Koloseum też potrafią zmęczyć. Tłumy włoskich i japońskich wycieczek, rzeka ludzi cykających zdjęcia, przekrzykujących siebie nawzajem, tworzących jedyne w swoim rodzaju zamieszanie, które w pewien sposób jest nawet sympatyczne, ale do czasu. A wystarczy odejść trochę dalej, w kierunku Bazyliki św. Jana na Lateranie, żeby znaleźć się w zupełnie innym świecie. Ciche trattorie ze stołami przykrytymi ceratą, mrugający neon zdobi umieszczoną w niszy w murze figurkę Ojca Pio. I dwa niezwykłe kościoły, które amator romanizmu po prostu musi zobaczyć - San Clemente i Santi Quattro Coronati. Dzisiaj będzie o tym drugim.

Skręcamy z ruchliwej Via di San Giovanni in Laterano i mozolnie wspinamy się w górę Via dei Strada Statale 4. Obchodzimy dziwną i pogmatwaną budowlę, która na pierwszy rzut oka przypomina Ruchomy Zamek Hauru lub Domek Na Kurzej Stopce (a raczej stopie! stopiszczu!). Wysoki mur, dobudówki, poprzyklejane do nieforemnej bryły jak huby do wielkiego drzewa. W końcu trafiamy na mały placyk i przez masywną bramę wchodzimy na pierwszy dziedziniec. Potem na drugi, ozdobiony kradzionymi pewnie gdzieś na Forum kolumnami. A potem trafiamy do kościoła Santi Quattro Coronati.

Jak powstał ten przeciekawy kompleks? Pierwszy kościół zbudowano tutaj bardzo wcześnie, mówi się o V a nawet o IV wieku, ku czci męczenników - czterech żołnierzy, którzy zginęli w takcie prześladowań chrześcijan. Pierwsza świątynia została jednak dokładnie zrujnowana przez najazd Normanów w XI wieku. Obecny kościół zbudował papież Paschalis II w XII wieku. Potem do kościoła przyrastały kolejne budynki, fortyfikacje i dobudówki, tworząc z niego małą twierdzę. Dzisiaj rezydują tu siostry augustianki, a miejsce to jest oazą ciszy, spokoju i zadumy.

Sam kościół ma formę niewielkiej, dość krótkiej bazyliki emporowej z transeptem. Niezwykłej ze względu na swój rozmiar (doskonale widocznej z ulicy) apsydy kościoła nie zobaczyliśmy - trwała akurat renowacja prezbiterium. Kościół jest krótki, ale dosyć wysoki. Ponad wysokimi, ale wąskimi arkadami międzynawowymi wspartymi na korynckich kolumnach, znajduje się empora, otwierająca się do wnętrza kościoła potężnymi triforiami. Ściana - majestatyczna, pobielona i pomalowana w brudnokremowy kolor - robi niezwykłe wrażenie. Całość kryta jest stropem. Nawy boczne są wąskie i ledwo zamarkowane. Do nawy przylega równie wysoki, ale krótki transept. Wyposażenie i dekoracje kościoła są skromne i jakby przykurzone, dające wrażenie patyny. Można tu podziwiać ciekawe, choć szczątkowo zachowane freski.

Z kościoła wchodzimy na krużganek. Tu naprawdę odpoczywa nie tylko ciało, ale i dusza. Ciągnące się w hipnotyzującym rytmie proste, pozbawione finezji i szaleństwa tych z San Giovanni in Laterano, rzędy kolumienek. Geometryczne wzory w kolorach czerni i czerwieni zdobią ich arkadki. Na środku wirydarza, w niewielkiej fontannie pływają złote rybki. Powyżej arkad krużganka, przez otwarty korytarz przemykają siostry w czarnych habitach. Z donic zwieszają się girlandy kwiatów. W cieniu drzemie starsza zakonnica, czekając aż ktoś kupi od niej blaknące pocztówki (jeśli krużganki są zamknięte, należy się zgłosić do klasztoru, gdzie siostry udostępnią klucz). Oprócz nas - żywej duszy. Siadamy na chłodnym kamieniu i wystawiamy twarze do słońca. Odpoczywamy. Po prostu.

Spokój tego miejsca zostaje na długo. Wracamy w milczeniu mijając różowiejące w zachodzącym słońcu opustoszałe Koloseum. Kościół Santi Quattro Coronati polecamy wszystkim tym, których zmęczyły rozkrzyczane włoskie szkolne wycieczki i śpiewające "Barkę" polskie pielgrzymki, na które można natknąć się po całym mieście. I wszystkim miłośnikom architektury romańskiej. Obowiązkowo.

Galeria: 

Włochy - Toskania

Toskania - mekka wielbicieli sztuki (zarówno tej romańskiej, jak i renesansowej), smakoszy wina, sera, makaronu, pachnący rozgrzaną trawą, rozmarynem, tymiankiem i lawendą pępek świata... Przypielgrzymowaliśmy więc prawie że na kolanach aby ucałować gliniastą ziemię crete senesi, pić u źródła wino i ambrozję, rozsmażać na oliwie pomidory, zbierać świeży rozmaryn, wieczorem słuchać buszujących w polach żab, świerszczy i ptaków, przemierzać niespiesznym krokiem wytarte bruki, po których wędrowali kiedyś zapewne Giotto, Leonardo da Vinci, Piero della Francesca czy Michał Anioł... I wszystko było tak, jako sobie wymarzyliśmy, z wyjątkiem... pogody. Najstarsi toskańscy górale (jeżeli istnieją) nie pamiętali tak zimnej i deszczowej wiosny, a winiarze patrząc w niebo kręcili głowami spisując na straty rocznik 2013. Pozostało nam jedynie brodzenie po kostki w gliniastej ziemi crete senesi, która zamieniła się tymczasem w gliniaste błoto, przemierzanie wytartych bruków z uwagą, by nie wywinąć orła na mokrym kamieniu i poszukiwanie doznań kulinarnych oraz artystycznych skrytych pod dachami trattorii, winiarni, katedr, klasztorów i kościołów. Zapraszamy na nieśpieszną wędrówkę śladami architektury romańskiej przez toskańskie wzgórza!

Abbadia di San Salvatore - opactwo San Salvatore z XI wieku

Tego dnia - jak zwykle - dzwonieniem w szyby naszej toskańskiej chatki, obudził nas deszcz. Rzut oka za okno wystarczył, by wrócić do łóżka i pozwolić sobie pospać jeszcze godzinkę czy dwie. A potem ruszyć gdzieś blisko, żeby w razie czego móc szybko wrócić i zmienić przemoczone ciuchy. Wybraliśmy miejscowość ukrytą wstydliwie w cieniu wygasłego wulkanu Monte Amiata. Tu, przy starożytnym szlaku Via Francigena, znajdziemy niezwykłe cacuszko - lombardzką kryptę pod kościołem Najświętszego Salwatora, pozostałością po jednym z najstarszych i najpotężniejszych opactw w Toskanii...

Legenda wiąże powstanie benedyktyńskiego opactwa San Salvatore z osobą lombardzkiego króla Rachisa, który miałby tutaj przeżyć nawrócenie za sprawą krucyfiksu, który do dzisiaj znajduje się w kościele. Jak to zwykle z legendami bywa, to tylko część prawdy. Tak, król Rachis w VIII wieku rzeczywiście ufundował opactwo, ale raczej w miej dramatycznych okolicznościach - odsunięty od władzy przez spisek możnowładców wycofał się w życie monastyczne. Krucyfiks rzeczywiście można do dzisiaj podziwiać w kościele, ale pochodzi on z XII, nie z VIII wieku, więc w rzekomym nawróceniu Rachisa raczej udziału nie wziął. Dzisiejsze opactwo pochodzi z XI wiecznej przebudowy. W czasach swojej świetności (które zakończyły się w XI wieku) było to jedno z najpotężniejszych opactw w Toskanii, potem przechodziło z rąk do rąk, przez chwilę mieszkali tu Cystersi (triforium w ścianie frontowej to ich dzieło), wpadało w strefę wpływów Sieny, a następnie Medyceuszy, którzy wywieźli stąd większość skarbów do Florencji. Benedyktyni wrócili tu w 1939 roku.

Kościół z zewnątrz sprawia wręcz ascetyczne wrażenie - niedokończona fasada z szarego kamienia z jedną tylko wieżą, triforium, brak tu ozdobnego portalu, ściany zdobią jedynie przysadziste i wyraziste fryzy arkadkowe. W środku pierwsze zaskoczenie - szeroki, wysoki i długi jednonawowy kościół kryty stropem zaczyna się od monumentalnej arkady oddzielającej kruchtę zachodnią od reszty kościoła, przechodzi w podniesione wysoko prezbiterium, oddzielone od nawy potężnym łukiem tęczowym, kierując uwagę zwiedzającego ku pięknemu, drewnianemu krucyfiksowi.

Ale to, co w San Salvatore najciekawsze, znajdziemy pod ziemią. Należy bowiem zejść pod prezbiterium by przekonać się, że jest ono podniesione nie bez powodu. Hipnotyzująca rzędami wysmukłych kolumienek krypta robi niesamowite wrażenie, które jeśli lepiej się jej przyjrzeć, jeszcze się potęguje. Każdy kapitel jest tu bowiem inny, zdobny w typowe lombardzkie motywy - wołki, konie, leśne lub gospodarskie zwierzęta (zające? osły?), brodate twarze, plecionki, motywy geometryczne. Krypta - podobnie jak kościół - jest otwarta, można sobie samemu do niej zejść, zapalić światło i wyszaleć się fotograficznie do woli, zostawiając niewielką ofiarę na renowację kościoła. Ten model zdecydowanie nam się podoba. Przy wejściu ko krypty znajdujemy informację, że krypta pochodzi z VIII wieku, inną podaje nasz przewodnik (pochodziłaby ona z tego samego okresu, co przebudowa, czyli z XI wieku). Nie rozstrzygamy, nie mamy podstaw, chociaż lombardzkie motywy pasują zdecydowanie do hipotezy o wcześniejszym datowaniu krypty.

W San Salvatore spędziliśmy mnóstwo czasu spacerując od kolumienki do kolumienki w niezwykłej, lombardzkiej krypcie. A w międzyczasie czarne chmury przetarły się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i nad Monte Amiata pierwszy raz zaświeciło słońce. Popędziliśmy do naszej chatki tym razem nie suszyć skarpetki, ale gotować kluski, żeby chociaż raz zjeść obiad na tarasie, bez konieczności owijania się w koc. A Abbadia di San Salvatore polecamy - za kryptę i bajeczne widoki na Monte Amiata!

Galeria: 

Florencja - baptysterium San Giovanni z XI wieku

W Toskanii wszystkie drogi prowadzą do Florencji. A we Florencji wszystkie drogi prowadzą na Piazza del Duomo. Buzowanie tłumu turystów słychać zanim jeszcze naszym oczom ukaże się Piazza z monumentalnym kościołem Santa Maria del Fiore. Pstrykanie japońskich fleszy, kolory hinduskich sari, przekrzykujący się nawzajem Włosi, karnie stojący w kolejce po bilety Niemcy, rozmodlona polska wycieczka - międzynarodowy tłum oblega stopnie katedry i oplata malutkie w porównaniu z ogromem Santa Maria del Fiore baptysterium tak, że nie sposób nawet zrobić mu zdjęcia w całości. My też ustawiamy się w kolejce - ale nie do katedry. Do baptysterium.

Florentczycy lubią myśleć o swoim baptysterium jako o zabytku sięgającym czasów rzymskich (tutaj, podobnie jak w wielu innych miejscach, datowanie ma wymiar ideologiczny). Legenda, jakby miałoby ono być zaaranżowane w dawnej świątyni Marsa, obaliły badania archeologiczne, chociaż potwierdziły, że baptysterium stoi w miejscu rzymskich budowli (piekarni - sądząc z posadzki, lub wieży-baszty strażniczej sądząc z planu). Recycling rzymskich ruin to nic nowego, szczególnie we Włoszech, więc nie ma w tym nic dziwnego. Ośmiokątne (to typowa forma średniowiecznego baptysterium) baptysterium miała zbudować tutaj lombardzka królowa Teodolinda w VI wieku (jego istnienie potwierdzają IX wieczne dokumenty) i niektórzy wierzą, że dzisiejsze baptysterium to właśnie przebudowany wczesnośredniowieczny budynek. Na ile w XI wieku możemy mówić o przebudowie, a na ile o zbudowaniu budynku od nowa - trudno powiedzieć, źródła nie zgadzają się ze sobą, więc pozostawiamy tę kwestię otwartą.

Dzisiejszy budynek zbudowany jest w najczystszym stylu florenckiego, klasycyzującego romanizmu, któremu bliżej ze wszystkich innych stylów chyba do renesansu. Gildia handlarzy suknem, która opiekowała się budynkiem, nie pożałowała funduszy - budynek obłożono drogocennymi marmurami z Carrary (białymi) oraz Prato (zielonymi). Przepiękne, klasycyzujące formy arkad i arkadek ułożonych z różnokolorowego marmuru, geometryczne kształty zdobiące ściany zewnętrzne to wyróżniki florenckiego romanizmu, którym inspirowali się potem twórcy renesansu. Do budowy baptysterium użyto rzymskich kolumn z florenckiego Kapitolu. Wnętrze centralnej budowli z emporą otwierającą się do wnętrza filigranowymi biforiami, ozdobiono również wielobarwnymi marmurami układającymi się w geometryczne wzory. W XIII wieku udekorowano wnętrze mozaikami przedstawiającymi m.in. Sąd Ostateczny (zwraca uwagę zjadający ludzi Lucyfer), czy sceny biblijne. W tym czasie powstała też mozaika podłogowa z ornamentem geometrycznym. Na środku pierwotnie znajdowała się misa chrzcielna (którą podobno uszkodził Dante ratując topiące się w niej dziecko), dzisiaj przesunięta. Wnętrze baptysterium jest dość duże - a to dlatego, że w czasach jego powstania chrzty odbywały się dwa razy do roku, więc baptysterium musiało pomieścić całkiem sporą wspólnotę.

Dzisiaj florenckie baptysterium to przede wszystkim żywe muzeum sztuki renesansu. Trzy pary niezwykłych drzwi z brązu (oryginały znajdują się muzeum katedralnym, w baptysterium zamontowane są kopie) to jedne z najcenniejszych tego rodzaju zabytków na świecie. Pierwsze z nich, południowe - jeszcze gotyckie - są autorstwa Andrei Pisano i przedstawiają sceny z życia Jana Chrzciciela. Kolejne - północne i wschodnie (zwane "Wrotami Raju") to arcydzieła renesansu autorstwa Lorenzo Ghibertiego, który poświęcił im większość swojego życia. Przy pracy nad drzwiami północnymi, przedstawiającymi sceny z Nowego Testamentu, zaangażowani byli również Donatello, Masolino czy Paolo Ucello. Brązowe rzeźby znad północnego portalu są autorstwa Francesco Rusticiego, któremu przy ich tworzeniu doradzał Leonardo da Vinci. Nad "Wrotami Raju" - cyklem przedstawiającym sceny ze Starego Testamentu - zaś znajdują się figury autorstwa Andrei Sansovino. Wewnątrz zwraca uwagę nagrobek antypapieża Jana XXIII autorstwa Donatella.

