Włochy Północne

Włochy Północne - zwykle mija się ten region w drodze na narty w Dolomity, czy dalej, na południe, do Toskanii, Rzymu czy Neapolu. Ale tu też, w tętniących życiem miastach, jak Mediolan, ale też w małych miasteczkach, jak Asti, odnaleźć można romańskie perełki. "Wieki Ciemne", czyli wczesne średniowiecze, pomiędzy upadkiem Rzymu a czasami Karola Wielkiego - to czas Wędrówki Ludów, barbarzyńskich władców, efemerycznych królestw, zapomnianych chrześcijańskich wyznań, w jednych sferach życia regresu, w innych - niesamowitego rozwoju i intensywnej wymiany kulturowej między Wschodem a Zachodem, Północą a Południem. Historię "Wieków Ciemnych" najlepiej poznawać w Rawennie, gdzie w czasach chrześcijańskiego chociaż heretyckiego a do tego barbarzyńskiego władcy Teodoryka i w następujących bezpośrednio po nich czasach wielkiego powrotu Biznacjum w osobie cesarza Justyniana, powstawały niezwykłe zabytki, które na długo wyznaczyły trendy w architekturze, dając romanizmowi solidne podstawy. Włochy Północne - jakże różne od spalonego słońcem, śródziemnomorskiego południa, ale równie ciekawe, obdarzone bogatą historią, wspaniałą sztuką lombardzkiego romanizmu, cudowną kuchnią (ach te szparagi po mediolańsku!), krajobrazami z majaczącymi na horyzoncie Alpami - zapraszamy na kolejną wyprawę!

Asti - krypta kościoła San Anastasio z VIII-XII wieku

Asti to niewielkie miasteczko w Piemoncie znane głównie z wina - to stąd pochodzi słynna Barbera d'Asti i Moscato d'Asti. Miasteczko o tyle sławne wśród wielbicieli nebbiolo, co dziwnie turystycznie niewyeksploatowane. Trafiamy tu na początku sezonu, ale rzesz turystów jakoś nie widać. Podziwiamy więc w spokoju senne uliczki, lodziarnie, kawiarnie, wystające zza kamieniczek wieże mieszkalne. I oczywiście zabytki romańskie.

Jednym z bardziej niezwykłych zabytków Asti jest muzeum San Anastasio - gigantyczne lapidarium pozostałości po benedyktyńskim opactwie sięgającym w swojej historii głębokiego średniowiecza. Sporo pozostało tu gruzu - masywnych romańskich kapiteli, rzeźb (wyróżnia się niezwykły tympanon z Chrystusem przypominającym buddyjskiego mnicha), ale też gotyckich i późniejszych pozostałości. Ale największą atrakcją muzeum jest cudem zachowana - podobno oszczędzono ją po to, by składować tu wino - krypta, swoimi początkami sięgająca VIII wieku. Poza tym archeolodzy wypreparowali tu z gruntu fragmenty fundamentów kościoła klasztornego, sięgające VII wieku cmentarzysko, pozostałości rzymskich domów, a nawet kawałek rzymskiego bruku.

Początki krypty sięgają czasów lombardzkiego króla Litupranda, który według jednej z legend miał sprowadzić tu relikwie męczennika. Najstarsza część krypty pochodzi właśnie z czasów lombardzkich, czyli z VIII wieku. Wsparta na sześciu filarach trójnawowa krypta zachwyca bogactwem kapiteli, które pamiętają jeszcze czasy rzymskie (najprawdopodobniej pochodzą z rozebranych wówczas rzymskich budowli). Krypta została rozbudowana w XII wieku. Cały kompleks benedyktyński przechodził w swojej historii liczne przebudowy, żeby wreszcie trafić w ręce prywatne, a potem na własność miasta. Decyzję o rozebraniu podupadającego opactwa podjęto na początku XX wieku.

Muzeum San Anastasio przynosi przyjemny chłód po popołudniowym upale. Teraz, kiedy wieczór pozwala odetchnąć, należy znaleźć jakieś miłe miejsce, gdzie wśród śmiechu i wesołego pokrzykiwania można napić się Barbery i spróbować piemonckich smakołyków.

Galeria: 

Asti - krypta kościoła San Secondo z VI-VII wieku

Na Piazza di San Secondo można posiedzieć przy kawie, nakarmić gołębie albo zjeść lody. Można też dla ochołdy schować się w cieniu kolegiaty San Secondo, a przy odrobinie szczęścia - nawet zajrzeć do niezwykłej krypty z VI-VII wieku.

Obecny kościół pochodzi z XIII wieku i można go nazwać romański-gotyckim. W trakcie swojej historii kościół przechodził też liczne przebudowy. Fasada, jaką dzisiaj możemy podziwiać, pochodzi z wieku XV i stanowi dość udany mariaż gotyku z renesansem. W swojej bryle kościół zachował typowy lombardzki układ z trzema nawami i i wieżą nad skrzyżowaniem naw. Najstarsze elementy kościoła to dwa pierwsze filary, które nie układają się w linię prostą z pozostałymi filarami i są pozostałościami po pierwotnej fasadzie kościoła oraz ściana dzwonnicy z X wieku (pozostałość po jeszcze starszym kościele). Warto poprzyglądać się kapitelom filarów, bo wśród nich znajdziemy również i romańskie. W kaplicach prawej nawy bocznej można podziwiać relikty fresków z XIII wieku.

Ale nas najbardziej interesuje krypta - najstarsza część kościoła, pozostałość po jeszcze starszym, preromańskim kościele. Według legendy to miejsce męczeństwa i pochówku patrona Asti, św. Sekundusa. Krypta została rekonstruowana i powiększona w XVII wieku, przy użyciu rzymskich i renesansowych pozostałości. Najciekawsze i najstarsze jest samo jądro krypty z VI-VII wieku - niewielkie pomieszczenie oddzielone kratą, ozdobione kolumienkami w rogach i otoczone obejściem. Tu znajduje się XV-wieczny relikwiarz skrywający kości świętego. Warto przyjrzeć się kapitelom kolumienek z prostymi (żeby nie powiedzieć prymitywnymi) przedstawieniami liści. Krypta zwykle jest zamknięta, ale wystarczy odszukać kustosza, który pogrążony w myślach siedzi pewnie w jednej z kaplic, żeby wejść do tego niezwykłego reliktu.

Położony w samym centurm miasteczka kościół San Secondo to obowiązkowy przystanek na strasie niespiesznego spaceru przez uliczki Asti.

Galeria: 

Mediolan - bazylika San Ambrosio od IV wieku

Mediolan to olbrzymie, tętniące życiem miasto, nowoczesne i aspirujące do miana jednej z europejskich metropolii. Można dostać tu zawrotu głowy od ilości zabytków i atrakcji turystycznych. Ale my doskonale wiemy, gdzie się kierować - zmierzamy prosto do bazyliki San Ambrosio, będącej kanonicznym przykładem, a nawet kamieniem węgielnym lombardzkiego romanizmu...

Bazylika San Ambrosio to dzieło św. Ambrożego, zbudowana w ramach jego szeroko zakrojonego projektu promocji katolickiej (a w zasadzie wówczas - nicejskiej) ortodoksji przeciwko rosnącemu w siłę arianizmowi. Św. Ambrożemu przypisywane jest zbudowanie 4 kościołów w Mediolanie, ale to jego zapał kaznodziejski przysporzył mu rzesze zwolenników. Dzisiejsza bazylika San Abrosio, gdzie święty został pochowany, początkowo zbudowana została jako Basilica Martyrum, gdzie umieszczono relikwie św. Gerwazego i Protazego (można je zresztą do dzisiaj zobaczyć, ale jest to doświadczenie dla osób o mocnych nerwach). Zbudowana w IV wieku bazylika została rozbudowana najpierw w IX wieku, następnie w wieku XI w zasadzie zbudowana od nowa w klasycznym, romańskim stylu, chociaż wiele rozwiązań i elementów dekoracyjnych zachowało się z dawniejszych czasów.