Po wizycie we florenckim baptysterium, katedra Santa Maria del Fiore wydała nam się mdła i nieciekawa, jakby po wyżyciu się na fasadzie, która powala skomplikowaną siatką detali, jej twórcom skończyły się pomysły i stwierdzili, że ogrom kościoła załatwi wszystko. Olbrzymia, pusta hala nie zrobiła na nas większego wrażenia, w przeciwieństwie do bogactwa formy i dekoracji baptysterium. Dobra rada - będąc we Florencji rzućcie okiem do środka Santa Maria del Fiore (wstęp wolny), ale na prawdziwą ucztę sztuki i historii udajcie się do baptysterium. Naprawdę warto!

Galeria: 

Montalcino - relikty z kościoła San Salvatore z XI wieku

Montalcino - na samo brzmienie nazwy tej urokliwej, toskańskiej miejscowości niejednemu skacze puls a wzrok zachodzi mgłą. Tak, to ojczyzna uznawanego za najlepsze wina na świecie - Brunello di Montalcino. Produkowane ze szczepu sangiovese, starzone co najmniej dwa lata w dębowych beczkach, a następnie co najmniej pół roku w butelkach, ciemne i esencjonalne (oraz odpowiednio do swojej sławy drogie) jest towarem eksportowym, chlubą i dumą miasteczka. Tak się składało, że mieszkaliśmy po sąsiedzku, więc przyjechaliśmy tu posmakować wina i podelektować się sztuką. Bo oprócz wina, Montalcino może poszczycić się wspaniałymi zbiorami renesansowego malarstwa oraz - kościołem, który swoimi korzeniami sięga romanizmu...

Dzisiejsza katedra, czyli Duomo - nieciekawy, klasycystyczny kościół - swoje początki ma w XI wieku. Pieve di San Salvatore było parafialną świątynią miasteczka z dodatkową funkcją baptysterium. Dzisiaj prawie nie pozostało po nim śladu - najpierw zastąpiła go budowla XIV-wieczna, potem XIX-wieczna, która stoi do dzisiaj. To, co pozostało z XII-wiecznego pieve to lapidarium detali architektonicznych, które dzisiaj można podziwiać w kaplicy bocznej (jeśli chodzi o kształt samego lapidarium, nie mogliśmy pozbyć się skojarzenia z piecem do pizzy). Na szczycie konstrukcji znajduje się wizerunek Chrystusa Królującego w medialionie podtrzymywanym przez dwa anioły. Poniżej znajdują się wizerunki anioła, orła, lwów, smoka oraz romańskie kapitele o bardzo subtelnej, roślinnej dekoracji. Poza lapidarium nie znajdziemy tu więcej reliktów sztuki romańskiej.

Cóż, w pępku winiarskiego światka bardziej niż na romańskie zachwyty nastawialiśmy się na doznania bardziej cielesne. Ale jak już wpadło się na ten kieliszeczek czy dwa słynnego brunello, warto rzucić okiem również i na to przeciekawe lapidarium. Ciepło myśląc o kamieniarzu sprzed wieków, który ocalił od zapomnienia kilka detali, które wydały mu się piękne, sączymy wino doszukując się w nim aromatu toskańskich ziół - tymianku i rozmarynu. ..

Galeria: 

Pienza - La pieve di Corsignano od VIII wieku

Tego dnia Toskania postanowiła wyczerpać naszą cierpliwość. Temperatura spadła do 6 stopni, nad zielonymi wzgórzami crete senesi spotkały się dwie burze tocząc bitwę na pioruny, zawiewało lodowatym deszczem, a na szczycie górującego nad okolicą wygasłego wulkanu Monte Amiata spadł świeży śnieg. Przypomnę, że był koniec maja. To był nasz ostatni dzień w okolicach Pienzy, miasta-marzenia papieża-humanisty Piusa II, który ze swojej sennej, rodzinnej wioski postanowił uczynić perłę renesansu. Nazajutrz ruszaliśmy bardziej na północ, do Florencji, Pizy, a potem do Mediolanu. Ubrani na cebulkę we wszystkie ciepłe ubrania wybraliśmy się na rajd po okolicy w poszukiwaniu drogowskazów z napisem vendita diretta, które kierowały do gospodarstw, gdzie prosto od przysłowiowego chłopa kupić można było ser, oliwę czy wino. Nie zabraliśmy aparatu, jeszcze by mógłby zmoknąć.. Potem bardzo tego żałowaliśmy. Kiedy wracaliśmy z cennym ładunkiem na pokładzie (złoty płyn chlupotał w baniaku, starzony w sianie pecorino di Pienza delikatnie rozsiewał wokoło subtelny aromat kiszonki), zwróciliśmy uwagę na jeszcze jeden drogowskaz tuż przy drodze, którą przejeżdżaliśmy codziennie: La pieve di Corsignano. Jak mogliśmy o tym zapomnieć!

La pieve di Corsignano, czyli parafialny kościoł Corsignano, to jedyna pozostałość po rodzinnej miejscowości Piusa II, Corsignano. W renesansowej, starannie zaplanowanej Pienzy już nie ma śladu po wsześniejszych zabudowaniach Corsignano i ich prowincjonalnym charakterze. Został tylko na peryferiach niewielki, zapomniany wkrótce kościółek pod wezwaniem San Vito e Modesto. Sam Enea Silvio Piccolomini, późniejszy Pius II oraz jego bratanek późniejszy Pius III, zostali tutaj ochrzczeni. Pierwsze wzmianki o kościele pochodzą z VIII wieku i potwierdzają istnienie w tym miejscu baptysterium. Sam kościół pochodzi najprawdopodobniej z X wieku, a jego obecny kształt zawdzięcza XIII wiecznej przebudowie. Jako że kościół popadł w zapomnienie, niewiele się tu przez wieki zmieniło, a to, co nadmiarowe usunięto podczas prac zabezpieczających w początkach XX wieku.

Intrygujący jest już sam kształt kościoła, jak i jego zewnętrzne dekoracje. Niewielka świątynka ma bowiem zupełnie niespotykaną, potężną, cylindryczną wieżę, co do której istnieją przesłanki, żeby łączyć ją ze wzmiankowanym wcześniej baptysterium. W czasie napadów rabunkowych, jakie na Corsignano przypuszczały bandy rabusiów, w wieży chroniła się miejscowa ludność.

Fasadę budynku zdobi niewielki portal i biforium. I co ciekawe, we wszystkich dekoracjach rzeźbiarskich fasady trudno doszukać się motywów religijnych. Tak więc w portalu znajdziemy syrenę, a nawet dwie oraz przedstawienia schematycznych sylwetek ludzkich i potworów. Lewa syrena gra na instrumencie przypominającym skrzypce, postacie ludzkie i charakterystycznych spódnicach wydają się tańczyć... Archiwoltę zamykają baranie głowy i rozety (co niektórzy interpretują jakoś ślady działania tu Templariuszy). Drugi, południowy, portal, zdobią płaskorzeźby w stylu lombardzkim, a głównym motywem jest Boże Narodzenie. Warto zwrócić uwagę na poukrywane w zwojach plecionki fantastyczne zwierzęta i twarze.

Ale powróćmy na chwilę do fasady. Zamiast kolumny biforium nad portalem przedzielone jest rzeźbą kariatydy. I tutaj kolejna konfuzja - w kościołach na ścianie szczytowej spodziewać by się można wizerunku Madonny. Ale kariatyda z Pienzy jest prosta, wręcz schematyczna, ubrana w długą spódnicę, stoi wyprostowana, podpierając się pod boki wypinając piersi. Nie przypomina romańskich madonn, raczej rzymskie menady, a nawet ma w sobie jakąś dziką pierwotność bogini-matki.

Okazuje się, że kościółek jest otwarty, więc wchodzimy do środka. Wnętrze sprawia wrażenie zakurzonego, nieużywanego i niesamowicie pierwotnego. Drewniana więźba dachowa, nieregularne, asymetryczne arkady międzynawowe, prosty ołtarz, odwieczny łuk apsydy, ściany bez żadnych fresków czy dekoracji. Ale chwileczkę - jest jedna płaskorzeźba... I znowu zamiast jakiegoś pobożnego przedstawienia świętego tego czy tamtego, mamy tu zawinięte, niepokojące, chtoniczne, pierwotne - węże... Zaglądamy do wieży, schodzimy pod ukrytą pod prezbiterium kryptę, wspartą na kolumnach o ciekawych kapitelach. We wnętrzu warto zwrócić uwagę na chrzcielnicę w romańskim kapitelu - to tu chrzczeni byli papieże z rodu Piccolominich.

Spędzilibyśmy tu na pewno więcej czasu, buszując z aparatem po zakamarkach i okolicznych krzakach, ale cóż - dysponowaliśmy do celów fotograficznych tylko komórką, a nad nami przewalały się burze i hulał wiatr. Uciekliśmy do naszej przerobionej z kurnika czy chlewika chatki, gdzie tego dnia poddaliśmy się i włączyliśmy ogrzewanie. Wszystkim odwiedzającym Pienzę serożercom i winopijcom polecamy to intrygujące, tajemnicze miejsce, gdzie spotkała się przedchrześcijańska symbolika z tradycją papieży-humanistów. A po drodze poszukajcie drogowskazów vendita diretta - będziecie zachwyceni!

Galeria: 

Piza - Campo dei Miracoli z XI/XII wieku

Piza - wszyscy ostrzegali nas przed tym miejscem... Tłumaczyli, że to Disneyland dla turystów z Nowego Świata. Miejsce, gdzie hordy młodszych dzieci wyją do księżyca domagając się większej porcji gelato italiano. A hordy starszych dzieci, tych nastoletnich, próbują sobie zrobić zdjęcie z Krzywą Wieżą tak, żeby wyglądało, jakby ratowali ją przed upadkiem, i strzelają sobie selfie tysiące razy na minutę. A wszystko to upchnięte na niewielkiej przestrzeni Campo dei Miracoli. Ale cóż, nie mogliśmy odpuścić sobie tak ważnego romańskiego zabytku, który wywarł olbrzymi wpływ na architekturę całej Toskanii. Plan był prosty - przyjeżdżamy, robimy swoje i uciekamy z tego potępionego miejsca kierując się do Lukki.

Dodamy tylko tyle, że do Lukki nigdy nie dotarliśmy...

Pomijając wspomniane tłumy turystów (nie da się zaprzeczyć, potrafią zepsuć humor), "Plac Cudów" zasłużył na swoją dumną nazwę. Potężna katedra, baptysterium w koronie z pinakli, kampanila zwana pieszczotliwie "Krzywą Wieżą" oraz cmentarz Camposanto tworzą istną cud-kolekcję (a do tego każdy z jej elementów mógłby samodzielnie za cud uchodzić). Jest to pozostałość po czasach świetności Pizy, która w średniowieczu była prawdziwą morską potęgą. Pizańska marynarka w XI wieku oczyściła dużą część Morza Śródziemnego z saraceńskich piratów, na czym wyjątkowo skorzystał handel w regionie, oczywiście kontrolowany przez Pizę. Był czas, kiedy miasto to rywalizowało nawet z Florencją, a historia toskańskiego chleba - obłędnej, puszystej buły z semoli di grano duro, również wiąże się z Pizą. Chleb toskański jest bowiem - niesłony. A to dlatego, że Piza kontrolowała morski handel, a więc i handel solą, a dumni Florentczycy woleli jeść chleb niesłony, niż słono płacić Pizańczykom za sól. Potęga morska Pizy jednak załamała się w starciu z Genuą, poza tym zatoka zarosła mułem. Dziś Piza to leniwe włoskie miasto średniej wielkości, dla pasażerów tanich linii lotniczych brama Toskanii, znana głównie z Krzywej Wieży, która znana jest z tego, że jest Krzywa.

Zacznijmy od baptysterium. Jeden z naszych przyjaciół ukuł piękną metaforę: Campo dei Miracoli wygląda, jakby zbudowali je kosmici, a baptysterium to statek, którym przylecieli. Patrząc na ten dziwaczny, przysadzisty budynek z kopułą i sterczącą koroną gotyckich pinakli, trudno się nie zgodzić. Kłopoty finansowe Pizy cierpiącej wskutek morskiej ekspansji Genui, sprawiły, że baptysterium dokończone zostało dopiero w XIII wieku, już w stylu gotyckim, przez Nicola i Giovanniego Pisano, stąd pinakle, ostrołukowa galeryjka i gotyckie rzeźby, a wewnątrz wspaniały, gotycki pulpit. Do środka prowadzi misterny, romański portal, którego zdobienia zdają się ulepione z ciasta. Baptysterium w Pizie to dzisiaj największe baptysterium we Włoszech, a do tego obdarzone niesamowitą akustyką (przewodnik wycieczek śpiewa po kolei dźwięki oddalone od siebie o tercję, by zabrzmiał trójdźwięk - można tu śpiewać z samym sobą na głosy). Dzieje włoskich stylów architektonicznych plączą się tutaj i zadają kłam wyobrażeniom o średniowieczu - oto budowniczy ery romańskiej podpisuje swoje dzieło imieniem Diotosalvi magister, a w dekoracjach gotyckiego pulpitu pojawia się nagi Herkules. Warto spędzić trochę czasu w baptysterium, przejść się emporą (tak, tu znajdziemy okienko, z którego można zrobić najlepsze zdjęcia katedry z wyglądającą z zaciekawieniem zza cielska budowli Krzywą Wieżą - uwaga, do tego miejsca ustawia się kolejka), popodziwiać misternie zdobione kapitele kolumn, czy trzynastowieczną posadzkę z góry, zapatrzyć się w kopułę. Ale to przecież nie koniec.

To Szok! W Pizie nie tylko Wieża jest Krzywa! Jeśli dobrze przypatrzyć się katedrze, to nie znajdziemy tutaj łatwo dwóch idealnie prostopadłych linii. Któż bowiem buduje tak wielkie budynki na tak niestabilnym gruncie? Pizańczycy dosyć szybko zorientowali się, że się przeliczyli próbując zbudować swoje cuda na piasku, ale zaczęli swoje błędy naprawiać już w trakcie budowy. Dzięki tym interwencjom Krzywa Wieża wciąż jest Krzywą a nie Leżącą Wieżą. A katedra w miarę trzyma się pionu, tylko nie należy się zbyt intensywnie wpatrywać w jej fasady, bo można uwierzyć, że wypite wczoraj Chianti jakimś cudem jeszcze nie wyparowało z krwiobiegu. Olbrzymi budynek trudno ogarnąć wzrokiem - majestatyczna fasada z hipnotyzującymi rzędami kolumienek, dekorowana szkiełkami i ceramiką, z majestatycznymi drzwiami z brązu, kopuła nad skrzyżowaniem naw, potężne ściany dekorowane galeryjkami i monumentalna krzywizna apsydy ledwo mieszczą się w kadrze. Pizańskie arcydzieło, znakomity przykład "pizańskiego stylu" inspirował wielu romańskich budowniczych, nikomu jednak nie udało się powtórzyć jej ogromu.