Wieżę kościoła, tę wyższą, bo kościół ma dwie wieże, widać już z daleka, a to przez olbrzymią reklamę smartfona Galaxy rozwieszoną na kampanili. Wieża - ta wyższa - zwana jest "wieżą kanoników", w przeciwieństwie do drugiej, niższej, "wieży mnichów". To rozróżnienie pochodzi z czasów, gdy kościół dzieliły dwie wspólnoty monastyczne. Udało nam się zdążyć tuż przed siestą, strażnik z kluczami już niespokojnie rozgląda się, czy strumyczek turystów przypadkiem nie wysycha. Wchodzimy na dziedziniec, gdzie milkną odgłosy miasta i spowija nas cisza. Harmonia, idealne proporcje, uspokajający rytm arkad, biel kamienia i czerwień rudej, spłowiałej cegły - podziwiamy wczesnochrześcijański koncept atrium, gdzie gromadzili się katechumeni, w jego najszlachetniejszej postaci. Przysadzisty szczyt z szerokimi arkadami dopełnia atrium od strony zachodniej. W narteksie warto spędzić trochę czasu podziwiając kamieniarkę portalu. Portal zachodni dekorowany jest niesamowitą ilością rzeźb, w których charakterystyczne, lombardzkie motywy - szeroko rozumiane bydło - sprawia konfundujące wrażenie (szczególnie wspinające się po kolumnach krowy).

Wnętrze - majestatyczna nawa główna z potężnym sklepieniem krzyżowo-żebrowym i emporą nad nawami bocznymi kończy się równie potężną apsydą z mozaiką przedstawiającą Chrystusa Pantokratora. Brak tutaj transeptu. Wewnątrz warto zwrócić uwagę na pulpit - poskładany ze starszych pozostałości, postawiony na rzymskim sakrofagu, z wykorzystaniem starszych, karolińskich rzeźb. Płaskorzeźba z przedstawieniem Ostatniej Wieczerzy, to druga najsłynniejsza Ostatnia Wieczerza w Mediolanie - ta pierwsza, autorstwa Leonarda da Vinci, znajduje się w kościele Santa Maria della Grazie i żeby ją zobaczyć trzeba się wpisać na listę najlepiej z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Z karolińskich skarbów wymienić należy złoty Ołtarz św. Ambrożego w prezbiterium, stojący pod bogatym baldachimem cyborium. Pod prezbiterium znajduje się krypta, gdzie złożono ciała św. Gerwazego i Protazego. Można je do dzisiaj oglądać za szybą, ubrane w bogate szaty, jest to jednak przeżycie nieco ekstremalne.

Do prezbiterium przylegają kaplice - m.in. San Vittore in ciel d'oro - bogato zdobiona mozaikami kaplica z IV wieku, w której pogrzebani zostali męczennicy św. Wiktor i św. Satyr. Kaplica - jak złote pudełeczko - przeszła w XIX wieku gruntowną renowację. Można tu odnaleźć jeszcze motywy pogańskie, IV wiek to bowiem okres, w którym jeszcze żywe jest dziedzictwo antyku.

Zanim wejdzie się na dach mediolańskiej katedry, zje risotto z szafranem albo pojedzie na zakupy do jednego z licznych outletów (w których pasek albo torebusię znanej marki można kupić przecenione z 1000 euro jedynie do skromnych 300 euro), należy bezwzględnie odwiedzić bazylikę San Abrosio. Ze względu na jego bogatą historię, która przez osobę św. Ambrożego wywarła olbrzymi wpływ na chrześcijaństwo tamtego okresu, oraz ze względu na elegancję, piękno i harmonię samej bryły i jej nietuzinkowe dekoracje. My za to wracamy do Gorgonzoli, by lepić makaron, pić wino i snuć gawędy o włoskiej kuchni z Magdą, autorką kultowego bloga Cucinissima i Mateuszem. Pozrawiamy serdecznie Gorgonzolę znad talerza parujących orechiette!

Galeria: 

Pawia - bazylika San Michelle Maggiore z XI/XII wieku

Pawia to jedno z tych - dzisiaj sennych i prowincjonalnych - miasteczek, w których kiedyś objawiła się Wielka Historia i pozostawiła po sobie wielki zabytki. Dawna stolica państwa Longobardów - choć trudno to sobie wyobrazić snując się po wyludnionych sjestą uliczkach - rywalizowała kiedyś z Mediolanem. Listę zabytków Pawii otwiera renesansowa katedra - jeden z największych (trzeci co do wielkości) i najdziwniejszych kościołów Włoch. Zaprojektowana z rozmachem, który pokonał wykonawców, jest dowodem na to, że geniusz najlepiej, jeśli pracuje sam. Przy projektach katedry pracowali mistrzowie tacy, jak Leonardo da Vinci i Bramante, ale zamysłu mistrzów nigdy nie udało się do końca zrealizować, kolejne pokolenia architektów (łącznie z architektami Mussoliniego, co nie wyszło kościołowi na dobre) dokładały swoje, w rezultacie dziś katedra bardziej straszy, niż zachwyca. Wnętrze ma urok dworca kolejowego, a nigdy nie ukończone fasady szczerzą w niebo wyszczerbione zęby cegieł. Ale nie o katedrze miało być...

Kościół San Michelle powstał w miejscu dawnej kaplicy pałacowej longobardzkich królów na przełomie XI i XII wieku i jest jednym z założycielskich kościołów lombardzkiego romanizmu. Wpadamy tam tuż przed rozpoczęciem sjesty. Uzbrojony w pęk kluczy kustosz rusza ku nam żwawym krokiem - już rzedną nam miny, zaraz pewnie zostaniemy wyproszeni prosto w skwar południa... Ale nie, kustosz perorując po włosku prowadzi nas do prezbiterium, gdzie odsuwa dywan i pokazuje nam jeden z najcenniejszych zabytków bazyliki - mozaikę, na której klęczeli oprócz lombardzkich królów, cesarze Ludwik III i Fryderyk Barbarossa przyjmując lombardzką koronę. Siedzący na tronie król w otoczeniu przedstawień miesięcy (motyw antyczny) w spłowiałych odcieniach różu i szarości robią o niebo większe wrażenie, niż cała katedra razem wzięta.

Bazylika San Michelle Maggiore składa się z trójnawowego korpusu nawowego z emporą, potężnego transeptu (skrzyżowanie naw przekryte jest kopułą osadzoną na ośmiobocznym bębnie doświetlonym okienkami) i podniesionego prezbiterium zakończonego potężną apsydą. Pod prezbiterium znajduje się elegancka i całkiem spora krypta, urzekająca lasem smukłych kolumienek o bogato zdobionych kapitelach. Zejścia do krypty znajdują się po obu stronach schodów prowadzących do podwyższonego chóru. Nawa przekryta jest sklepieniem krzyżowym, opartym na potężnych filarach międzynawowych o równie bogatych zdobieniach kapiteli. Wnętrze, w którym domunują dwa kolory - szary kamień i ruda cegła - jest urzekająco surowe i nieco przykurzone, zwracają uwagę relikty fresków oraz wspaniały, karoliński krucyfiks z metali szlachetnych.

Na zewnątrz warto poświęcić trochę czasu fasadzie. Dekoracje rzeźbiarskie portalu i reszty fasady są niezwykle bogate, ale też niestety bardzo zniszczone - miękki piaskowiec miał ucierpieć w wyniku intensywnego gradobicia stosunkowo niedawno. Przysadzista fasada bez wież ma niezwykle harmonijne proporcje, z rzędami arkadek na górze i trzema portalami na dole, oraz poziomem biforiów pośrodku. Dekoracje portalu są wręcz powalające - fantastyczne stwory, ptaki, syreny, trytony, maski i wizerunki ludzi, nie mogło zabraknąć też oczywiście typowo lombardzkiego bydła, a wszystko to ginące w roślinnych wiciach i liściach. Nam niektóre stwory przypominały postacie ze skandynawskich baśni i sag, ale może to tylko nasze skojarzenie. Niektóre kształty już się zatarły i można się tylko domyślać , co przedstawiają, ale to czyni studiowanie fasady jeszcze bardziej fascynującym.