Katedra znacznie ucierpiała podczas pożaru w 1595 roku i została odbudowana, mało co z oryginalnego wyposażenia katedry przetrwało pożar. Wnętrze - potężna, pięcionawowa nawa główna, trójnawowe transepty, kopuła nad skrzyżowaniem naw oraz majestatyczna apsyda dają wrażenie ogromu i potęgi. ciągnące się w nieskończoność arkady naw, przenikające się plany ścian ułożonych w pasy dwubarwnego kamienia, przywodzą na myśl całkiem uprawnione skojarzenia z architekturą mauretańską. Bazylika kryta jest stropem (dzisiaj bogatym, barokowym stropem kasetonowym), posiada emporę nad nawami bocznymi zarówno w nawie głównej jak i w transeptach, otwierającą się do wewnątrz filigranowymi biforiami i triforiami. Gotycka mozaika w apsydzie - monumentalny Chrystus autorstwa Cimbaue jest jednym z niewielu dzieł sztuki, które przetrwało pożar. Pulpit braci Pisano również przetrwał, ale został skrzętnie uprzątnięty po pożarze do magazynu, a wrócił na swoje miejsce dopiero w XX wieku. Podobnie jak nagrobek cesarza Henryka VII. Ów władca zmarł na włoskiej ziemi w 1313 oficjalnie na malarię, a nieoficjalnie teorie spiskowe mówią, że otruty przy pomocy zatrutej hostii przez przeciwników politycznych.

Krzywa Wieża - czyli zwykła kampanila, jakich wiele we Włoszech - to piękna, misternie zdobiona poziomami kolumienek, filigranowa budowla, znana głównie z tego, że jest Krzywa (cóż, jak dla nas mogłaby wcale nie być Krzywa i dalej być cudem - romańskim cudem). Osiadać zaczęła już w czasie budowy, a jej budowniczowie starali się jak mogli wyprostować ją obciążając ją tak, żeby przynajmniej się nie przewróciła. Dzisiaj do ratowania dalej przechylającej się Krzywej Wieży zaangażowano Amerykańskich Naukowców, którzy ustabilizowali Krzywą Wieżę na tyle, że będąc Krzywą się nie przewróci. Postanowiliśmy nie zwiedzać Wieży, zostawić tą przyjemność dzieciom, a cena biletu - zawrotne kilkadziesiąt euro - oraz czas oczekiwania w kolejce wyraźnie pomogły nam podjąć tę decyzję.

I na koniec Camposanto czyli cmentarz - budynek co prawda nieromański, bo gotycki, ale jako element Campo nie sposób go pominąć. Mało kto tu zagląda, tłumy wolą oblegać Wieżę, poza tym to jednak trochę niesmaczne robić sobie selfie na cmentarzu. Krużganki otwarte na zielony, tchnący spokojem dziedziniec, kryją skarby - nie nagrobki, nie rzeźby - freski, a w zasadzie to, co po nich pozostało... Historia tych - jednych z najcenniejszych w całych Włoszech - fresków, jest smutna i włos jeży na głowie. Triumf Śmierci, którego autorem mógł być Buonamico Buffalmacco lub anonimowy twórca bardzo odkrywczo nazwany "Mistrzem Triumfu Śmierci", został zniszczony jednego, feralnego wieczora w trakcie alianckiego bombardowania, kiedy to od bomby zapalił się dach, a spływający po ścianach ołów zmył freski prawie doszczętnie. To, co przetrwało do dzisiaj, budzi grozę i daje wyobrażenie, jak mogła wyglądać całość i jakiej klasy zabytek bezpowrotnie straciliśmy. W scenach Sądu Ostatecznego, kiedy to umarli wstają z grobów, anioły dokonują upiornej selekcji zbawionych i potępionych. Wrażliwość artysty przemyciła obrazy znane mu z historii Czarnej Śmierci. A nawet prorocze wizje, które przywodzą na myśl Holocaust - anielska selekcja kojarzy się z zupełnie inną selekcją, a zbawieni nie patrzą na Chrystusa, lecz z trwogą spoglądają w stronę piekła. Po wizycie na Camposanto jazgot turystycznego ula zaczął nam przeszkadzać.

Nie spodziewaliśmy się, że w Pizie spędzimy cały dzień i to tylko na Campo dei Miracoli - ale nie sposób było wyrwać się z hipnotyzującego rytmu prawie-mauretańskich arkadek, oderwać wzroku od UFO-baptysterium, a także nie przekrzywiać głowy, patrząc na wieżę, w geście obrony zinternalizowanego układu współrzędnych przed rzeczywistością. Piza to nasze pożegnanie z Toskanią - ruszamy dalej, na północ, do Lombardii, gdzie czeka na nas Pawia i Mediolan. A wszystkim tym, którzy boją się Pizy odpowiadamy - warto, ale odwagi!

Galeria: 

Radicofani - kościół San Pietro z X-XI wieku

Radicofani widać z daleka, nawet z balkonu papieskiego pałacu w Pienzy - wystający z horyzontu "dzyndzel" to właśnie wzgórze, na którym położone jest miasteczko. Żeby tu dojechać potrzeba trochę samozaparcia, przydaje się też mocny żołądek, kiedy przychodzi do pokonywania serpentyn prowadzących na górę. A na górze znajdziemy senne miasteczko, jakże różne od toskańskich superhitów w typie Montalcino czy Montepulciano, wieżę strażniczą (trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce na punkt obserwacyjny) i kościółek romański.

Początki kościoła św. Piotra sięgają wieku X, chociaż w późniejszych latach był on nie raz przebudowywany. Jego prosta fasada z jedną wieżą, biforium i prostym portalem oraz szary, wulkaniczny kamień przypominają nieco sąsiednie Abbadia di San Salvatore, jednak bez lombardzkich fajerwerków w środku. Wewnątrz część kościoła kryta jest stropem, a część sklepieniem krzyżowo-żebrowym, opartym na masywnych filarach. Forma kościoła jest klasyczna, chociaż nieco rozłożysta, prezbiterium zamknięte jest apsydą. Wewnątrz jest dość ciemno, a warunki fotograficzne nie za dobre. Warto zwrócić uwagę na znajdujące się w kościele rzeźby - terakotowe z warsztatu Andrei della Robbia oraz drewnianą Madonnę autorstwa Francesco di Valambrino z XVwieku.

Kościół św.Piotra w Radicofani to może nie toskańska perełka, ale dla spektakularnych widoków na Monte Amiata oraz całą Val d'Orcia z łagodnymi wzgórzami crete senesi warto tu przyjechać, odpocząć od zgiełku i zapatrzeć się w horyzont...

Galeria: 

San Antimo - opactwo San Antimo z XII wieku

Trudno wyobrazić sobie bardziej toskański widok - zielone wzgórza, winnica, cyprysy i... łagodne formy romańskiej wieży, apsydy, biforium. Wśród pól, winnic i gajów oliwnych wije się gruntowa droga, prowadzi zakosami do romańskiego raju, opactwa San Antimo, które wyrasta jakby wprost ze wzgórza, stanowiąc z nim jedność, wtopione w krajobraz, odwieczne. To nasza Mekka, jeden z najpiękniejszych zakątków najpiękniejszej krainy.

Historia tego miejsca sięga czasów Karola Wielkiego, który podobno modlił się tutaj o uzdrowienie jego armii trapionej przez choroby. Bóg wysłuchał cesarza i cesarz odwdzięczył się niebiosom fundując tu opactwo. Inni przypisują ufundowanie opactwa Longobadom. Dokumenty jednak potwierdzają przekazanie opactwo relikwi św. Sebastiana i papieża Hadriana I przez Karola Wielkiego. Jego następca, Ludwik Pobożny wyposażył opactwo hojnie w ziemię i przywileje. Co pewne, lokalizacja opactwa nie jest przypadkowa - znajduje się ono na skrzyżowaniu odwiecznych szlaków - szlaku Etrusków prowadzącego z Chiusi na wybrzeże, rzymskiej Via Clodia i średniowiecznej Via Francigena prowadzącej z północy do Rzymu. Swój rozkwit benedyktyńskie opactwo przeżywało w XII wieku, kiedy to rozpoczęły się zakrojone na szeroką skalę prace budowlane. Dzisiejszy kościół i ruiny zabudowań klasztornych to ich efekty. Niestety, fundusze wkrótce się wyczerpały, kościoła nie dokończono, a w XV wieku opactwo zostało opuszczone. Kamień z zabudowań klasztornych rozgrabiła miejscowa ludność, kościół niszczał opuszczony.... Mnisi - Premonstranci z Francji - wrócili tutaj dopiero w XX wieku.

Kościół pochodzący z pierwszej, karolińskiej fundacji z IX wieku dziś pełni funkcę zakrystii. Niewielkie pomieszczenie przylegające od północnej strony do prezbiterium zdobią ciekawe freski (przedstawiające radosne życie klasztorne, a między innymi sielankowymi scenami i kopulujące świnki), jednak najczęściej pomieszczenie jest zamknięte. Dwunastowieczny kościół, który jest dzisiaj jedyną pozostałością po drugim pod względem majątku opactwie we Włoszech, budowano z rozmachem. Do jego budowy zatrudniono prawdopodobnie dwa warsztaty - Lombardzki i Francuski, oraz mistrza kamieniarskiego z Katalonii Mistrza z Cabestany, który wykonał część z kapiteli (zwróćcie uwagę na drufą kolmnę po prawej, licząc od wejścia z przedstawieniem sceny biblijnej "Daniel w jaskinii lwów" - to własnie jego dzieło). Kościół jest elegancką bazyliką bez tanseptu, z rozbudowanym rozwiązaniem wschodnim (apsyda z obejściem), ze smukłą, prostokątną wieżą dostawioną od południa do prezbiterium. Ściany zewnętrzen dekorowane są lizenami, fryzem arkadkowym oraz licznymi drobnymi rzeźbami (z przedstawieniami m.in fantastycznych zwierząt, gryfów, czy Madonny z dzieciątkiem). Fasada nigdy nie została dokończona, brakuje oszałamiającego portalu, którego można by się tu spodziewać. Niektórzy sądzą, że portal w pobliskim San Quirico di Orcia (wkrótce w Albumie!) przeznaczony był początkowo własnie do San Antimo. Niewielki (żeby nie powiedzieć prowizoryczny) portal, przez który dzisiaj wchodzi się do kościoła, zdobiony jest w stylu francuskim (langwedockim).

Wnętrze ujmuje swoją romańską prostotą, elegancją proporcji i czystością stylu. Łuki międzynawowych arkad podtrzymywane są przez kolumny o niezwykle misterie zdobionych kapitelach. Nad nawą boczną znajduje się empora otwarta do nawy biforiami. Monumentalną apsydę otacza obejście z szeregiem mniejszych nisz - rozwiązanie bardzo rzadkie we Włoszech, o typowo francuskiej proweniencji (inspirowane prawdopodobnie rozwiązaniem benedyktyńskiego Cluny). Służyło pielgrzymom do okrążania ołtarza, w którym znajdowało się martyrium z relikwiami świętych. Ołtarz wieńczy XII-wieczny malowany krucyfiks, zabytek o niezwykłej wartości. Całość kryta jest stropem. Nagie, kamienne ściany nie są niczym zdobione, dając wrażenie surowości. Zachęcamy do niespiesznego zwiedzania kościołu od kapitelu do kapitelu - niektóre z nich są przepięknie zdobione motywami scen biblijnych, inne motywami zwierzęcymi, inne roślinnymi. Część z nich wykonana jest ze zwykłego kamienia, inne z alabastru. Ich bogactwo formy może przyprawić o zawrót głowy.

Harmonia i piękno tego wnętrza zachęcają do tego, by po prostu usiąść sobie w ławce i chwilę pokontemplować. Szczególnie, że na zewnątrz przewala się kolejna z serii toskańskich burz, które towarzyszyć nam tu będą przez cały pobyt. San Antimo zachwyca - nawet tych niespecjalnie zainteresowanych sztuką romańską czy sztuką w ogóle. To miejsce po prostu trzeba odwiedzić!

Galeria: 

San Giovanni di Asso - kościół San Pietro in Villore z XI/XII wieku

San Giovanni di Asso - kolejna senna, malutka, ale jakże ciekawa i obdarzona bogatą historią toskańska wioska, łącząca w sobie przyjemności ciała i ducha. Mamy tu starożytne relikty archeologiczne, średniowieczny zamek, na przestrzeni wieków kilka kościołów (nie wszystkie istnieją do dzisiaj), kręte uliczki, suszące się w oknach pranie i... trufle! Tak, San Giovanni di Asso słynie z białych trufli, które mają tu nawet swoje muzeum (średnio ciekawe tak na marginesie). Jest tu też oczywiście kościółek romański, niewielki, skromy i tajemniczy...

Historia chrześcijańskiego kultu w tym miejscu sięga VIII wieku, ale obecny budynek pochodzi z XI lub XII wieku. Swój obecny, nieco eklektyczny kształ zawdzięcza rekonstrukcji po pożarach z XV i XVI wieku (partie muru uzupełnione cegłą) oraz XX wiecznej interwencji, kiedy to do kościółka dostawiono dzwonnicę. Prosta budowla składająca się z prostej nawy zakończonej półkolistą apsydą zbudowana jest z bloków białego kamienia i tufu, a w części zachodniej (najbardziej zniszczonej podczas pożarów) uzupełniana cegłą. Do środka niestety nie udało nam się wejść. Z tego, co się dowiedzieliśmy, wnętrze przekrywa sklepienie krzyżowe o dwóch przęsłach, a pod nim znajduje się równie tajmnicza krypta oparta na 7 kolumnach, która miała kiedyś samodzielne wyjście na zewątrz.

Na zewnątrz zwraca uwagę fasada zachodnia, składająca się z portalu i flankujących go par ślepych arkad. W jej dekoracjach historycy sztuki doszukują się wpływów sieneńskich, lombardzkich, a nawet francuskich. Fasada sprawia wrażenie, że została poskładana ze starszych elementów "z odzysku" (co najprawdopodobniej jest prawdą) z poprzedniego kościoła, a niektóre dekoracje rzeźbiarskie (w tym kapitel jednej z kolumn w krypcie) zdradzają jeszcze starsze, przedchrześcijańskie pochodzenie. Zwracają uwagę niezwykle misternie zdobione głowice kolumienek i wsporniki łuków ślepych arkad, z motywami roślinnymi, winnych gron, a także ukryte w nich twarze. Łuk archiwolty, jak i flankujące portal kolumienki (oraz kolumienki bogato zdobionym rozglifieniu okna apsydy) są misternie skręcone. W tympanonie wtórnie użyto płyty z misterną plecionką. Dekoracje ościeży portalu w postaci motywu palmy oraz przenikających się spotów są szczególnie intrygujące, podobnie jak schematyczne rysunki pod motywem palmy, w których z trudem można doszukać się motywu syreny, lwa i wołków/baranów (?) (klasyczny lombardzki motyw bydła). Ostatnim intrygującym elementem jest wtórnie użyta, wytarta ze starości rzeźba człowieka na rogu ścian zachodniej i północnej. Ma ona w sobie coś niepokojąco pierwotnego, chociaż nam skojarzyła się raczej z Hanem Solo zamrożonym w karbonicie.