Pawia to dzisiaj senne miasteczko, ale nie należy jej nie doceniać. Wszystkim tym, którzy tu dotrą, odkrywa swoje skarby - między innymi bazylikę San Michelle Maggiore, z cudowną mozaiką, którą wycierały przez wieki najznamienitsze kolana, i bestiarium w fasadzie. Warto wybrać się tutaj, by odpocząć od wielkomiejskiego Mediolanu i zasmakować włoskiej prowincji obdarzonej romanizmem najwyższej próby.

Galeria: 

Pawia - bazylika San Pietro in Ciel d'Oro z XII wieku

W Pawii Wielka Historia daje o sobie znać na każdym kroku. Ledwo wróciliśmy z niesamowitej bazyliki San Michelle Maggiore, gdzie na mozaice w kolorach spłowiałego różu i błękitu klęczał Fryderyk Barbarossa, gdy pora przyszła spotkać kolejną wielką osobistość średniowiecza - a może raczej późnego, chrześcijańskiego antyku? Tuż przy bramie Cytadeli, nieco na uboczu starego miasta, stoi bazylika San Pietro in Ciel d'Oro - miejsce spoczynku św. Augustyna...

Jak szczątki biskupa z Hippony trafiły do Pawii? Z Afryki, wraz z wygnanymi przez ariańskich Wandalów biskupami, trafiły do Cagliari na Sardynii, skąd - w obawie przed Saraceńskimi piratami - król Lombardii Lituprand zabrał je do Pawii i złożył w kościele, który był poprzednikiem bazyliki. Kościół św. Piotra wspominany jest już w VII wieku, ale dzisiejszy budynek pochodzi z XII wieku. W XIV wieku papież mianował strażnikami relikwii św. Augustyna Augustianów, z tego okresu pochodzi też wspaniały, gotycki nagrobek świętego - Arca di Sant'Agostino. Jednak mnisi napotkali jednak nie lada problem - nie byli w stanie zidentyfikować szczątków swojego patrona! Legenda mówi, że pracujący w krypcie kamieniarze natrafili w pewnym momencie na marmurową skrzynkę, w której znajdowała się następna skrzynka, a w niej jeszcze następna, zawierająca fragmenty kości. Chociaż robotnicy byli niepiśmienni, legenda zarejestrowała, że na ostatniej skrzyni napisane było węglem imię świętego. Niemniej wokół relikwii św. Augustyna wciąż nie brakowało kontrowersji, na co pewnie wpływ miał też fakt, że dwa przylegające do kościoła klasztory zamieszkiwały dwie konkurujące ze sobą społeczności mnisie żyjące wg reguły św. Augustyna - Augustianie i Kanonicy Laterańscy, spierający się o relikwie swojego świętego patrona.

Sam kościół przeżywał równie burzliwe losy, co relikwie św. Augustyna. W czasach napoleońskich kościół został zamieniony na magazyn, popadł w ruinę, a mnisi uciekli do Mediolanu, zabierając ze sobą relikwie oraz Arkę. Złożone bezpiecznie w mediolańskiej katedrze wróciły na miejsce dopiero pod koniec XIX wieku, kiedy to kościół poddano gruntownej renowacji i reromanizacji.

O bogactwie kościoła w czasach jego świetności najlepiej świadczy jego nazwa San Pietro in Ciel d'Oro - "złote niebo", o jakim mowa mogło odnosić się do złotej mozaiki w apsydzie lub innych złotych dekoracji. Zbudowany wg kanonicznych zasad lombardzkiego romanizmu składa się z trójnawowego korpusu nawowego, krótkiego transeptu, kopuły nad skrzyżowaniem naw, trzech apsyd i krypty. Budynek zbudowany jest z cegły, z elementami białego piaskowca, z którego wykonano najpiękniejsze elementy dekoracyjne, m.in. smukły i elegancki portal. Charakterystyczna, przysadzista fasada ze ślepą galeryjką na szczycie, dwoma poziomami okien oraz portalem flankowanym przez dwie ślepe arkady, jest niezwykle harmonijna. Misternie rzeźbione w roślinne i kwiatowe motywy wałki archiwolt portalu wydają się ulepione z ciasta. Latarnia i apsyda zdobione są ślepymi galeryjkami z arkadek. Pierwotnie przed kościołem znajdował się narteks.

Wewnątrz zwraca uwagę przysadziste sklepienie wsparte na potężnych filarach międzynawowych. Wnętrze jest nieco mroczne, monumentalne. Podniesione prezbiterium skupia uwagę na grobowcu świętego Augustyna, marmurowym, gotyckim arcydziele. Fresk w apsydzie jest dziewiętnastowieczny, pochodzi z czasów renowacji kościoła. Klasyczne, lombardzkie rozwiązanie z kopułą na skrzyżowaniu naw, doświetloną okienkami bębna, sprawia, że prezbiterium skupia światło i zdaje się świetlistą plamą w ciemnym wnętrzu. Potężną apsydę główną flankują przylegające do transeptu mniejsze apsydy boczne.

Warto zejść do krypty - jak na lombardzki kościół przystało obszernej i bogato zdobionej. Znajdziemy tu grobowiec Boetiusa, filozofa późnego antyku, który znalazł swoje miejsce w Raju Dantego.

W nawie głównej, pod posadzą pochowany jest też sam król Lituprand. Z ciekawostek wymienić należy sześciokątną mozaikę posadzkową w apsydzie. Z oryginalnych, a nawet późniejszych dekoracji, niewiele (a w zasadzie prawie nic) się nie zachowało, za co podziękować należy żołnierzom pewnego niewysokiego mieszkańca Korsyki z zamiłowaniem do potężnych kapeluszy.

Będąc w Pawii nie sposób nie zajrzeć tu chociaż na chwilę - żeby popodziwiać jeszcze jeden przykład lombardzkiego romanizmu, ale też, żeby podumać przez chwilę nad grobem jednej z najważniejszych postaci późnego antyku, średniowiecza i całego zachodniego chrześcijaństwa.

Galeria: 

Pawia - kościół San Teodoro z XII wieku

Kościół San Teodoro sprawia wrażenie młodszego, biedniejszego kuzyna bazyliki San Michelle Maggiore. Ten sam schemat, ten sam koncept fasady, tylko mniej rozbuchanych dekoracji. I mniej turystów...

Kościół San Teodoro stanął w XII wieku w miejscu dawniejszej świątyni z VIII wieku, poświęconej św. Agnieszce. Wezwanie św. Teodora - biskupa i patrona Pawii - otrzymał później. Przebudowywano go w wieku XVI i XVII, a w wieku XIX przywrócono mu jego pierwotną formę. Potężna bryła z różowawej cegły uzupełnianej gdzieniegdzie w celach dekoracyjnych białym kamieniem, widoczna jest już z daleka. Wieże - zarówno ta nad skrzyżowaniem naw, kryjąca kopułę, zdobna w elegancką galeryjkę, jak i nowsza kampanila, wystają nad poziom kamieniczek. Fasada - skromniejsza, niż ta należąca do San Michelle Maggiore, czytelnie nawiązuje do swojej starszej kuzynki. Ten sam przysadzisty szczyt z galeryjką i triforium (rekonstruowanym) pośrodku. Skromny portal dopełnia całości.