Skąd takie bogactwo formy w malutkim kościółku w San Giovanni di Asso? Skąd bogactwo dzieł sztuki, jakie tu przez wieki zawędrowały - dziś znajduje się tu tylko kopia XIII-wiecznego malowanego krucyfiksu (oryginał w Muzeum Narodowym w Sienie), a tryptyk przedstawiający Madonnę z Dzieciątkiem i świętych Piotra i Pawła autorstwa Ugolino Nerio (XIV wiek) został stąd zabrany do Muzeum Uffizi we Florencji. Skąd wtórnie użyte tajemnicze dekoracje? I dlaczego pod tak malutkim kościółkiem taka krypta?

Szkoda, że zwiedzania tak ekscytującego zabytku nie dało się niczym wisienką na torcie podsumować talerzem makaronu z truflami, ale cóż - nie ten sezon, nie ta pogoda i nie ta zawartość portfela. Zachwyty duchowe tym razem musiały nam wystarczyć. I wystarczyły :)

Galeria: 

San Quirico d'Orcia - kolegiata z XII wieku

San Quirico d'Orcia ma wiele do zaoferowania fanom romanizmu. Przede wszystkim kolegiatę, której zachwycające i intrygujące dekoracje rzeźbiarskie przyprawiają o prawdziwy zawrót głowy. A że portali kolegiata w San Quirico ma trzy, to jest to trzy razy więcej frajdy, niż zwykle...

Pierwszy z trzech portali kolegiaty w San Quirico d'Orcia wyłania się niczym nieśmiała piękność zza zakrętu wąskiej uliczki tuż za bramami miasta. Sam kościół jest niewielki, stąd nagromadzenie wysokiej jakości elementów kamieniarskich jest tak intrygujące. Niektórzy historycy sztuki twierdzą, że najbogatszy, lombardzki portal zachodni początkowo przeznaczony był dla opactwa San Antimo. Kościół powstał na miejscu wcześniejszego pieve z VIII wieku w wieku XII. W wieku XIII kościół rozbudowano o dwa portale południowe oraz transept. Natępnie w XVII wieku zburzono apsydę, żeby powiększyć kościół o spore prezbiterium, a w XVIII wieku wymieniono dzwonnicę i zmieniono kościół na barokowy.

To, co przede wszystkim zwraca uwagę, to niezwykłe portale. Pierwszy, najstarszy i główny - zachodni - nosi ewidentnie cechy stylu lombardzkiego. Fantastyczne zwierzęta, syreny, krokodyle, lwy, ptaki, postaci ludzkie splatają się ze sobą w finezyjne kompozycje. Centralne miejsce w gładkim tympanonie zajmuje figura patrona - św. Kwirykusa (jak przetłumaczyć imię świętego Quirico? szukaliśmy i nie znaleźliśmy). Zwracają uwagę piękne przeplecione dwukolumienki flankujące portal. Portalu strzegą też romańskie lwy, spolegliwie (albo i nie) polegujące z barankami. Portal jest - oprócz rozety - jedyną dekoracją fasady.

Pozostałe dwa portale pochodzą z XIII wieku. Pierwszy z nich, bardziej po zachodniej stronie południowej fasady, przypisywany jest Giovanniemu Pisano (którego największym dziełem jest fasada Duomo w Sienie, dzieło już uznawane za gotyckie, ale czymże jest włoski gotyk, można zapytać, podobny absolutnie do niczego, a na pewno nie do gotyku francuskiego czy niemieckiego). Drugi ma już wyraźne gotyckie predylekcje, a figury flankujące portal - zarówno świętych, jak i lwów - są już ewidentnie gotyckie. Dekoracje obu tych portali nie są tak bogate, jak portalu zachodniego, ale też zwracają uwagę misterne kapitele z motywami zwierzęcymi (ptaki, gryfy, lwy, fantastyczne stwory). Ściany zewnętrzne kościoła wykończone są fryzem arkadkowych o wykroju trójlistnym.

Wewnątrz kościoła zwracają uwagę masywne ściany nawy przekrytej stropem, apsydka otwarta do transeptu, z pięknym rozglifionym okienkiem. Wnętrze pozbawione jest bogactwa dekoracji rzeźbiarskich, jakie spotkać możemy w portalu, ale całość sprawia wrażenie harmonii i spokoju.

Snując się po Toskanii należy koniecznie zaplanować wizytę w San Quirico d'Orcia - nie tylko dla romańskich skarbów kolegiaty, ale też dla win z Val d'Orcia, dla różanych ogrodów, wąskich uliczek i spokoju (tak, San Quirico d'Orcia spokojniejsze jest niż pobliskie Montalcino czy Pienza, bo słabiej znane), jakiego czasem w tak popularnej wśród turystów Toskanii brakuje. Urocze popołudnie, kieliszek Rosso di Montalcino, kawałek pecorino czy zwykłe a jakże niezwykłe kluski, a do tego romański portal z krokodylem w roli głównej - bezcenne!

Galeria: 

San Quirico d'Orcia - kościół Santa Maria Assunta z XI wieku

Malutkie San Quirico d'Orcia może nie jest tak sławne jak sąsiednie Montalcino, Pienza, czy Montepulciano, ale to jedna z toskańskich perełek. Różane ogrody, wino i kościoły romańskie (tak, bo nie jeden tutaj znajdziemy) to niewątpliwie największe tutejsze skarby. Postanowiliśmy wypróbować wszystkie.

Kościółek Santa Maria Assunta wydaje się, że skromnie przycupnął wśród wąskich uliczek, ale jego lokalizacja jest nieprzypadkowa - zbudowano go w XI wieku przy starym szlaku pielgrzymkowym Via Francigena, prowadzącym z północy do Rzymu. Niewielka, bardzo prosta bryła składająca się z nawy, przyklejonej do niej bezpośrednio płytkiej apsydy i dzwonniczki, zbudowana została z jasnych bloków trawertynu. Najwięcej dekoracji znajdziemy w wysuniętym przed lico ściany portalu, z intrygującymi przedstawieniami lwów pożerających ludzi oraz dekoracjami roślinnymi archiwolty i kapiteli kolumienek zdradzającymi pokrewieństwo z pobliskim opactwem San Antimo. Na zewnątrz oprócz portalu kościółek zdobi fryz arkadkowy apsydy. Wnętrze jest jedną halą przekrytą stropem, doświetloną świetnie zachowanymi rozglifionymi okienkami. Nagie ściany wnętrza pozbawione są dekoracji poza kolumienką z figurą świętego.

Kościół Santa Maria Assunta, który sam w sobie jest pięknym przykładem prostego i pierwotnego romanizmu, jest pierwszym przystankiem na drodze do skarbów San Quirico d'Orcia - bo romańskich skarbów jest tutaj więcej. Ale póki co pora na róże i wino...

Galeria: 

Trequanda - kościół św. Piotra i Andrzeja z XIV wieku

Trequanda to malutka wioska zagubiona wśród wzgórz crete senesi na północ od Montepulciano. Ale na samą myśl, że w tak malutkiej miejscowości, w skromnym kościółku z dwukolorowego kamienia znajdziemy więcej wysokiej klasy zabytków renesansu, niż w niejednym polskim województwie, trochę żal ściska za gardło. Możemy się pocieszać tylko tym, że pada, chociaż to akurat marna pociecha...

Kościółek św. Piotra i Andrzeja niektóre źródła określają jako romańsko-gotycki, chociaż włoski gotyk jest tak dyskusyjny, jak polska kultura winiarska. Fasada z dwukolorowego kamienia ułożonego w szachownicę w zasadzie pozbawiona jest dekoracji. Sklepienie kolebkowe z lunetami (nie znaleźliśmy w źródłach, czy jest oryginalne. Kościół przebudowywano, więc jest szansa, że nie jest romańskie) w nawie jest nieco niższe, niż sklepienie krzyżowo-żebrowe w transepcie i prezbiterium. Warto zwrócić uwagę na płaskorzeźby w tympanonie bocznego portaliku i płaskorzeźbę z wizerunkiem baranka. Miłośnikom renesansu należy polecić fresk Przeistoczenie Il Sodomy, a także ołtarz z wizerunkiem Madonny w otoczeniu świętych autorstwa Giovanniego di Paolo oraz terakotową Madonnę przypisywaną Andrei Sansovino.

Zagubioną wśród pól wioskę Trequanda i kościółek św. Piotra i Andrzeja polecamy bardziej miłośnikom renesansu, niż romanizmu. Ale nie żałujemy, że tu dotarliśmy!

Galeria: 

Volterra - katedra Santa Maria Assunta z XII wieku oraz baptysterium z XIII wieku

Volterra położona jest w tyleż dramatycznym, co malowniczym krajobrazie. Na samotnym, smaganym przez bezlitosne wichry wzgórzu flankowanym przez klify (Le Balze). Etruska metropolia, toskańskie miasteczko, a ostatnio niefortunna stolica turystyki wampirycznej ma turystom wiele do zaoferowania - ustronne, ciche place, średniowieczne pałace, etruskie ruiny, niezliczone stosy alabastrowych moździeży i tandetnych pamiątek w stylu połączonych serc z napisami "Edward & Bella forever" oraz - romańską katedrę Santa Maria Assunta. Zanim, skrzypiąc resorami, wspięliśmy się na wzgórze Volterry, cieszyliśmy się jednym z niewielu słonecznych dni w Toskanii. Cóż z tego, że chociaż słońce grzało, to słynny, volteriański wiatr - zimny jak pocałunek Edwarda Cullena - pozbywał się resztek ciepła z bezwzględnością godną hrabiego Draculi...

Pozostało nam tylko poszukać zacisznego wnętrza, gdzie można w spokoju podelektować się sztuką. Wybraliśmy oczywiście Duomo, czyli katedrę. Budynek, który stoi do dzisiaj powstał na początku XII wieku w miejscu, gdzie poprzednią katedrę zmiotło z powierzchni ziemi trzęsienie ziemi. Kolegiacie towarzyszy baptysterium i kampanila z XIII wieku, z czasów ingerencji słynnego Nicola Pisano. Stąd już blisko do Pizy, a baptysterium dekorowane pasami z dwukolorowego kamienia czytelnie nawiązuje swoją architekturą do architektury pizańskiej. Katedrę trudno zobaczyć w całości z jednego miejsca, wrosła w tkankę miasta i stopiła się z innymi budynkami. Elegancka, prosta fasada z fryzem arkadkowym i ślepymi arkadkami w szczycie oraz zbudowany przy wykorzystaniu rzymskiego złomu portal tworzą wysmakowane połączenie.

Wnętrze katedry zachowało swą pierwotną formę, nie zachowało jednak swoich pierwotnych dekoracji. Potężne ściany nawy opierają się na masywnych kolumnach. Dość długa, doświetlona rozetą w zachodniej ścianie nawa kryta jest stropem. Potężny transept otwiera się na płytkie prezbiterium i flankujące go kaplice. To, jak wnętrze katedry wygląda dzisiaj zawdzięcza przebudowom z XVI i XIX wieku. Stiukowe kapitele kolumn, barokowy strop, liczne dobudowane do kościoła kaplice tworzą wrażenie niejakiego bałaganu. Ściany pomalowano w "pizańskie" pasy w XIX wieku. Jedyne, co znajdziemy tu z czasów romańskich, to lwy podtrzymujące kolumny kazalnicy, w XVI wieku poskładanej z licznych, starszych elementów.

Baptysterium dekorowane jest (chociaż nie w całości) pasami jasnego i ciemnego kamienia i ma formę wielokąta. Zwraca uwagę bogato zdobiony uskokowy portal z wizerunkami główek apostołów, Chrystusa oraz Marii. Wewnątrz każdy z odcinków ścian wielokąta posiada też własną płytką niszę. Misa chrzcielna jest autorstwa Andrei Sansovino.

Odwiedziliśmy jeszcze etruskie wykopki, napiliśmy się kawy, przemknęliśmy smagani wiatrem przez uliczki i zakamarki i popędziliśmy dalej. Volterra - trochę na uboczu toskańskich szlaków, trochę mniej sielska, ale za to również mniej zadeptana, to przyjemna alternatywna dla turystycznego południa. A stąd już niedaleko do Pizy czy Lukki. Polecamy!

Galeria: 

Włochy Północne

Włochy Północne - zwykle mija się ten region w drodze na narty w Dolomity, czy dalej, na południe, do Toskanii, Rzymu czy Neapolu. Ale tu też, w tętniących życiem miastach, jak Mediolan, ale też w małych miasteczkach, jak Asti, odnaleźć można romańskie perełki. "Wieki Ciemne", czyli wczesne średniowiecze, pomiędzy upadkiem Rzymu a czasami Karola Wielkiego - to czas Wędrówki Ludów, barbarzyńskich władców, efemerycznych królestw, zapomnianych chrześcijańskich wyznań, w jednych sferach życia regresu, w innych - niesamowitego rozwoju i intensywnej wymiany kulturowej między Wschodem a Zachodem, Północą a Południem. Historię "Wieków Ciemnych" najlepiej poznawać w Rawennie, gdzie w czasach chrześcijańskiego chociaż heretyckiego a do tego barbarzyńskiego władcy Teodoryka i w następujących bezpośrednio po nich czasach wielkiego powrotu Biznacjum w osobie cesarza Justyniana, powstawały niezwykłe zabytki, które na długo wyznaczyły trendy w architekturze, dając romanizmowi solidne podstawy. Włochy Północne - jakże różne od spalonego słońcem, śródziemnomorskiego południa, ale równie ciekawe, obdarzone bogatą historią, wspaniałą sztuką lombardzkiego romanizmu, cudowną kuchnią (ach te szparagi po mediolańsku!), krajobrazami z majaczącymi na horyzoncie Alpami - zapraszamy na kolejną wyprawę!

Asti - krypta kościoła San Anastasio z VIII-XII wieku

Asti to niewielkie miasteczko w Piemoncie znane głównie z wina - to stąd pochodzi słynna Barbera d'Asti i Moscato d'Asti. Miasteczko o tyle sławne wśród wielbicieli nebbiolo, co dziwnie turystycznie niewyeksploatowane. Trafiamy tu na początku sezonu, ale rzesz turystów jakoś nie widać. Podziwiamy więc w spokoju senne uliczki, lodziarnie, kawiarnie, wystające zza kamieniczek wieże mieszkalne. I oczywiście zabytki romańskie.

Jednym z bardziej niezwykłych zabytków Asti jest muzeum San Anastasio - gigantyczne lapidarium pozostałości po benedyktyńskim opactwie sięgającym w swojej historii głębokiego średniowiecza. Sporo pozostało tu gruzu - masywnych romańskich kapiteli, rzeźb (wyróżnia się niezwykły tympanon z Chrystusem przypominającym buddyjskiego mnicha), ale też gotyckich i późniejszych pozostałości. Ale największą atrakcją muzeum jest cudem zachowana - podobno oszczędzono ją po to, by składować tu wino - krypta, swoimi początkami sięgająca VIII wieku. Poza tym archeolodzy wypreparowali tu z gruntu fragmenty fundamentów kościoła klasztornego, sięgające VII wieku cmentarzysko, pozostałości rzymskich domów, a nawet kawałek rzymskiego bruku.

Początki krypty sięgają czasów lombardzkiego króla Litupranda, który według jednej z legend miał sprowadzić tu relikwie męczennika. Najstarsza część krypty pochodzi właśnie z czasów lombardzkich, czyli z VIII wieku. Wsparta na sześciu filarach trójnawowa krypta zachwyca bogactwem kapiteli, które pamiętają jeszcze czasy rzymskie (najprawdopodobniej pochodzą z rozebranych wówczas rzymskich budowli). Krypta została rozbudowana w XII wieku. Cały kompleks benedyktyński przechodził w swojej historii liczne przebudowy, żeby wreszcie trafić w ręce prywatne, a potem na własność miasta. Decyzję o rozebraniu podupadającego opactwa podjęto na początku XX wieku.

Muzeum San Anastasio przynosi przyjemny chłód po popołudniowym upale. Teraz, kiedy wieczór pozwala odetchnąć, należy znaleźć jakieś miłe miejsce, gdzie wśród śmiechu i wesołego pokrzykiwania można napić się Barbery i spróbować piemonckich smakołyków.

Galeria: 

Asti - krypta kościoła San Secondo z VI-VII wieku

Na Piazza di San Secondo można posiedzieć przy kawie, nakarmić gołębie albo zjeść lody. Można też dla ochołdy schować się w cieniu kolegiaty San Secondo, a przy odrobinie szczęścia - nawet zajrzeć do niezwykłej krypty z VI-VII wieku.

Obecny kościół pochodzi z XIII wieku i można go nazwać romański-gotyckim. W trakcie swojej historii kościół przechodził też liczne przebudowy. Fasada, jaką dzisiaj możemy podziwiać, pochodzi z wieku XV i stanowi dość udany mariaż gotyku z renesansem. W swojej bryle kościół zachował typowy lombardzki układ z trzema nawami i i wieżą nad skrzyżowaniem naw. Najstarsze elementy kościoła to dwa pierwsze filary, które nie układają się w linię prostą z pozostałymi filarami i są pozostałościami po pierwotnej fasadzie kościoła oraz ściana dzwonnicy z X wieku (pozostałość po jeszcze starszym kościele). Warto poprzyglądać się kapitelom filarów, bo wśród nich znajdziemy również i romańskie. W kaplicach prawej nawy bocznej można podziwiać relikty fresków z XIII wieku.

Ale nas najbardziej interesuje krypta - najstarsza część kościoła, pozostałość po jeszcze starszym, preromańskim kościele. Według legendy to miejsce męczeństwa i pochówku patrona Asti, św. Sekundusa. Krypta została rekonstruowana i powiększona w XVII wieku, przy użyciu rzymskich i renesansowych pozostałości. Najciekawsze i najstarsze jest samo jądro krypty z VI-VII wieku - niewielkie pomieszczenie oddzielone kratą, ozdobione kolumienkami w rogach i otoczone obejściem. Tu znajduje się XV-wieczny relikwiarz skrywający kości świętego. Warto przyjrzeć się kapitelom kolumienek z prostymi (żeby nie powiedzieć prymitywnymi) przedstawieniami liści. Krypta zwykle jest zamknięta, ale wystarczy odszukać kustosza, który pogrążony w myślach siedzi pewnie w jednej z kaplic, żeby wejść do tego niezwykłego reliktu.

Położony w samym centurm miasteczka kościół San Secondo to obowiązkowy przystanek na strasie niespiesznego spaceru przez uliczki Asti.

Galeria: 

Mediolan - bazylika San Ambrosio od IV wieku

Mediolan to olbrzymie, tętniące życiem miasto, nowoczesne i aspirujące do miana jednej z europejskich metropolii. Można dostać tu zawrotu głowy od ilości zabytków i atrakcji turystycznych. Ale my doskonale wiemy, gdzie się kierować - zmierzamy prosto do bazyliki San Ambrosio, będącej kanonicznym przykładem, a nawet kamieniem węgielnym lombardzkiego romanizmu...

Bazylika San Ambrosio to dzieło św. Ambrożego, zbudowana w ramach jego szeroko zakrojonego projektu promocji katolickiej (a w zasadzie wówczas - nicejskiej) ortodoksji przeciwko rosnącemu w siłę arianizmowi. Św. Ambrożemu przypisywane jest zbudowanie 4 kościołów w Mediolanie, ale to jego zapał kaznodziejski przysporzył mu rzesze zwolenników. Dzisiejsza bazylika San Abrosio, gdzie święty został pochowany, początkowo zbudowana została jako Basilica Martyrum, gdzie umieszczono relikwie św. Gerwazego i Protazego (można je zresztą do dzisiaj zobaczyć, ale jest to doświadczenie dla osób o mocnych nerwach). Zbudowana w IV wieku bazylika została rozbudowana najpierw w IX wieku, następnie w wieku XI w zasadzie zbudowana od nowa w klasycznym, romańskim stylu, chociaż wiele rozwiązań i elementów dekoracyjnych zachowało się z dawniejszych czasów.

Wieżę kościoła, tę wyższą, bo kościół ma dwie wieże, widać już z daleka, a to przez olbrzymią reklamę smartfona Galaxy rozwieszoną na kampanili. Wieża - ta wyższa - zwana jest "wieżą kanoników", w przeciwieństwie do drugiej, niższej, "wieży mnichów". To rozróżnienie pochodzi z czasów, gdy kościół dzieliły dwie wspólnoty monastyczne. Udało nam się zdążyć tuż przed siestą, strażnik z kluczami już niespokojnie rozgląda się, czy strumyczek turystów przypadkiem nie wysycha. Wchodzimy na dziedziniec, gdzie milkną odgłosy miasta i spowija nas cisza. Harmonia, idealne proporcje, uspokajający rytm arkad, biel kamienia i czerwień rudej, spłowiałej cegły - podziwiamy wczesnochrześcijański koncept atrium, gdzie gromadzili się katechumeni, w jego najszlachetniejszej postaci. Przysadzisty szczyt z szerokimi arkadami dopełnia atrium od strony zachodniej. W narteksie warto spędzić trochę czasu podziwiając kamieniarkę portalu. Portal zachodni dekorowany jest niesamowitą ilością rzeźb, w których charakterystyczne, lombardzkie motywy - szeroko rozumiane bydło - sprawia konfundujące wrażenie (szczególnie wspinające się po kolumnach krowy).

Wnętrze - majestatyczna nawa główna z potężnym sklepieniem krzyżowo-żebrowym i emporą nad nawami bocznymi kończy się równie potężną apsydą z mozaiką przedstawiającą Chrystusa Pantokratora. Brak tutaj transeptu. Wewnątrz warto zwrócić uwagę na pulpit - poskładany ze starszych pozostałości, postawiony na rzymskim sakrofagu, z wykorzystaniem starszych, karolińskich rzeźb. Płaskorzeźba z przedstawieniem Ostatniej Wieczerzy, to druga najsłynniejsza Ostatnia Wieczerza w Mediolanie - ta pierwsza, autorstwa Leonarda da Vinci, znajduje się w kościele Santa Maria della Grazie i żeby ją zobaczyć trzeba się wpisać na listę najlepiej z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Z karolińskich skarbów wymienić należy złoty Ołtarz św. Ambrożego w prezbiterium, stojący pod bogatym baldachimem cyborium. Pod prezbiterium znajduje się krypta, gdzie złożono ciała św. Gerwazego i Protazego. Można je do dzisiaj oglądać za szybą, ubrane w bogate szaty, jest to jednak przeżycie nieco ekstremalne.

Do prezbiterium przylegają kaplice - m.in. San Vittore in ciel d'oro - bogato zdobiona mozaikami kaplica z IV wieku, w której pogrzebani zostali męczennicy św. Wiktor i św. Satyr. Kaplica - jak złote pudełeczko - przeszła w XIX wieku gruntowną renowację. Można tu odnaleźć jeszcze motywy pogańskie, IV wiek to bowiem okres, w którym jeszcze żywe jest dziedzictwo antyku.

Zanim wejdzie się na dach mediolańskiej katedry, zje risotto z szafranem albo pojedzie na zakupy do jednego z licznych outletów (w których pasek albo torebusię znanej marki można kupić przecenione z 1000 euro jedynie do skromnych 300 euro), należy bezwzględnie odwiedzić bazylikę San Abrosio. Ze względu na jego bogatą historię, która przez osobę św. Ambrożego wywarła olbrzymi wpływ na chrześcijaństwo tamtego okresu, oraz ze względu na elegancję, piękno i harmonię samej bryły i jej nietuzinkowe dekoracje. My za to wracamy do Gorgonzoli, by lepić makaron, pić wino i snuć gawędy o włoskiej kuchni z Magdą, autorką kultowego bloga Cucinissima i Mateuszem. Pozrawiamy serdecznie Gorgonzolę znad talerza parujących orechiette!

Galeria: 

Pawia - bazylika San Michelle Maggiore z XI/XII wieku

Pawia to jedno z tych - dzisiaj sennych i prowincjonalnych - miasteczek, w których kiedyś objawiła się Wielka Historia i pozostawiła po sobie wielki zabytki. Dawna stolica państwa Longobardów - choć trudno to sobie wyobrazić snując się po wyludnionych sjestą uliczkach - rywalizowała kiedyś z Mediolanem. Listę zabytków Pawii otwiera renesansowa katedra - jeden z największych (trzeci co do wielkości) i najdziwniejszych kościołów Włoch. Zaprojektowana z rozmachem, który pokonał wykonawców, jest dowodem na to, że geniusz najlepiej, jeśli pracuje sam. Przy projektach katedry pracowali mistrzowie tacy, jak Leonardo da Vinci i Bramante, ale zamysłu mistrzów nigdy nie udało się do końca zrealizować, kolejne pokolenia architektów (łącznie z architektami Mussoliniego, co nie wyszło kościołowi na dobre) dokładały swoje, w rezultacie dziś katedra bardziej straszy, niż zachwyca. Wnętrze ma urok dworca kolejowego, a nigdy nie ukończone fasady szczerzą w niebo wyszczerbione zęby cegieł. Ale nie o katedrze miało być...

Kościół San Michelle powstał w miejscu dawnej kaplicy pałacowej longobardzkich królów na przełomie XI i XII wieku i jest jednym z założycielskich kościołów lombardzkiego romanizmu. Wpadamy tam tuż przed rozpoczęciem sjesty. Uzbrojony w pęk kluczy kustosz rusza ku nam żwawym krokiem - już rzedną nam miny, zaraz pewnie zostaniemy wyproszeni prosto w skwar południa... Ale nie, kustosz perorując po włosku prowadzi nas do prezbiterium, gdzie odsuwa dywan i pokazuje nam jeden z najcenniejszych zabytków bazyliki - mozaikę, na której klęczeli oprócz lombardzkich królów, cesarze Ludwik III i Fryderyk Barbarossa przyjmując lombardzką koronę. Siedzący na tronie król w otoczeniu przedstawień miesięcy (motyw antyczny) w spłowiałych odcieniach różu i szarości robią o niebo większe wrażenie, niż cała katedra razem wzięta.

Bazylika San Michelle Maggiore składa się z trójnawowego korpusu nawowego z emporą, potężnego transeptu (skrzyżowanie naw przekryte jest kopułą osadzoną na ośmiobocznym bębnie doświetlonym okienkami) i podniesionego prezbiterium zakończonego potężną apsydą. Pod prezbiterium znajduje się elegancka i całkiem spora krypta, urzekająca lasem smukłych kolumienek o bogato zdobionych kapitelach. Zejścia do krypty znajdują się po obu stronach schodów prowadzących do podwyższonego chóru. Nawa przekryta jest sklepieniem krzyżowym, opartym na potężnych filarach międzynawowych o równie bogatych zdobieniach kapiteli. Wnętrze, w którym domunują dwa kolory - szary kamień i ruda cegła - jest urzekająco surowe i nieco przykurzone, zwracają uwagę relikty fresków oraz wspaniały, karoliński krucyfiks z metali szlachetnych.

Na zewnątrz warto poświęcić trochę czasu fasadzie. Dekoracje rzeźbiarskie portalu i reszty fasady są niezwykle bogate, ale też niestety bardzo zniszczone - miękki piaskowiec miał ucierpieć w wyniku intensywnego gradobicia stosunkowo niedawno. Przysadzista fasada bez wież ma niezwykle harmonijne proporcje, z rzędami arkadek na górze i trzema portalami na dole, oraz poziomem biforiów pośrodku. Dekoracje portalu są wręcz powalające - fantastyczne stwory, ptaki, syreny, trytony, maski i wizerunki ludzi, nie mogło zabraknąć też oczywiście typowo lombardzkiego bydła, a wszystko to ginące w roślinnych wiciach i liściach. Nam niektóre stwory przypominały postacie ze skandynawskich baśni i sag, ale może to tylko nasze skojarzenie. Niektóre kształty już się zatarły i można się tylko domyślać , co przedstawiają, ale to czyni studiowanie fasady jeszcze bardziej fascynującym.

Pawia to dzisiaj senne miasteczko, ale nie należy jej nie doceniać. Wszystkim tym, którzy tu dotrą, odkrywa swoje skarby - między innymi bazylikę San Michelle Maggiore, z cudowną mozaiką, którą wycierały przez wieki najznamienitsze kolana, i bestiarium w fasadzie. Warto wybrać się tutaj, by odpocząć od wielkomiejskiego Mediolanu i zasmakować włoskiej prowincji obdarzonej romanizmem najwyższej próby.

Galeria: 

Pawia - bazylika San Pietro in Ciel d'Oro z XII wieku

W Pawii Wielka Historia daje o sobie znać na każdym kroku. Ledwo wróciliśmy z niesamowitej bazyliki San Michelle Maggiore, gdzie na mozaice w kolorach spłowiałego różu i błękitu klęczał Fryderyk Barbarossa, gdy pora przyszła spotkać kolejną wielką osobistość średniowiecza - a może raczej późnego, chrześcijańskiego antyku? Tuż przy bramie Cytadeli, nieco na uboczu starego miasta, stoi bazylika San Pietro in Ciel d'Oro - miejsce spoczynku św. Augustyna...