Wnętrze jest jeszcze bardziej przykurzone, niż wnętrze San Michelle Maggiore - osmalone, zszarzałe, spłowiałe ściany i sklepienie nadają wnętrzu surowy, archaiczny wręcz charakter. Trójnawowy, przysadzisty korpus bez empory kryty jest masywnym sklepieniem krzyżowym spoczywającym na potężnych filarach. Transept kryty jest kolebką, a nad skrzyżowaniem naw wznosi się ośmioboczna kopuła posadzona na bębnie i doświetlona okienkami. Do transeptu przylegają trzy apsydy. W zasadzie cały transept jest mocno podniesiony, a to po to, by pomieścić pod swoim poziomem piękną kryptę, z kapitelami rzeźbionymi w motywy twarzy. Całość wieńczy majestatyczna apsyda główna.

W kościele zachowało się kilka ciekawych zabytków - w północnym ramieniu transeptu znajdziemy XVI-wieczne freski z ilustracjami żywota św. Agnieszki, a w północnym - św. Teodora. Najciekawszy fresk przedstawia widok Pawii, z wieżami mieszkalnymi i murami obronnymi - daje on dobre wyobrażenie, jak wyglądały włoskie miasta kilkaset lat temu. XIII-wieczne freski zachowały się też na niektórych filarach. Zachowały się też relikty mozaiki podłogowej z XIV/XV wieku.

Kościół San Teodoro to klasyczny przykład lombardzkiego romanizmu, inspirowanemu sąsiednim kościołem św.Michała. Dla odwiedzających Pawię - przyjemny przystanek w trakcie nieśpiesznego spaceru. Można tu znakomicie odpocząć, bo nie ma tu dosłownie nikogo. Zapatrzeć się w ośmioboczną kopułę i odpłynąć...

Galeria: 

Rawenna - baptysterium ariańskie z V wieku

Ostrogocki król Teodoryk sam był arianinem, ale zwolennikiem religijnej tolerancji. I tak za jego czasów dwie wspólnoty - ariańska i ortodoksyjna żyły obok siebie w pokoju, chociaż odseparowane. Dzisiaj baptysterium ariańskie wydaje się trochę opuszczone, odarte ze swoich mozaik, puste, martwe. Ale jest to świadek niezwykłych czasów, pozostałość po zapomnianym wyznaniu, które u początków chrześcijaństwa jako religii masowej stanowiło realną konkurencję dla chalcedońskiej ortodoksji.

Nauki Ariusza kwestionowały naukę o współistotności Ojca i Syna, a przez to stawiały pod znakiem zapytania całą koncepcję Trójcy Świętej. Syn - jako stworzony przez Ojca i Duch Święty, jako tegoż Ojca emanacja, w swojej istocie byli podporządkowani Ojcu, który jako jedyny ma w pełni boską naturę, bo jest wieczny i niezrodzony. Nauki te były nie do przyjęcia dla ortodoksów i zostały potępione przez sobór nicejski w IV wieku. Nie przeszkodziło to arianizmowi szeroko się rozprzestrzeniać, również wśród barbarzyńców - Wandalów, Gotów, ale też w Afryce i Azji. Powstające w Europie i Afryce barbarzyńskie państwa były ostoją arianizmu, nie zapominajmy też, że cesarz Konstantyn przyjął chrzest z rąk ariańskiego biskupa Euzebiusza z Nikomedii.

Arianizm przegrał jednak walkę z ortodoksją, barbarzyńskie państwa upadały jedno po drugim, podczas gdy ostoja ortodoksji - Bizancjum trwało niczym skała, chociaż kurczyło się wyraźnie. w Afryce i Azji kres wspólnotom ariańskim przyniosła ekspansja Islamu w VII i VIII wieku - zmęczone nieustannymi sporami i wojnami o charakterze religijnym całe wspólnoty chrześcijańskie wraz z biskupami przechodziły masowo na Islam (uznawany wówczas za chrześcijańską sektę, a było ich przecież w tamtych czasach wiele) licząc na pokój i stabilizację. W Europie - skłócone i niestabilne państewka barbarzyńskie upadały targane wewnętrznymi konfliktami lub podbijane przez rodzącą się nową siłę - Franków, którzy, jako jedyne z barbarzyńskich plemion, przyjęło chrzest ortodoksyjny. Kto wie, jakby wyglądała Europa, gdyby Chlodwig przyjął chrześcijaństwo ariańskie? Nigdy się nie dowiemy i trudno byłoby nawet spekulować.

Baptysterium ariańskie zbudowane za czasów Teodoryka było częścią większego kompleksu, którego centrum stanowiła ariańska katedra Hagia Anastasis (dzisiaj kościół Spirito Santo, niestety przebudowany w XV wieku i nic w nim z jego bizantyjskich dekoracji nie przetrwało). Kiedy Rawenna wróciła w ręce Bizancjum w VI wieku, baptysterium zostało przekształcone w oratorium pod wezwaniem Santa Maria in Cosmedin. Na początku XVIII wieku przeszło w prywatne ręce, by w XX wieku zostać własnością państwa. W czasie nalotów alianckich zabudowania wokół baptysterium zostały zniszczone, co paradoksalnie pomogło wyeksponować budynek, który następnie udostępniono do zwiedzania.

Niewielki i niepozorny oktagonalny budynek z rudej cegły znajduje się dzisiaj ponad 2 metry poniżej poziomu ulicy. Wewnątrz pustka i nagie ściany sprawiają nieco przygnębiające wrażenie (tak, można odczuć, że to zabytek wymarłej kultury). Ale wystarczy spojrzeć w górę, by dać się na chwilę olśnić przebłyskowi życia. Kopułę pokrywa wspaniała mozaika przedstawiająca chrzest Chrystusa w Jordanie. Młody, nagi Chrystus (bez brody) stoi po pas w wodzie, w towarzystwie ubranego w skórę Jana Chrzciciela i starego człowieka będącego alegorią Jordanu. Jan polewa głowę Chrystusa wodą, a nad nimi krąży Duch Święty pod postacią gołębicy. Scenę chrztu otaczają apostołowie trzymający w rękach korony (tylko św. Piotr trzyma w ręku klucze, a św. Paweł zwój). Apostołowie otaczają kręgiem tron Chrystusa, na którym znajduje się krzyż i purpurowa szata - symbole cierpienia. Mozaiki w baptysterium ariańskim uznaje się za inspirowane innymi mozaikami - tymi w starszym o wiek baptysterium ortodoksów.

Baptysterium ariańskie nie jest może najbardziej oszałamiającym zabytkiem Rawenny - niewiele się tu zachowało, a same mozaiki nie mogą równać się tym z San Vitale czy San Apollinare Nuovo. Ale jest to miejsce, gdzie można zadumać się na chwilę nad meandrami historii, która w takich miejscach jak to, zaczyna jawić się zupełnie inaczej. Historię piszą zwycięzcy, stąd dobrze znamy historię Bizancjum czy imperium Karolingów. Ale tu, na chwilę możemy popatrzeć na historię z perspektywy tych, którym nie dane było przetrwać.

Galeria: 