Jak szczątki biskupa z Hippony trafiły do Pawii? Z Afryki, wraz z wygnanymi przez ariańskich Wandalów biskupami, trafiły do Cagliari na Sardynii, skąd - w obawie przed Saraceńskimi piratami - król Lombardii Lituprand zabrał je do Pawii i złożył w kościele, który był poprzednikiem bazyliki. Kościół św. Piotra wspominany jest już w VII wieku, ale dzisiejszy budynek pochodzi z XII wieku. W XIV wieku papież mianował strażnikami relikwii św. Augustyna Augustianów, z tego okresu pochodzi też wspaniały, gotycki nagrobek świętego - Arca di Sant'Agostino. Jednak mnisi napotkali jednak nie lada problem - nie byli w stanie zidentyfikować szczątków swojego patrona! Legenda mówi, że pracujący w krypcie kamieniarze natrafili w pewnym momencie na marmurową skrzynkę, w której znajdowała się następna skrzynka, a w niej jeszcze następna, zawierająca fragmenty kości. Chociaż robotnicy byli niepiśmienni, legenda zarejestrowała, że na ostatniej skrzyni napisane było węglem imię świętego. Niemniej wokół relikwii św. Augustyna wciąż nie brakowało kontrowersji, na co pewnie wpływ miał też fakt, że dwa przylegające do kościoła klasztory zamieszkiwały dwie konkurujące ze sobą społeczności mnisie żyjące wg reguły św. Augustyna - Augustianie i Kanonicy Laterańscy, spierający się o relikwie swojego świętego patrona.

Sam kościół przeżywał równie burzliwe losy, co relikwie św. Augustyna. W czasach napoleońskich kościół został zamieniony na magazyn, popadł w ruinę, a mnisi uciekli do Mediolanu, zabierając ze sobą relikwie oraz Arkę. Złożone bezpiecznie w mediolańskiej katedrze wróciły na miejsce dopiero pod koniec XIX wieku, kiedy to kościół poddano gruntownej renowacji i reromanizacji.

O bogactwie kościoła w czasach jego świetności najlepiej świadczy jego nazwa San Pietro in Ciel d'Oro - "złote niebo", o jakim mowa mogło odnosić się do złotej mozaiki w apsydzie lub innych złotych dekoracji. Zbudowany wg kanonicznych zasad lombardzkiego romanizmu składa się z trójnawowego korpusu nawowego, krótkiego transeptu, kopuły nad skrzyżowaniem naw, trzech apsyd i krypty. Budynek zbudowany jest z cegły, z elementami białego piaskowca, z którego wykonano najpiękniejsze elementy dekoracyjne, m.in. smukły i elegancki portal. Charakterystyczna, przysadzista fasada ze ślepą galeryjką na szczycie, dwoma poziomami okien oraz portalem flankowanym przez dwie ślepe arkady, jest niezwykle harmonijna. Misternie rzeźbione w roślinne i kwiatowe motywy wałki archiwolt portalu wydają się ulepione z ciasta. Latarnia i apsyda zdobione są ślepymi galeryjkami z arkadek. Pierwotnie przed kościołem znajdował się narteks.

Wewnątrz zwraca uwagę przysadziste sklepienie wsparte na potężnych filarach międzynawowych. Wnętrze jest nieco mroczne, monumentalne. Podniesione prezbiterium skupia uwagę na grobowcu świętego Augustyna, marmurowym, gotyckim arcydziele. Fresk w apsydzie jest dziewiętnastowieczny, pochodzi z czasów renowacji kościoła. Klasyczne, lombardzkie rozwiązanie z kopułą na skrzyżowaniu naw, doświetloną okienkami bębna, sprawia, że prezbiterium skupia światło i zdaje się świetlistą plamą w ciemnym wnętrzu. Potężną apsydę główną flankują przylegające do transeptu mniejsze apsydy boczne.

Warto zejść do krypty - jak na lombardzki kościół przystało obszernej i bogato zdobionej. Znajdziemy tu grobowiec Boetiusa, filozofa późnego antyku, który znalazł swoje miejsce w Raju Dantego.

W nawie głównej, pod posadzą pochowany jest też sam król Lituprand. Z ciekawostek wymienić należy sześciokątną mozaikę posadzkową w apsydzie. Z oryginalnych, a nawet późniejszych dekoracji, niewiele (a w zasadzie prawie nic) się nie zachowało, za co podziękować należy żołnierzom pewnego niewysokiego mieszkańca Korsyki z zamiłowaniem do potężnych kapeluszy.

Będąc w Pawii nie sposób nie zajrzeć tu chociaż na chwilę - żeby popodziwiać jeszcze jeden przykład lombardzkiego romanizmu, ale też, żeby podumać przez chwilę nad grobem jednej z najważniejszych postaci późnego antyku, średniowiecza i całego zachodniego chrześcijaństwa.

Galeria: 

Pawia - kościół San Teodoro z XII wieku

Kościół San Teodoro sprawia wrażenie młodszego, biedniejszego kuzyna bazyliki San Michelle Maggiore. Ten sam schemat, ten sam koncept fasady, tylko mniej rozbuchanych dekoracji. I mniej turystów...

Kościół San Teodoro stanął w XII wieku w miejscu dawniejszej świątyni z VIII wieku, poświęconej św. Agnieszce. Wezwanie św. Teodora - biskupa i patrona Pawii - otrzymał później. Przebudowywano go w wieku XVI i XVII, a w wieku XIX przywrócono mu jego pierwotną formę. Potężna bryła z różowawej cegły uzupełnianej gdzieniegdzie w celach dekoracyjnych białym kamieniem, widoczna jest już z daleka. Wieże - zarówno ta nad skrzyżowaniem naw, kryjąca kopułę, zdobna w elegancką galeryjkę, jak i nowsza kampanila, wystają nad poziom kamieniczek. Fasada - skromniejsza, niż ta należąca do San Michelle Maggiore, czytelnie nawiązuje do swojej starszej kuzynki. Ten sam przysadzisty szczyt z galeryjką i triforium (rekonstruowanym) pośrodku. Skromny portal dopełnia całości.

Wnętrze jest jeszcze bardziej przykurzone, niż wnętrze San Michelle Maggiore - osmalone, zszarzałe, spłowiałe ściany i sklepienie nadają wnętrzu surowy, archaiczny wręcz charakter. Trójnawowy, przysadzisty korpus bez empory kryty jest masywnym sklepieniem krzyżowym spoczywającym na potężnych filarach. Transept kryty jest kolebką, a nad skrzyżowaniem naw wznosi się ośmioboczna kopuła posadzona na bębnie i doświetlona okienkami. Do transeptu przylegają trzy apsydy. W zasadzie cały transept jest mocno podniesiony, a to po to, by pomieścić pod swoim poziomem piękną kryptę, z kapitelami rzeźbionymi w motywy twarzy. Całość wieńczy majestatyczna apsyda główna.

W kościele zachowało się kilka ciekawych zabytków - w północnym ramieniu transeptu znajdziemy XVI-wieczne freski z ilustracjami żywota św. Agnieszki, a w północnym - św. Teodora. Najciekawszy fresk przedstawia widok Pawii, z wieżami mieszkalnymi i murami obronnymi - daje on dobre wyobrażenie, jak wyglądały włoskie miasta kilkaset lat temu. XIII-wieczne freski zachowały się też na niektórych filarach. Zachowały się też relikty mozaiki podłogowej z XIV/XV wieku.

Kościół San Teodoro to klasyczny przykład lombardzkiego romanizmu, inspirowanemu sąsiednim kościołem św.Michała. Dla odwiedzających Pawię - przyjemny przystanek w trakcie nieśpiesznego spaceru. Można tu znakomicie odpocząć, bo nie ma tu dosłownie nikogo. Zapatrzeć się w ośmioboczną kopułę i odpłynąć...

Galeria: 

Rawenna - baptysterium ariańskie z V wieku

Ostrogocki król Teodoryk sam był arianinem, ale zwolennikiem religijnej tolerancji. I tak za jego czasów dwie wspólnoty - ariańska i ortodoksyjna żyły obok siebie w pokoju, chociaż odseparowane. Dzisiaj baptysterium ariańskie wydaje się trochę opuszczone, odarte ze swoich mozaik, puste, martwe. Ale jest to świadek niezwykłych czasów, pozostałość po zapomnianym wyznaniu, które u początków chrześcijaństwa jako religii masowej stanowiło realną konkurencję dla chalcedońskiej ortodoksji.

Nauki Ariusza kwestionowały naukę o współistotności Ojca i Syna, a przez to stawiały pod znakiem zapytania całą koncepcję Trójcy Świętej. Syn - jako stworzony przez Ojca i Duch Święty, jako tegoż Ojca emanacja, w swojej istocie byli podporządkowani Ojcu, który jako jedyny ma w pełni boską naturę, bo jest wieczny i niezrodzony. Nauki te były nie do przyjęcia dla ortodoksów i zostały potępione przez sobór nicejski w IV wieku. Nie przeszkodziło to arianizmowi szeroko się rozprzestrzeniać, również wśród barbarzyńców - Wandalów, Gotów, ale też w Afryce i Azji. Powstające w Europie i Afryce barbarzyńskie państwa były ostoją arianizmu, nie zapominajmy też, że cesarz Konstantyn przyjął chrzest z rąk ariańskiego biskupa Euzebiusza z Nikomedii.

Arianizm przegrał jednak walkę z ortodoksją, barbarzyńskie państwa upadały jedno po drugim, podczas gdy ostoja ortodoksji - Bizancjum trwało niczym skała, chociaż kurczyło się wyraźnie. w Afryce i Azji kres wspólnotom ariańskim przyniosła ekspansja Islamu w VII i VIII wieku - zmęczone nieustannymi sporami i wojnami o charakterze religijnym całe wspólnoty chrześcijańskie wraz z biskupami przechodziły masowo na Islam (uznawany wówczas za chrześcijańską sektę, a było ich przecież w tamtych czasach wiele) licząc na pokój i stabilizację. W Europie - skłócone i niestabilne państewka barbarzyńskie upadały targane wewnętrznymi konfliktami lub podbijane przez rodzącą się nową siłę - Franków, którzy, jako jedyne z barbarzyńskich plemion, przyjęło chrzest ortodoksyjny. Kto wie, jakby wyglądała Europa, gdyby Chlodwig przyjął chrześcijaństwo ariańskie? Nigdy się nie dowiemy i trudno byłoby nawet spekulować.

Baptysterium ariańskie zbudowane za czasów Teodoryka było częścią większego kompleksu, którego centrum stanowiła ariańska katedra Hagia Anastasis (dzisiaj kościół Spirito Santo, niestety przebudowany w XV wieku i nic w nim z jego bizantyjskich dekoracji nie przetrwało). Kiedy Rawenna wróciła w ręce Bizancjum w VI wieku, baptysterium zostało przekształcone w oratorium pod wezwaniem Santa Maria in Cosmedin. Na początku XVIII wieku przeszło w prywatne ręce, by w XX wieku zostać własnością państwa. W czasie nalotów alianckich zabudowania wokół baptysterium zostały zniszczone, co paradoksalnie pomogło wyeksponować budynek, który następnie udostępniono do zwiedzania.

Niewielki i niepozorny oktagonalny budynek z rudej cegły znajduje się dzisiaj ponad 2 metry poniżej poziomu ulicy. Wewnątrz pustka i nagie ściany sprawiają nieco przygnębiające wrażenie (tak, można odczuć, że to zabytek wymarłej kultury). Ale wystarczy spojrzeć w górę, by dać się na chwilę olśnić przebłyskowi życia. Kopułę pokrywa wspaniała mozaika przedstawiająca chrzest Chrystusa w Jordanie. Młody, nagi Chrystus (bez brody) stoi po pas w wodzie, w towarzystwie ubranego w skórę Jana Chrzciciela i starego człowieka będącego alegorią Jordanu. Jan polewa głowę Chrystusa wodą, a nad nimi krąży Duch Święty pod postacią gołębicy. Scenę chrztu otaczają apostołowie trzymający w rękach korony (tylko św. Piotr trzyma w ręku klucze, a św. Paweł zwój). Apostołowie otaczają kręgiem tron Chrystusa, na którym znajduje się krzyż i purpurowa szata - symbole cierpienia. Mozaiki w baptysterium ariańskim uznaje się za inspirowane innymi mozaikami - tymi w starszym o wiek baptysterium ortodoksów.

Baptysterium ariańskie nie jest może najbardziej oszałamiającym zabytkiem Rawenny - niewiele się tu zachowało, a same mozaiki nie mogą równać się tym z San Vitale czy San Apollinare Nuovo. Ale jest to miejsce, gdzie można zadumać się na chwilę nad meandrami historii, która w takich miejscach jak to, zaczyna jawić się zupełnie inaczej. Historię piszą zwycięzcy, stąd dobrze znamy historię Bizancjum czy imperium Karolingów. Ale tu, na chwilę możemy popatrzeć na historię z perspektywy tych, którym nie dane było przetrwać.

Galeria: 

Rawenna - baptysterium ortodoksów z IV/V wieku

Budynek, o którym mowa, ma wiele nazw - mówi się o nim baptysterium ortodoksów (dla odróżnienia od baptysterium ariańskiego), baptysterium katedralne (bo należało do katedry), baptysterium neonianum (bo mozaiki wewnątrz baptysterium ufundował biskup Neon). To najstarszy zabytek chrześcijańskiej Rawenny, pochodzący z czasów upadku Imperium Rzymskiego. Charakterystyczny, ośmiokątny budynek z rudej cegły z czterema niszami i gładkimi ścianami zdobionymi czymś w rodzaju protolizen, wchodził w skład kompleksu katedralnego ufundowanego przez biskupa Orso. Z ktatedry nic już w zasadzie nie pozostało, przebudowywana wielokrotnie została w końcu rozebrana w XVIII wieku i zastąpiona nową, klasycystyczną budowlą. Baptysterium i katedrze towarzyszy kampanila z X wieku. Do baptysterium schodzimy po schodach, grubo ze trzy metry poniżej poziomu ulicy. Cudownie zachowane wnętrze (restaurowane w XIX wieku) daje dobre wyobrażenie o tym, czym był antyk chrześcijański - dekoracje są jeszcze antyczne w formie, a już chrześcijańskie w treści. Przede wszystkim zwraca uwagę mozaika na kopule, przedstawiająca chrzest Jezusa w Jordanie - nagi Chrystus stoi po pas w wodzie, Jan polewa mu głowę wodą, nad nimi unosi się Duch Święty w postaci gołębicy, a alegoria Jordanu spieszy przez wodę z zieloną szatą. Dookoła znajdują się wizerunki apostołów (każdy jest inny, ma cechy indywidualne). Poniżej znajdują się przedstawienia ołtarzy z otwartymi księgami oraz tronów - być może to nawiązanie do motywu oczekiwania na królowanie Chrystusa, ale przesłanie tych mozaik nie jest do końca jasne. Mozaiki ufundował w V wieku biskup Neon, od którego baptysterium uzyskało jedną ze swoich nazw. Poniżej mozaik, na poziomie okien, znajdują się nisze wypełnione przedstawieniami 16 starotestamentowych proroków, dekorowane stiukami i malowanymi motywami roślinnymi. Te dekoracje również ufundowane zostały przez Neona. Poniżej - znowu mozaiki, a w w niszach - ołtarz i waza z V/VI wieku. Na środku baptysterium znajduje się oktagonalny basen chrzcielny, rekonstruowany w XVI wieku, ale z oryginalnych części. Ambona wykonana z jednego kawałka marmuru i powchodzi z V wieku. Z katedrą, a więc i z baptysterium, sąsiaduje Muzeum Archidiecezjalne, zajmujące budynki dawnego pałacu arcybiskupiego, w którym - choć był wielokrotnie przebudowywany - zachowała się w stanie nietkniętym prywatna kaplica biskupia z V wieku (obowiązywał zakaz fotografowania, więc zdjęć nie będzie). Kaplica San Andrea to niewielkie pomieszczenie na planie krzyża pokryte prawie w całości mozaikami, poprzedzone niewielkim przedsionkiem sklepionym kolebką (również pokrytym mozaikami). Wizerunki świętych, ewangelistów, Chrystus-wojownik, czy rozgwieżdżone niebo na sklepieniu apsydy, a także liczne, drobne a urocze motywy - lilie, ptaki, kwiaty - na długo zapadają w pamięć. Muzeum warto zwiedzić również dla jego bogatych zbiorów, z których wymienić należy chociażby tron biskupa Maksymiana wykonany z kości słoniowej w VI wieku. Baptysterium ortodoksów to wspaniały, kompletny przykład antyku chrześcijańskiego, jakiego nie znajdziemy w Rzymie. Wspaniałe miejsce, w którym poczuć można ducha czasów, w których historia powoli przestawiała się na nowe tory. I do tego te mozaiki!