Rawenna - baptysterium ortodoksów z IV/V wieku

Budynek, o którym mowa, ma wiele nazw - mówi się o nim baptysterium ortodoksów (dla odróżnienia od baptysterium ariańskiego), baptysterium katedralne (bo należało do katedry), baptysterium neonianum (bo mozaiki wewnątrz baptysterium ufundował biskup Neon). To najstarszy zabytek chrześcijańskiej Rawenny, pochodzący z czasów upadku Imperium Rzymskiego. Charakterystyczny, ośmiokątny budynek z rudej cegły z czterema niszami i gładkimi ścianami zdobionymi czymś w rodzaju protolizen, wchodził w skład kompleksu katedralnego ufundowanego przez biskupa Orso. Z ktatedry nic już w zasadzie nie pozostało, przebudowywana wielokrotnie została w końcu rozebrana w XVIII wieku i zastąpiona nową, klasycystyczną budowlą. Baptysterium i katedrze towarzyszy kampanila z X wieku. Do baptysterium schodzimy po schodach, grubo ze trzy metry poniżej poziomu ulicy. Cudownie zachowane wnętrze (restaurowane w XIX wieku) daje dobre wyobrażenie o tym, czym był antyk chrześcijański - dekoracje są jeszcze antyczne w formie, a już chrześcijańskie w treści. Przede wszystkim zwraca uwagę mozaika na kopule, przedstawiająca chrzest Jezusa w Jordanie - nagi Chrystus stoi po pas w wodzie, Jan polewa mu głowę wodą, nad nimi unosi się Duch Święty w postaci gołębicy, a alegoria Jordanu spieszy przez wodę z zieloną szatą. Dookoła znajdują się wizerunki apostołów (każdy jest inny, ma cechy indywidualne). Poniżej znajdują się przedstawienia ołtarzy z otwartymi księgami oraz tronów - być może to nawiązanie do motywu oczekiwania na królowanie Chrystusa, ale przesłanie tych mozaik nie jest do końca jasne. Mozaiki ufundował w V wieku biskup Neon, od którego baptysterium uzyskało jedną ze swoich nazw. Poniżej mozaik, na poziomie okien, znajdują się nisze wypełnione przedstawieniami 16 starotestamentowych proroków, dekorowane stiukami i malowanymi motywami roślinnymi. Te dekoracje również ufundowane zostały przez Neona. Poniżej - znowu mozaiki, a w w niszach - ołtarz i waza z V/VI wieku. Na środku baptysterium znajduje się oktagonalny basen chrzcielny, rekonstruowany w XVI wieku, ale z oryginalnych części. Ambona wykonana z jednego kawałka marmuru i powchodzi z V wieku. Z katedrą, a więc i z baptysterium, sąsiaduje Muzeum Archidiecezjalne, zajmujące budynki dawnego pałacu arcybiskupiego, w którym - choć był wielokrotnie przebudowywany - zachowała się w stanie nietkniętym prywatna kaplica biskupia z V wieku (obowiązywał zakaz fotografowania, więc zdjęć nie będzie). Kaplica San Andrea to niewielkie pomieszczenie na planie krzyża pokryte prawie w całości mozaikami, poprzedzone niewielkim przedsionkiem sklepionym kolebką (również pokrytym mozaikami). Wizerunki świętych, ewangelistów, Chrystus-wojownik, czy rozgwieżdżone niebo na sklepieniu apsydy, a także liczne, drobne a urocze motywy - lilie, ptaki, kwiaty - na długo zapadają w pamięć. Muzeum warto zwiedzić również dla jego bogatych zbiorów, z których wymienić należy chociażby tron biskupa Maksymiana wykonany z kości słoniowej w VI wieku. Baptysterium ortodoksów to wspaniały, kompletny przykład antyku chrześcijańskiego, jakiego nie znajdziemy w Rzymie. Wspaniałe miejsce, w którym poczuć można ducha czasów, w których historia powoli przestawiała się na nowe tory. I do tego te mozaiki!

Galeria: 

Rawenna - bazylika San Apollinare Nuovo z VI wieku

W Rawennie poszukiwacze skarbów dostać mogą zawrotu głowy. Skarbów różnie rozumianych - bezcennych zabytków z czasów rzymskich, barbarzyńskich i bizantyjskich, ale też złota i drogich kamieni. A najciekawsze jest to, że nie sposób oddzielić jedne od drugich, bo zwykle występują łącznie. Bazylika San Apollinare Nuovo to właśnie jeden z takich skarbów - kapiący złotem, skrzący się wszystkimi kolorami tęczy zabytek pochodzący z czasów Teodoryka...

Bazylikę - wówczas pod wezwaniem Chrystusa Zbawiciela - ufundował ostrogocki król Teodoryk dla wspólnoty ariańskiej na początku VI wieku. Kiedy Rawenna trafiła z powrotem w ręce Bizancjum, bazylika została ponownie konsekrowana jako świątynia katolicka, mozaiki ocenzurowano (na przykład w całości pozbyto się mozaik w apsydzie jako zbyt ariańskich w swojej wymowie), nadano jej też nowe wezwanie - św. Marcina z Tours (znanego z zapału do tępienia herezji). Wezwanie św. Apolinarego bazylika uzyskuje w IX wieku, kiedy trafiają tu relikwie św. Apolinarego przeniesione z kościoła w Classe. Atakowany przez adriatyckich piratów port w Classe powoli pustoszeje, staje się wyludniającym się przedmieściem.

Plan bazyliki San Apollinare Nuovo to najczystszy przykład wczesnochrześcijańskiej bazyliki - trójnawowy korpus zamknięty apsydą i poprzedzony atrium. Atrium się nie zachowało, dzisiaj fasadę kościoła zdobi XVI-wieczny portyk (całkiem udatnie komponujący się z całością, ale jednak szkoda atrium...). Apsyda została przebudowana w stylu barokowym, a potem znacznie ucierpiała w czasie I wojny światowej i została zrekonstruowana. W XVI wieku, kiedy to atrium zastąpiono portykiem, podniesiono też wysokość kolumn, a w XVII wieku wymieniono strop na kasetonowy. A szkoda, bo to dzięki dekoracjom stropu kościół zyskał nazwę Sanctus Martinus in Coelo Aureo - św. Marcina w złotym niebie. Tego nieba już dzisiaj nie zobaczymy. Dodatkiem do oryginalnej budowli jest okrągła, smukła i elegancka kampanila z X wieku, którą zdobią biforia i triforia.

Ale to, co najpiękniejsze w San Apollinare Nuovo, to mozaiki, pokrywające szczelnie ściany nawy. Warto wyposażyć się tu w lornetkę albo chociażby skorzystać z teleobiektywu w aparacie, żeby nie przegapić maleńkich cudeniek ukrytych tuż pod sufitem. Jeżeli chce się zrobić im zdjęcia - przyda się teleobiektyw ze stabilizacją. Ściany podzielone są na trzy poziome sekcje - najwyższa to pochodzące z czasów Teodoryka sceny z życia Jezusa (po lewej stronie) i historia pasyjna (po prawej stronie). W scenach ukazujących cuda Jezusa (wesele w Kanie Galiljskiej, uzdrowienie paralityka, wypędzenie demona, uzdrowienie ślepca w Jerychu, wskrzeszenie Łazarza itd.) i jego nauczanie (rozmowa z Samarytanką u studni, oddzielenie owiec od kozłów, przypowieść o wdowim groszu), Jezus ukazany jest jako młodzieniec bez brody, ubrany w szaty rzymskiego cesarza. W scenach pasyjnych (w których co ciekawe brakuje ubiczowania i samego ukrzyżowania), Jezus jest już starszy, jego twarz naznaczona jest smutkiem. Każda ze scen to małe arcydzieło o harmonijnej kompozycji i żywych kolorach. Warto zwrócić uwagę na scenę oddzielenia kozłów od owiec, w której niektórzy doszukują się pierwszego przedstawienia Szatana w sztuce chrześcijańskiej - miały nim być niebieski anioł. Sceny oddzielone są od siebie motywami w kształcie muszli i wizerunkami gołębi.

Poniżej, na poziomie okien, znajdują się przedstawienia świętych i proroków. Każdy z nich jest inny, ma swoje indywidualne cechy, stoi troszeczkę w innej pozie, ma inne rysy twarzy. Postacie ubrane są po rzymsku, a styl mozaik jest hellenistyczny. One również pochodzą z czasów Teodoryka. Poniżej, znajdziemy mozaiki z różnych czasów. Po prawej stronie znajduje się wizerunek tronującego Chrystusa w otoczeniu aniołów, do którego ustawia się procesja 26 męczenników ze św. Marcinem na czele. I tak jak wizerunek Chrystusa jest starszy, tak pochód świętych pochodzi z czasów biskupa Angellusa, czyli powrotu ortodoksji. Analogicznie, po lewej stronie znajdziemy pochód 22 dziewic zmierzających oddać pokłon Maryi z Dzieciątkiem. Pochód otwiera słynne przedstawienie Trzech Króli (którym korony zamieniono na czapki w czasie renesansu). Dziewice - podobnie jak męczennicy - pochodzą z czasów Bizancjum i widocznie różnią się stylem od pozostałym mozaik (wszystkie ubrane są tak samo, rysy twarzy są mało zindywidualizowane, a pozy inne). Bardzo ciekawe i ważne faktograficznie mozaiki znajdziemy w zachodniej części - to przedstawienia Rawenny czasów Teodoryka. Widok portu w Classe oraz pałacu Teodoryka zostały ocenzurowane przez katolików, zniknęli ariańscy święci, których wizerunki zdobiły portyk pałacu. Do dziś można doszukać się śladów wizerunków ledwo widocznych zza dosztukowanych zasłon.

Warto przyjrzeć się też samym kolumnom - nie tylko ich korynckim kapitelom, ale i trzonom. Znajdziemy tu ślady wizerunków (najczęściej dłonie i ręce) modlących się dworzan Teodoryka, które zostały usunięte w czasach Bizancjum. Z ciekawych elementów wyposażenia warto zwrócić uwagę na ołtarz z VI wieku, kolumny ciborium, przegrody chórowe i maswerki (a raczej wczesnochrześcijańskie transennae, czyli wypełniające okna płyty z cienko szlifowanego, ażurowego marmuru czy alabastru) w oknach. Ostatnim frapującym elementem jest mozaika przedstawiająca króla - podpis głosi, że to Justynian (ale podpis pochodzi z XIX wieku, więc nie należy mu przesadnie ufać). Bardziej prawdopodobne, że to sam Teodoryk. Miło jest spojrzeć w oczy temu niezwykłemu władcy, który w swoich czasach łączył północ z południem i wschód z zachodem w jedyny w swoim rodzaju, twórczy sposób.

Bazylika San Apollinare Nuovo to obowiązkowy punkt na trasie zwiedzania Rawenny. Kościół, w którym mozaiki skrzyły się złotem tak kusząco, że papież Grzegorz Wielki kazał je poczernić, żeby nie rozpraszały modlących się wiernych, dzisiaj również olśniewa. Swoim pełnym harmonii i spokoju wnętrzem, bogactwem form i kolorów i niezwykłą historią, którą wyczytać można z jego mozaik (również między wierszami).

Galeria: 

Rawenna - kościół San Vitale z VI wieku

Przyjeżdżamy do Rawenny prosto z Polski - po kilkunastu godzinach w samochodzie, przeprawie przez Alpy i kilku zmianach pogody. Jest ciepły wieczór, po deszczu, ruszamy w miasto, prosto w rytuał passegiaty - wystrojeni jak do kościoła Włosi spacerują po głównej ulicy miasta, przystają, rozmawiają, śmieją się, jedzą (jedzą dodajmy - kebab, bo właściciele barów i restauracji też są na passegiacie), dzieci biegają plącząc się pod kolanami dorosłych. Tłum uprowadza (bo nie porywa, jesteśmy we Włoszech) nas i płyniemy sobie z nim nie wiedząc gdzie nas prowadzi. Okazuje się, że jest Noc Muzeów, dajemy się ponieść ku oddziałowi Muzeum Narodowego i wśród radośnie śmiejących się grupek, prosto z marszu, wpadamy na rzędy rzymskich i chrześcijańskich sarkofagów, renesansowe Madonny, bizantyjski gruz, na Wielką Historię... Rawenna to jedno z tych miast, które kiedyś mogły szczycić się mianem stolic świata. Piaszczyste wyspy w lagunie zamieszkałe były już od czasów etruskich, w ręce Rzymu wpadły w II wieku p.n.e. Wielka Historia zagościła w Rawennie po raz pierwszy, gdy w I wieku cesarz Oktawian August zbudował tu potężny port dla swojej śródziemnomorskiej floty - Classe. Ale najważniejszy okres w swojej historii Rawenna przeżywa, gdy w 402 roku zachodni cesarz Honoriusz w obawie przed barbarzyńskimi hordami postanawia przenieść tu stolicę zachodniego cesarstwa z Mediolanu. Port w Classe miał ułatwiać kontrolowanie Morza Śródziemnego i stanowić dogodną drogę ucieczki, kiedy będzie już za późno. A za późno robi się całkiem szybko, bo w 476 Rzym upada, a samozwańczy władca Italii, król Odoaker obiera sobie Rawennę za stolicę. Rawenna przeżywa złoty wiek pod rządami ostogockiego króla Teodoryka, któremu zawdzięcza wiele zabytków o ariańskiej proweniencji, długotrwały pokój i rządy tolerancji (sam król był arianinem). Odbita przez Belizariusza dla bizantyjskiego cesarza Justyniana nie przestaje kwitnąć - Justynian widzi Rawennę jako stolicę odrodzonego Cesarstwa Rzymskiego i inwestuje w jej rozwój. Ale renesans Justyniana nie trwa długo, Biznacjum kurczy się i wycofuje z Zachodu, w VIII wieku Rawennę zdobywają Longobardowie i na tym jej złoty wiek się kończy. Port w Classe zarasta mułem, zabytki niszczeją, miasto się wyludnia, powoli ulega zapomnieniu. Jeszcze stosunkowo niedawno Rawnna była depresyjną prowincją, ale dziś zaczyna odzyskiwać wigor, sprowadził się tu przemysł, a bizantyjskie skarby przyciągają turystów. Można na Rawennę patrzeć przez pryzmat jej historii, zajrzeć za zasłonę "Wieków Ciemnych", o których tak rzadko mówi się w szkole, a szkoda, bo to okres, w którym kształtowała się Europa - gdzieś pomiędzy spuścizną Rzymu, przyniesionym z Bliskiego Wschodu chrześcijaństwem i plemienną energią barbarzyńców. Można podziwiać jej zabytki - ostatnie wykwity chrześcijańskiego antyku po zachodniej stronie basenu Morza Śródziemnego, ostatnie kostki bizantyjskiej mozaiki przyklejone do włoskiego "buta", świadków zmagań katolickiej ortodoksji i ariańskiej herezji, towarzyszy barbarzyńskich królów, rozbitych między pragnieniem zasymilowania się z kulturowo wyższym Rzymem a zachowaniem odrębności i plemiennej tradycji (tutaj szczególnie polecamy Mauzoleum Teodoryka - zabytek podobny absolutnie do niczego i niepowtarzany). Można dać się uwieść jej prowincjonalnemu urokowi uliczek, kawiarni i cukierni. Ale dla mnie Rawenna ma znaczenie osobiste. Były takie czasy, kiedy podróże "palcem po mapie" odbywało się bez google maps, street view, wikipedii i niezliczonej ilości stron internetowych na każdy możliwy temat. W tych czasach, zamiast czytać Bravo i ekscytować się losami chłopaków z Backstreet Boys, Michaela Jacksona czy Jona Bon Jovi, ja odbywałam moje podróże placem po mapie przy pomocy starego atlasu geograficznego Polskiego Towarzystwa Kartograficznego, który rozkleił się od zbyt częstego używania i podręcznika do architektury Wilfrieda Kocha, gdzie czarno-białe, schematyczne rysunki musiały wystarczyć do uruchomienia wyobraźni. To właśnie u Wilfrieda Kocha po raz pierwszy spotkałam się z kościołem San Vitale, przeczytałam o jego niezwykłym oddziaływaniu na cały styl romański - i zapragnęłam kiedyś zobaczyć Rawennę. Dziś wiem, że kościół San Vitale nie jest czarno-biały, nie jest tylko bryłą o intrygującym przekroju. Jest feerią kolorów, skrzącym się złotem i zielenią małym cudem świata, z którym może równać się chyba tylko sama Królowa - Hagia Sophia. Porównanie ze stambulską Królową jest o tyle uprawnione, że oba zabytki mają tego samego duchowego ojca - cesarza Justyniana. Mają też wspólnego starszego brata - kościół św. Sergiusza i Bakchusa w Stambule, którego podobieństwo do San Vitale jest wręcz uderzające. Kościół ufundowany został przez biskupa Ecclesio, przy pomocy finansowej bankiera Giuliano Argentario, jeszcze za czasów panowania Teodoryka. Inspiracja sztuką Bizancjum (które biskup niewiele wcześniej odwiedził) jest ewidentna, szczególnie w centralnym, oktagonalnym założeniu z kopułą. Kościół ostatecznie poświęcił biskup Maksymian, już po odbiciu Rawenny przez Bizancjum. Jego dekoracje i programowe mozaiki doskonale ilustrują politykę kulturalną Justyniana, zakrojoną na umacnianie władzy Konstantynopola i powrót do katolickiej ortodoksji. Z zewnątrz San Vitale wygląda jak wszystkie inne zabytki bizantyjskie - czyli nijak. Nagie ściany z rudej, płaskiej cegły nie są praktycznie niczym ozdobione, wystające z przysadzistej konstrukcji przyporowe łuki sprawiają trochę pajęcze wrażenie. Ale kościoły bizantyjskie całą swoją potęgę skupiają wewnątrz - perfekcyjnie opanowana sztuka kreowania przestrzeni, gra światłem i przytłaczające swoim bogactwem mozaiki skrzące się wszystkimi kolorami tęczy musiały mieć niezwykłą moc oddziaływania na wiernych. Wchodzimy do San Vitale i okazuje się, że ta moc dalej działa -przynajmniej na nas. Przepiękne przeźrocza empory, z filigranowymi kolumnami umieszczonymi w łukowato wygiętych arkadach, otwierają się na centralną przestrzeń zwieńczoną kopułą. Centralna nawa wraz z kopułą zostały udekorowane w XVIII wieku freskami (cóż, nie można mieć wszystkiego). Warto zwrócić uwagę na kapitele kolumn na pierwszym i drugim poziomie (przydaje się lornetka albo teleobiektyw w aparacie) oraz na relikty mozaik podłogowych. To rozwiązanie przestrzenne stało się inspiracją dla twórców kaplicy cesarskiej w Akwizgranie i większości budowli centralnych epoki romanizmu (przynajmniej tych większych). Ale to, co najbardziej zwraca uwagę, to prezbiterium, w którym zachowały się kompletne mozaiki, stojące nawet ówcześnie na najwyższym poziomie artystycznym. W konsze apsydy Chrystus w otoczeniu aniołów, świętego patrona - Witalisa - oraz fundatora wręczającego mu model kościoła, króluje siedząc na globie i - zwróćmy uwagę - nie ma brody (to charakterystyczne dla mozaik Rawenny). Po lewej stronie apsydy znajduje się mozaika z przedstawieniem cesarza Justynian w otoczeniu możnych, straży pałacowej oraz w towarzystwie biskupa Maksymiana, po prawej - cesarzowa Teodora i jej damy dworu. Warto zwrócić uwagę chociażby na towarzyszy cesarza - każdy z nich ma indywidualne cechy, mimikę. Po obu stronach prezbiterium mamy sceny biblijne - ofiarę Abrahama, Abrahama przyjmującego trzech aniołów, ofiarę Melchizedeka. Mniejsze przedstawienia starotestametowych proroków, ewangelistów, świętych, aniołów, a także dekoracyjne wizerunki ptaków, pawi, delfinów (!), koszy z kwiatami, dwa miasta - Jeruzalem i Betlejem, a na koniec sklepienie z motywem Agnus Dei - można spędzić długie godziny śledząc detale strojów i elementy krajobrazu ukryte w mozaikach, albo studiując twarze postaci - każda jest bowiem inna i oddana z pietyzmem. Całość sprawia wręcz powalające wrażenie, i widziana z bliska, w detalach, i z daleka, jako jedna, połyskująca tafla jakiegoś niebiańskiego okna, za którym można dojrzeć przebłyski raju. Całości dopełniają panele z ciętego w symetryczne wzory marmuru, którymi obłożone są ściany. Moglibyśmy spędzić w San Vitale dowolną ilość czasu, ale Rawenna ma jeszcze i inne atrakcje (również bizantyjskie). Dobra rada dla wszystkich podróżujących przez Włochy - skalkulujcie trasę tak, żeby zahaczała o Rawennę. Odnajdziecie tu Wielką Historię, cudną sztukę, wspaniałą atmosferę i mozaiki będące przedsionkiem raju...