Galeria: 

Rawenna - bazylika San Apollinare Nuovo z VI wieku

W Rawennie poszukiwacze skarbów dostać mogą zawrotu głowy. Skarbów różnie rozumianych - bezcennych zabytków z czasów rzymskich, barbarzyńskich i bizantyjskich, ale też złota i drogich kamieni. A najciekawsze jest to, że nie sposób oddzielić jedne od drugich, bo zwykle występują łącznie. Bazylika San Apollinare Nuovo to właśnie jeden z takich skarbów - kapiący złotem, skrzący się wszystkimi kolorami tęczy zabytek pochodzący z czasów Teodoryka...

Bazylikę - wówczas pod wezwaniem Chrystusa Zbawiciela - ufundował ostrogocki król Teodoryk dla wspólnoty ariańskiej na początku VI wieku. Kiedy Rawenna trafiła z powrotem w ręce Bizancjum, bazylika została ponownie konsekrowana jako świątynia katolicka, mozaiki ocenzurowano (na przykład w całości pozbyto się mozaik w apsydzie jako zbyt ariańskich w swojej wymowie), nadano jej też nowe wezwanie - św. Marcina z Tours (znanego z zapału do tępienia herezji). Wezwanie św. Apolinarego bazylika uzyskuje w IX wieku, kiedy trafiają tu relikwie św. Apolinarego przeniesione z kościoła w Classe. Atakowany przez adriatyckich piratów port w Classe powoli pustoszeje, staje się wyludniającym się przedmieściem.

Plan bazyliki San Apollinare Nuovo to najczystszy przykład wczesnochrześcijańskiej bazyliki - trójnawowy korpus zamknięty apsydą i poprzedzony atrium. Atrium się nie zachowało, dzisiaj fasadę kościoła zdobi XVI-wieczny portyk (całkiem udatnie komponujący się z całością, ale jednak szkoda atrium...). Apsyda została przebudowana w stylu barokowym, a potem znacznie ucierpiała w czasie I wojny światowej i została zrekonstruowana. W XVI wieku, kiedy to atrium zastąpiono portykiem, podniesiono też wysokość kolumn, a w XVII wieku wymieniono strop na kasetonowy. A szkoda, bo to dzięki dekoracjom stropu kościół zyskał nazwę Sanctus Martinus in Coelo Aureo - św. Marcina w złotym niebie. Tego nieba już dzisiaj nie zobaczymy. Dodatkiem do oryginalnej budowli jest okrągła, smukła i elegancka kampanila z X wieku, którą zdobią biforia i triforia.

Ale to, co najpiękniejsze w San Apollinare Nuovo, to mozaiki, pokrywające szczelnie ściany nawy. Warto wyposażyć się tu w lornetkę albo chociażby skorzystać z teleobiektywu w aparacie, żeby nie przegapić maleńkich cudeniek ukrytych tuż pod sufitem. Jeżeli chce się zrobić im zdjęcia - przyda się teleobiektyw ze stabilizacją. Ściany podzielone są na trzy poziome sekcje - najwyższa to pochodzące z czasów Teodoryka sceny z życia Jezusa (po lewej stronie) i historia pasyjna (po prawej stronie). W scenach ukazujących cuda Jezusa (wesele w Kanie Galiljskiej, uzdrowienie paralityka, wypędzenie demona, uzdrowienie ślepca w Jerychu, wskrzeszenie Łazarza itd.) i jego nauczanie (rozmowa z Samarytanką u studni, oddzielenie owiec od kozłów, przypowieść o wdowim groszu), Jezus ukazany jest jako młodzieniec bez brody, ubrany w szaty rzymskiego cesarza. W scenach pasyjnych (w których co ciekawe brakuje ubiczowania i samego ukrzyżowania), Jezus jest już starszy, jego twarz naznaczona jest smutkiem. Każda ze scen to małe arcydzieło o harmonijnej kompozycji i żywych kolorach. Warto zwrócić uwagę na scenę oddzielenia kozłów od owiec, w której niektórzy doszukują się pierwszego przedstawienia Szatana w sztuce chrześcijańskiej - miały nim być niebieski anioł. Sceny oddzielone są od siebie motywami w kształcie muszli i wizerunkami gołębi.

Poniżej, na poziomie okien, znajdują się przedstawienia świętych i proroków. Każdy z nich jest inny, ma swoje indywidualne cechy, stoi troszeczkę w innej pozie, ma inne rysy twarzy. Postacie ubrane są po rzymsku, a styl mozaik jest hellenistyczny. One również pochodzą z czasów Teodoryka. Poniżej, znajdziemy mozaiki z różnych czasów. Po prawej stronie znajduje się wizerunek tronującego Chrystusa w otoczeniu aniołów, do którego ustawia się procesja 26 męczenników ze św. Marcinem na czele. I tak jak wizerunek Chrystusa jest starszy, tak pochód świętych pochodzi z czasów biskupa Angellusa, czyli powrotu ortodoksji. Analogicznie, po lewej stronie znajdziemy pochód 22 dziewic zmierzających oddać pokłon Maryi z Dzieciątkiem. Pochód otwiera słynne przedstawienie Trzech Króli (którym korony zamieniono na czapki w czasie renesansu). Dziewice - podobnie jak męczennicy - pochodzą z czasów Bizancjum i widocznie różnią się stylem od pozostałym mozaik (wszystkie ubrane są tak samo, rysy twarzy są mało zindywidualizowane, a pozy inne). Bardzo ciekawe i ważne faktograficznie mozaiki znajdziemy w zachodniej części - to przedstawienia Rawenny czasów Teodoryka. Widok portu w Classe oraz pałacu Teodoryka zostały ocenzurowane przez katolików, zniknęli ariańscy święci, których wizerunki zdobiły portyk pałacu. Do dziś można doszukać się śladów wizerunków ledwo widocznych zza dosztukowanych zasłon.

Warto przyjrzeć się też samym kolumnom - nie tylko ich korynckim kapitelom, ale i trzonom. Znajdziemy tu ślady wizerunków (najczęściej dłonie i ręce) modlących się dworzan Teodoryka, które zostały usunięte w czasach Bizancjum. Z ciekawych elementów wyposażenia warto zwrócić uwagę na ołtarz z VI wieku, kolumny ciborium, przegrody chórowe i maswerki (a raczej wczesnochrześcijańskie transennae, czyli wypełniające okna płyty z cienko szlifowanego, ażurowego marmuru czy alabastru) w oknach. Ostatnim frapującym elementem jest mozaika przedstawiająca króla - podpis głosi, że to Justynian (ale podpis pochodzi z XIX wieku, więc nie należy mu przesadnie ufać). Bardziej prawdopodobne, że to sam Teodoryk. Miło jest spojrzeć w oczy temu niezwykłemu władcy, który w swoich czasach łączył północ z południem i wschód z zachodem w jedyny w swoim rodzaju, twórczy sposób.

Bazylika San Apollinare Nuovo to obowiązkowy punkt na trasie zwiedzania Rawenny. Kościół, w którym mozaiki skrzyły się złotem tak kusząco, że papież Grzegorz Wielki kazał je poczernić, żeby nie rozpraszały modlących się wiernych, dzisiaj również olśniewa. Swoim pełnym harmonii i spokoju wnętrzem, bogactwem form i kolorów i niezwykłą historią, którą wyczytać można z jego mozaik (również między wierszami).

Galeria: 

Rawenna - kościół San Vitale z VI wieku

Przyjeżdżamy do Rawenny prosto z Polski - po kilkunastu godzinach w samochodzie, przeprawie przez Alpy i kilku zmianach pogody. Jest ciepły wieczór, po deszczu, ruszamy w miasto, prosto w rytuał passegiaty - wystrojeni jak do kościoła Włosi spacerują po głównej ulicy miasta, przystają, rozmawiają, śmieją się, jedzą (jedzą dodajmy - kebab, bo właściciele barów i restauracji też są na passegiacie), dzieci biegają plącząc się pod kolanami dorosłych. Tłum uprowadza (bo nie porywa, jesteśmy we Włoszech) nas i płyniemy sobie z nim nie wiedząc gdzie nas prowadzi. Okazuje się, że jest Noc Muzeów, dajemy się ponieść ku oddziałowi Muzeum Narodowego i wśród radośnie śmiejących się grupek, prosto z marszu, wpadamy na rzędy rzymskich i chrześcijańskich sarkofagów, renesansowe Madonny, bizantyjski gruz, na Wielką Historię...

Rawenna to jedno z tych miast, które kiedyś mogły szczycić się mianem stolic świata. Piaszczyste wyspy w lagunie zamieszkałe były już od czasów etruskich, w ręce Rzymu wpadły w II wieku p.n.e. Wielka Historia zagościła w Rawennie po raz pierwszy, gdy w I wieku cesarz Oktawian August zbudował tu potężny port dla swojej śródziemnomorskiej floty - Classe. Ale najważniejszy okres w swojej historii Rawenna przeżywa, gdy w 402 roku zachodni cesarz Honoriusz w obawie przed barbarzyńskimi hordami postanawia przenieść tu stolicę zachodniego cesarstwa z Mediolanu. Port w Classe miał ułatwiać kontrolowanie Morza Śródziemnego i stanowić dogodną drogę ucieczki, kiedy będzie już za późno. A za późno robi się całkiem szybko, bo w 476 Rzym upada, a samozwańczy władca Italii, król Odoaker obiera sobie Rawennę za stolicę. Rawenna przeżywa złoty wiek pod rządami ostogockiego króla Teodoryka, któremu zawdzięcza wiele zabytków o ariańskiej proweniencji, długotrwały pokój i rządy tolerancji (sam król był arianinem). Odbita przez Belizariusza dla bizantyjskiego cesarza Justyniana nie przestaje kwitnąć - Justynian widzi Rawennę jako stolicę odrodzonego Cesarstwa Rzymskiego i inwestuje w jej rozwój. Ale renesans Justyniana nie trwa długo, Biznacjum kurczy się i wycofuje z Zachodu, w VIII wieku Rawennę zdobywają Longobardowie i na tym jej złoty wiek się kończy. Port w Classe zarasta mułem, zabytki niszczeją, miasto się wyludnia, powoli ulega zapomnieniu. Jeszcze stosunkowo niedawno Rawnna była depresyjną prowincją, ale dziś zaczyna odzyskiwać wigor, sprowadził się tu przemysł, a bizantyjskie skarby przyciągają turystów.

Można na Rawennę patrzeć przez pryzmat jej historii, zajrzeć za zasłonę "Wieków Ciemnych", o których tak rzadko mówi się w szkole, a szkoda, bo to okres, w którym kształtowała się Europa - gdzieś pomiędzy spuścizną Rzymu, przyniesionym z Bliskiego Wschodu chrześcijaństwem i plemienną energią barbarzyńców. Można podziwiać jej zabytki - ostatnie wykwity chrześcijańskiego antyku po zachodniej stronie basenu Morza Śródziemnego, ostatnie kostki bizantyjskiej mozaiki przyklejone do włoskiego "buta", świadków zmagań katolickiej ortodoksji i ariańskiej herezji, towarzyszy barbarzyńskich królów, rozbitych między pragnieniem zasymilowania się z kulturowo wyższym Rzymem a zachowaniem odrębności i plemiennej tradycji (tutaj szczególnie polecamy Mauzoleum Teodoryka - zabytek podobny absolutnie do niczego i niepowtarzany). Można dać się uwieść jej prowincjonalnemu urokowi uliczek, kawiarni i cukierni.

Ale dla mnie Rawenna ma znaczenie osobiste. Były takie czasy, kiedy podróże "palcem po mapie" odbywało się bez google maps, street view, wikipedii i niezliczonej ilości stron internetowych na każdy możliwy temat. W tych czasach, zamiast czytać Bravo i ekscytować się losami chłopaków z Backstreet Boys, Michaela Jacksona czy Jona Bon Jovi, ja odbywałam moje podróże placem po mapie przy pomocy starego atlasu geograficznego Polskiego Towarzystwa Kartograficznego, który rozkleił się od zbyt częstego używania i podręcznika do architektury Wilfrieda Kocha, gdzie czarno-białe, schematyczne rysunki musiały wystarczyć do uruchomienia wyobraźni. To właśnie u Wilfrieda Kocha po raz pierwszy spotkałam się z kościołem San Vitale, przeczytałam o jego niezwykłym oddziaływaniu na cały styl romański - i zapragnęłam kiedyś zobaczyć Rawennę. Dziś wiem, że kościół San Vitale nie jest czarno-biały, nie jest tylko bryłą o intrygującym przekroju. Jest feerią kolorów, skrzącym się złotem i zielenią małym cudem świata, z którym może równać się chyba tylko sama Królowa - Hagia Sophia.

Porównanie ze stambulską Królową jest o tyle uprawnione, że oba zabytki mają tego samego duchowego ojca - cesarza Justyniana. Mają też wspólnego starszego brata - kościół św. Sergiusza i Bakchusa w Stambule, którego podobieństwo do San Vitale jest wręcz uderzające. Kościół ufundowany został przez biskupa Ecclesio, przy pomocy finansowej bankiera Giuliano Argentario, jeszcze za czasów panowania Teodoryka. Inspiracja sztuką Bizancjum (które biskup niewiele wcześniej odwiedził) jest ewidentna, szczególnie w centralnym, oktagonalnym założeniu z kopułą. Kościół ostatecznie poświęcił biskup Maksymian, już po odbiciu Rawenny przez Bizancjum. Jego dekoracje i programowe mozaiki doskonale ilustrują politykę kulturalną Justyniana, zakrojoną na umacnianie władzy Konstantynopola i powrót do katolickiej ortodoksji.