Galeria: 

Rawenna - mauzoleum Galli Placydii z V wieku

W Rawennie niczym w soczewce skupia się historia późnej starożytności. Ostatnie chwile świetności Rzymu, polityczne i religijne eksperymenty barbarzyńców, triumfalny powrót i upadek Bizancjum... Ślady tych wydarzeń - jak stratygrafię geologicznych osadów - możemy wyczytać gdzieś z cegieł kościołów i baptysteriów, odnaleźć w żywotach ich fundatorów i budowniczych. Galla Placydia - córka, siostra, matka i żona cesarzy rzymskich, królowa Wizygotów - mogłaby swoim życiorysem obdzielić kilka hollywoodzkich scenariuszy filmowych. W Rawennie pozostawiła po sobie niesamowity zabytek - własne mauzoleum, w którym nie dane jej było spocząć.

Galla Placydia była córką Teodozjusza I - ostatniego cesarza, który skupiał w swoich rękach władzę nad zarówno zachodnią, jak i wschodnią częścią cesarstwa. Chwiejący się w posadach Rzym Teodozjusz próbował ratować sprzymierzając się z Gotami, gorliwie budował pozycję chrześcijaństwa jako religii państwowej, a jego posunięcia były nierzadko tak radykalne, że wszedł w konflikt z biskupem Mediolanu Ambrożym. Śmierć Teodozjusza oznacza kres pewnej epoki - Wschód i Zachód już nigdy potem nie stały się częścią tego samego organizmu państwowego, a ich uniwersa kulturowe zaczęły się rozjeżdżać. Barbarzyńcy chwilowo obłaskawieni znowu - i to tym razem skutecznie - zaatakowali Rzym.

Po śmierci ojca Galla Placydia odesłana została do Rzymu i tam w 410 zastaje ją wojenna zawierucha. Zdobywca Rzymu - Alaryk - zabiera Gallę Placydię jako wojenny łup do (nomen omen) Galii. Wkrótce - dzięki zabiegom dyplomatycznym Honoriusza, który sprzymierzył się z niedawnymi najeźdźcami przeciwko uzurpatorom - zostaje żoną następny Alaryka, Ataulfa i królową Wizygotów. Małżeństwo nie trwa długo, Ataulf zostaje zamordowany a Galla Placydia odesłana do brata, który wydaje ją za dowódcę wojsk chwiejącego się w posadach imperium, Konstancjusza III. U boku bezdzietnego i rozwiedzionego brata zostaje nominalnie cesarzową, a jej mąż zostaje wkrótce współcesarzem, Augustem. Po śmierci brata, a potem męża, w imieniu syna Walentyniana III Galla Placydia rządzi Rzymem samodzielnie. Niezwykła kobieta umiera w Rzymie i tam zostaje pochowana - zbudowane dla niej w Rawennie mauzoleum nie stanie się ostatnim przystankiem jej drogi.

Mauzoleum Galli Placydii oryginalnie było częścią większego kompleksu - Santa Croce - zbudowanego przez cesarzową i przylegało do narteksu kościoła. Malutki i skromniutki z zewnątrz budynek z rudej cegły, ze ścianami zdobionymi w toporne arkadki, z rzymskim fryzem z motywami roślinnymi (winorośl) i zwierzęcymi (pantery) nad wejściem, kryje w sobie jednak niesamowite skarby. Najlepsze porównanie, jakie udało nam się wymyślić dla opisania tego miejsca to - puzderko z klejnotami. Malutki budynek na planie krzyża greckiego olśniewa bowiem złotem mozaik o tak subtelnym rysunku i szlachetnych kolorach, że trudno się nimi nie zachwycić. Zachowany w stanie nietkniętym cykl mozaik tworzy czytelny program i niesie głębokie przesłanie, którego głównym tematem jest zbawienie. Poniżej poziomu mozaik ściany obłożone są marmurem, który w większości pochodzi z XIX wieku, kiedy to wymieniono płyty na nowe.

Centralna mozaika na kopule to granatowe, rozgwieżdżone niebo, w którego centrum znajduje się symbol zbawienia rozświetlający tę ciemną noc - krzyż. W rogach znajdują się alegorie ewangelistów. Główna mozaika arkadowa to przedstawienie Chrystusa jako Dobrego Pasterza. Ubrany w złotą szatę Chrystus bez brody siedzi w otoczeniu baranków wśród skalistego krajobrazu. Kolejne mozaiki przedstawiają apostołów ubranych w rzymskie togi, a u ich stóp gołębie piją wodę z misy (to piękne i subtelne nawiązanie do symbolu wody żywej). Na kolejnej mozaice wodę pije jeleń, a otaczają go go wijące się pędy winorośli. Ostatnia mozaika - wprowadzająca nieco dramatyzmu do tego przepełnionego spokojem miejsca - przedstawia św. Wawrzyńca szykującego się na spotkanie z wielkim grillem, na którym przyjdzie mu umrzeć. Sączące się przez alabastrowe okna światło ożywia złoto gwiazd i granat sklepienia tak, że iluzja nocnego nieba jest bardzo sugestywna. Mozaiki w mauzoleum Galli Placydii są na wskroś Rzymskie, nie ma w nich krzty Wschodu, to ostatnie - i oszałamiające - arcydzieło sztuki paleochrześcijańskiej o tak czytelnych, rzymskich korzeniach.

W mauzoleum znajdują się trzy sarkofagi (chociaż to, czy znajdowały się tam od początku, czy zostały wtórnie umieszczone w średniowieczu nie jest jasne). Jeden - zgodnie z legendą przypisywany Galli Placydii - jest nieskończony, brak mu jakichkolwiek dekoracji czy inskrypcji. Dwa pozostałe - zdobione motywem Baranka - przypisuje się mężowi Galli Konstancjuszowi oraz synowi Walentynianowi.

W mauzoleum Galli Placydii czas na chwilę przestaje płynąć. Mozaiki o kolorach tak żywych, jakby artysta zakończył nad nimi pracę może wczoraj, w zeszłym tygodniu, rok temu, przedstawiają niebo, które - jak historia - nie tylko wydaje się, ale jest na wyciągnięcie ręki. To przepiękna iluzja, w którą warto na chwilę uwierzyć, za którą warto tu przyjechać.

Galeria: 

Rawenna - mauzoleum Teodoryka z VI wieku

Na pożegnanie Rawenny - zabytek jedyny w swoim rodzaju, niemający analogii w ówczesnej architekturze. Niezwykłe połączenie tradycji barbarzyńskiej Północy z rzymskim Południem. Mauzoleum Teodoryka.

Żeby dobrze zrozumieć ten budynek, trzeba lepiej poznać jego "mieszkańca". Teodoryk był synem plemiennego władcy Gotów, ale wychował się jako zakładnik na dworze cesarza w Konstantynopolu. Poznał tam dobrze organizacje dworu bizantyjskiego, kulturę rzymską, ale nigdy na przykład nie nauczył się czytać. Wróciwszy do Italii pokonał Odoakra, pogromcę Rzymu i dosyć okrutnie (po barbarzyńsku można by powiedzieć) się z nim obszedł. Nosił się po rzymsku, w cesarskiej purpurze, utrzymywał iście bizantyjski dwór, dbał o antyczną spuściznę, remontował drogi i akwedukty, utrzymał prawo rzymskie, urządzał igrzyska. Panował ponad trzydzieści lat, które w burzliwych dziejach Italii późnej starożytności i początków średniowiecza były jednymi z najspokojniejszych. Rozwój, tolerancja (Teodoryk - sam arianin dbał o dobre relacje katolickich Rzymian i ariańskich Gotów) i ciągłość, mimo radykalnej zmiany to cechy jego panowania. Jednak myliliby się ci, którzy uznaliby, że Teodoryk zromanizował się całkowicie i wyzbył się temperamentu barbarzyńcy - kiedy pod koniec życia odkrył spisek mający go zrzucić z tronu, spiskowców - a razem z nimi i całej opozycji krytykującej króla - pozbył się z całą bezwzględnością.

Miejsce swojego spoczynku Teodoryk wybrał i zaprojektował łącząc - jak przez całe swoje życie - tradycje rzymskie i barbarzyńskie. Barbarzyńcy nie pozostawili po sobie zabytków architektury murowanej, Teodoryk i jego architekci musieli wykazać się więc inwencją. W rezultacie powstał budynek podobny absolutnie do niczego. Trudno do niego przykładać kategorie stylu, można go nazwać "gockim" (nie gotyckim), ale będzie to w takim razie jedyny gocki budynek w dziejach architektury. Zbudowany w rzymskiej technologii z potężnych ciosów kamiennych budynek zdobiony jest masywnymi arkadami i misternymi fryzami. Ale - niespotykane rozwiązanie - mauzoleum ma dwa piętra. Dolne kryje pomieszczenie na planie krzyża o nieznanym przeznaczeniu. Być może mieli spocząć tu członkowie rodziny króla. Górne to sala, w której znajdowała się urna, w której złożono ciało króla. Dzisiaj urna jest pusta - Bizantyjczycy przenieśli ciało Teodoryka do Konstantynopola. Okrągła sala sklepiona jest kopułą.

To, co w budynku mauzoleum jest najbardziej zaskakujące, to właśnie kopuła. Wykonana z jednego kawałka kamienia ma 11 metrów średnicy, metr grubości i waży kilkaset ton. Takie rozwiązanie konstrukcyjne nie ma analogii w świecie antycznym - być może Teodoryk nawiązał w ten sposób do rytuałów grzebalnych swojego plemienia, do wzorców megalitycznych grobowców królów barbarzyńskich. Do dziś trudno sobie wyobrazić jak kopuła ta została posadzona na budynku. Być może służyły to tego kamienne poprzeczki (podpisane imionami ośmiu apostołów i czterech ewangelistów), wystające z kopuły niczym rogi. Kopuła jest pęknięta - najprawdopodobniej pękła przy okazji jakiś prac konserwatorskich dawno, dawno temu. Nie przeszkadza to rozprzestrzeniać się legendzie, że Teodoryk usłyszeć miał przepowiednię, że umrze od uderzenia pioruna. Zaskoczony przez burzę schronił się do mauzoleum, pod monolityczną kopułę, gdzie wierzył, że nic mu nie grozi. Piorun musiał być więc wyjątkowo zawzięty, a zabijając króla uszkodził kopułę.

Na koniec - bonus track - tzw. Pałac Teodoryka. Niedaleko kościoła San Apollinare Nuovo, przy ulicy, trafiamy na fasadę budynku z VI wieku, opatrzonego tabliczką "Pałac Teodoryka". Najprawdopodobniej jednak nie jest to żaden pałac - funkcja budynku nie jest do końca znana, niektórzy utrzymują, że mogła być fasadą narteksu kościoła San Salvadore. Piętrowa fasada zdobna arkadkami kryje wewnątrz fragmenty mozaik w geometryczne kształty. Umiejscowienie prawdziwego pałacu Teodoryka nie jest dzisiaj znane (najprawdopodobniej znajdował się gdzieś w okolicach kościoła San Apollinare Nuovo) - to ta rzadka sytuacja, kiedy wiemy, jak jakiś budynek wyglądał (dzięki mozaikom w San Apollinare Nuovo), ale nie wiemy, gdzie go szukać.

Żegnamy się z Rawenną i ruszamy dalej, do Toskanii. Ale Rawenna na zawsze pozostanie na naszej top-liście tych miejsc, gdzie