Z zewnątrz San Vitale wygląda jak wszystkie inne zabytki bizantyjskie - czyli nijak. Nagie ściany z rudej, płaskiej cegły nie są praktycznie niczym ozdobione, wystające z przysadzistej konstrukcji przyporowe łuki sprawiają trochę pajęcze wrażenie. Ale kościoły bizantyjskie całą swoją potęgę skupiają wewnątrz - perfekcyjnie opanowana sztuka kreowania przestrzeni, gra światłem i przytłaczające swoim bogactwem mozaiki skrzące się wszystkimi kolorami tęczy musiały mieć niezwykłą moc oddziaływania na wiernych. Wchodzimy do San Vitale i okazuje się, że ta moc dalej działa -przynajmniej na nas. Przepiękne przeźrocza empory, z filigranowymi kolumnami umieszczonymi w łukowato wygiętych arkadach, otwierają się na centralną przestrzeń zwieńczoną kopułą. Centralna nawa wraz z kopułą zostały udekorowane w XVIII wieku freskami (cóż, nie można mieć wszystkiego). Warto zwrócić uwagę na kapitele kolumn na pierwszym i drugim poziomie (przydaje się lornetka albo teleobiektyw w aparacie) oraz na relikty mozaik podłogowych. To rozwiązanie przestrzenne stało się inspiracją dla twórców kaplicy cesarskiej w Akwizgranie i większości budowli centralnych epoki romanizmu (przynajmniej tych większych).

Ale to, co najbardziej zwraca uwagę, to prezbiterium, w którym zachowały się kompletne mozaiki, stojące nawet ówcześnie na najwyższym poziomie artystycznym. W konsze apsydy Chrystus w otoczeniu aniołów, świętego patrona - Witalisa - oraz fundatora wręczającego mu model kościoła, króluje siedząc na globie i - zwróćmy uwagę - nie ma brody (to charakterystyczne dla mozaik Rawenny). Po lewej stronie apsydy znajduje się mozaika z przedstawieniem cesarza Justynian w otoczeniu możnych, straży pałacowej oraz w towarzystwie biskupa Maksymiana, po prawej - cesarzowa Teodora i jej damy dworu. Warto zwrócić uwagę chociażby na towarzyszy cesarza - każdy z nich ma indywidualne cechy, mimikę. Po obu stronach prezbiterium mamy sceny biblijne - ofiarę Abrahama, Abrahama przyjmującego trzech aniołów, ofiarę Melchizedeka. Mniejsze przedstawienia starotestametowych proroków, ewangelistów, świętych, aniołów, a także dekoracyjne wizerunki ptaków, pawi, delfinów (!), koszy z kwiatami, dwa miasta - Jeruzalem i Betlejem, a na koniec sklepienie z motywem Agnus Dei - można spędzić długie godziny śledząc detale strojów i elementy krajobrazu ukryte w mozaikach, albo studiując twarze postaci - każda jest bowiem inna i oddana z pietyzmem. Całość sprawia wręcz powalające wrażenie, i widziana z bliska, w detalach, i z daleka, jako jedna, połyskująca tafla jakiegoś niebiańskiego okna, za którym można dojrzeć przebłyski raju. Całości dopełniają panele z ciętego w symetryczne wzory marmuru, którymi obłożone są ściany.

Moglibyśmy spędzić w San Vitale dowolną ilość czasu, ale Rawenna ma jeszcze i inne atrakcje (również bizantyjskie). Dobra rada dla wszystkich podróżujących przez Włochy - skalkulujcie trasę tak, żeby zahaczała o Rawennę. Odnajdziecie tu Wielką Historię, cudną sztukę, wspaniałą atmosferę i mozaiki będące przedsionkiem raju...

Galeria: 

Rawenna - mauzoleum Galli Placydii z V wieku

W Rawennie niczym w soczewce skupia się historia późnej starożytności. Ostatnie chwile świetności Rzymu, polityczne i religijne eksperymenty barbarzyńców, triumfalny powrót i upadek Bizancjum... Ślady tych wydarzeń - jak stratygrafię geologicznych osadów - możemy wyczytać gdzieś z cegieł kościołów i baptysteriów, odnaleźć w żywotach ich fundatorów i budowniczych. Galla Placydia - córka, siostra, matka i żona cesarzy rzymskich, królowa Wizygotów - mogłaby swoim życiorysem obdzielić kilka hollywoodzkich scenariuszy filmowych. W Rawennie pozostawiła po sobie niesamowity zabytek - własne mauzoleum, w którym nie dane jej było spocząć.

Galla Placydia była córką Teodozjusza I - ostatniego cesarza, który skupiał w swoich rękach władzę nad zarówno zachodnią, jak i wschodnią częścią cesarstwa. Chwiejący się w posadach Rzym Teodozjusz próbował ratować sprzymierzając się z Gotami, gorliwie budował pozycję chrześcijaństwa jako religii państwowej, a jego posunięcia były nierzadko tak radykalne, że wszedł w konflikt z biskupem Mediolanu Ambrożym. Śmierć Teodozjusza oznacza kres pewnej epoki - Wschód i Zachód już nigdy potem nie stały się częścią tego samego organizmu państwowego, a ich uniwersa kulturowe zaczęły się rozjeżdżać. Barbarzyńcy chwilowo obłaskawieni znowu - i to tym razem skutecznie - zaatakowali Rzym.

Po śmierci ojca Galla Placydia odesłana została do Rzymu i tam w 410 zastaje ją wojenna zawierucha. Zdobywca Rzymu - Alaryk - zabiera Gallę Placydię jako wojenny łup do (nomen omen) Galii. Wkrótce - dzięki zabiegom dyplomatycznym Honoriusza, który sprzymierzył się z niedawnymi najeźdźcami przeciwko uzurpatorom - zostaje żoną następny Alaryka, Ataulfa i królową Wizygotów. Małżeństwo nie trwa długo, Ataulf zostaje zamordowany a Galla Placydia odesłana do brata, który wydaje ją za dowódcę wojsk chwiejącego się w posadach imperium, Konstancjusza III. U boku bezdzietnego i rozwiedzionego brata zostaje nominalnie cesarzową, a jej mąż zostaje wkrótce współcesarzem, Augustem. Po śmierci brata, a potem męża, w imieniu syna Walentyniana III Galla Placydia rządzi Rzymem samodzielnie. Niezwykła kobieta umiera w Rzymie i tam zostaje pochowana - zbudowane dla niej w Rawennie mauzoleum nie stanie się ostatnim przystankiem jej drogi.

Mauzoleum Galli Placydii oryginalnie było częścią większego kompleksu - Santa Croce - zbudowanego przez cesarzową i przylegało do narteksu kościoła. Malutki i skromniutki z zewnątrz budynek z rudej cegły, ze ścianami zdobionymi w toporne arkadki, z rzymskim fryzem z motywami roślinnymi (winorośl) i zwierzęcymi (pantery) nad wejściem, kryje w sobie jednak niesamowite skarby. Najlepsze porównanie, jakie udało nam się wymyślić dla opisania tego miejsca to - puzderko z klejnotami. Malutki budynek na planie krzyża greckiego olśniewa bowiem złotem mozaik o tak subtelnym rysunku i szlachetnych kolorach, że trudno się nimi nie zachwycić. Zachowany w stanie nietkniętym cykl mozaik tworzy czytelny program i niesie głębokie przesłanie, którego głównym tematem jest zbawienie. Poniżej poziomu mozaik ściany obłożone są marmurem, który w większości pochodzi z XIX wieku, kiedy to wymieniono płyty na nowe.

Centralna mozaika na kopule to granatowe, rozgwieżdżone niebo, w którego centrum znajduje się symbol zbawienia rozświetlający tę ciemną noc - krzyż. W rogach znajdują się alegorie ewangelistów. Główna mozaika arkadowa to przedstawienie Chrystusa jako Dobrego Pasterza. Ubrany w złotą szatę Chrystus bez brody siedzi w otoczeniu baranków wśród skalistego krajobrazu. Kolejne mozaiki przedstawiają apostołów ubranych w rzymskie togi, a u ich stóp gołębie piją wodę z misy (to piękne i subtelne nawiązanie do symbolu wody żywej). Na kolejnej mozaice wodę pije jeleń, a otaczają go go wijące się pędy winorośli. Ostatnia mozaika - wprowadzająca nieco dramatyzmu do tego przepełnionego spokojem miejsca - przedstawia św. Wawrzyńca szykującego się na spotkanie z wielkim grillem, na którym przyjdzie mu umrzeć. Sączące się przez alabastrowe okna światło ożywia złoto gwiazd i granat sklepienia tak, że iluzja nocnego nieba jest bardzo sugestywna. Mozaiki w mauzoleum Galli Placydii są na wskroś Rzymskie, nie ma w nich krzty Wschodu, to ostatnie - i oszałamiające - arcydzieło sztuki paleochrześcijańskiej o tak czytelnych, rzymskich korzeniach.

W mauzoleum znajdują się trzy sarkofagi (chociaż to, czy znajdowały się tam od początku, czy zostały wtórnie umieszczone w średniowieczu nie jest jasne). Jeden - zgodnie z legendą przypisywany Galli Placydii - jest nieskończony, brak mu jakichkolwiek dekoracji czy inskrypcji. Dwa pozostałe - zdobione motywem Baranka - przypisuje się mężowi Galli Konstancjuszowi oraz synowi Walentynianowi.

W mauzoleum Galli Placydii czas na chwilę przestaje płynąć. Mozaiki o kolorach tak żywych, jakby artysta zakończył nad nimi pracę może wczoraj, w zeszłym tygodniu, rok temu, przedstawiają niebo, które - jak historia - nie tylko wydaje się, ale jest na wyciągnięcie ręki. To przepiękna iluzja, w którą warto na chwilę uwierzyć, za którą warto tu przyjechać.

Galeria: 

Rawenna - mauzoleum Teodoryka z VI wieku

Na pożegnanie Rawenny - zabytek jedyny w swoim rodzaju, niemający analogii w ówczesnej architekturze. Niezwykłe połączenie tradycji barbarzyńskiej Północy z rzymskim Południem. Mauzoleum Teodoryka.

Żeby dobrze zrozumieć ten budynek, trzeba lepiej poznać jego "mieszkańca". Teodoryk był synem plemiennego władcy Gotów, ale wychował się jako zakładnik na dworze cesarza w Konstantynopolu. Poznał tam dobrze organizacje dworu bizantyjskiego, kulturę rzymską, ale nigdy na przykład nie nauczył się czytać. Wróciwszy do Italii pokonał Odoakra, pogromcę Rzymu i dosyć okrutnie (po barbarzyńsku można by powiedzieć) się z nim obszedł. Nosił się po rzymsku, w cesarskiej purpurze, utrzymywał iście bizantyjski dwór, dbał o antyczną spuściznę, remontował drogi i akwedukty, utrzymał prawo rzymskie, urządzał igrzyska. Panował ponad trzydzieści lat, które w burzliwych dziejach Italii późnej starożytności i początków średniowiecza były jednymi z najspokojniejszych. Rozwój, tolerancja (Teodoryk - sam arianin dbał o dobre relacje katolickich Rzymian i ariańskich Gotów) i ciągłość, mimo radykalnej zmiany to cechy jego panowania. Jednak myliliby się ci, którzy uznaliby, że Teodoryk zromanizował się całkowicie i wyzbył się temperamentu barbarzyńcy - kiedy pod koniec życia odkrył spisek mający go zrzucić z tronu, spiskowców - a razem z nimi i całej opozycji krytykującej króla - pozbył się z całą bezwzględnością.

Miejsce swojego spoczynku Teodoryk wybrał i zaprojektował łącząc - jak przez całe swoje życie - tradycje rzymskie i barbarzyńskie. Barbarzyńcy nie pozostawili po sobie zabytków architektury murowanej, Teodoryk i jego architekci musieli wykazać się więc inwencją. W rezultacie powstał budynek podobny absolutnie do niczego. Trudno do niego przykładać kategorie stylu, można go nazwać "gockim" (nie gotyckim), ale będzie to w takim razie jedyny gocki budynek w dziejach architektury. Zbudowany w rzymskiej technologii z potężnych ciosów kamiennych budynek zdobiony jest masywnymi arkadami i misternymi fryzami. Ale - niespotykane rozwiązanie - mauzoleum ma dwa piętra. Dolne kryje pomieszczenie na planie krzyża o nieznanym przeznaczeniu. Być może mieli spocząć tu członkowie rodziny króla. Górne to sala, w której znajdowała się urna, w której złożono ciało króla. Dzisiaj urna jest pusta - Bizantyjczycy przenieśli ciało Teodoryka do Konstantynopola. Okrągła sala sklepiona jest kopułą.

To, co w budynku mauzoleum jest najbardziej zaskakujące, to właśnie kopuła. Wykonana z jednego kawałka kamienia ma 11 metrów średnicy, metr grubości i waży kilkaset ton. Takie rozwiązanie konstrukcyjne nie ma analogii w świecie antycznym - być może Teodoryk nawiązał w ten sposób do rytuałów grzebalnych swojego plemienia, do wzorców megalitycznych grobowców królów barbarzyńskich. Do dziś trudno sobie wyobrazić jak kopuła ta została posadzona na budynku. Być może służyły to tego kamienne poprzeczki (podpisane imionami ośmiu apostołów i czterech ewangelistów), wystające z kopuły niczym rogi. Kopuła jest pęknięta - najprawdopodobniej pękła przy okazji jakiś prac konserwatorskich dawno, dawno temu. Nie przeszkadza to rozprzestrzeniać się legendzie, że Teodoryk usłyszeć miał przepowiednię, że umrze od uderzenia pioruna. Zaskoczony przez burzę schronił się do mauzoleum, pod monolityczną kopułę, gdzie wierzył, że nic mu nie grozi. Piorun musiał być więc wyjątkowo zawzięty, a zabijając króla uszkodził kopułę.

Na koniec - bonus track - tzw. Pałac Teodoryka. Niedaleko kościoła San Apollinare Nuovo, przy ulicy, trafiamy na fasadę budynku z VI wieku, opatrzonego tabliczką "Pałac Teodoryka". Najprawdopodobniej jednak nie jest to żaden pałac - funkcja budynku nie jest do końca znana, niektórzy utrzymują, że mogła być fasadą narteksu kościoła San Salvadore. Piętrowa fasada zdobna arkadkami kryje wewnątrz fragmenty mozaik w geometryczne kształty. Umiejscowienie prawdziwego pałacu Teodoryka nie jest dzisiaj znane (najprawdopodobniej znajdował się gdzieś w okolicach kościoła San Apollinare Nuovo) - to ta rzadka sytuacja, kiedy wiemy, jak jakiś budynek wyglądał (dzięki mozaikom w San Apollinare Nuovo), ale nie wiemy, gdzie go szukać.

Żegnamy się z Rawenną i ruszamy dalej, do Toskanii. Ale Rawenna na zawsze pozostanie na naszej top-liście tych miejsc, gdzie Wielka Historia objawiła swój splendor w pewnym momencie dziejów - ...i też powędrowała dalej. W Rawennie można spędzać czas na podziwianiu zabytków sztuki, ale też poznawać historię, o której nie mówi się w szkołach, chociaż to formatywny moment w historii post-starożytnej Europy, który ukształtował ją taką, jaką dzisiaj jest.

Galeria: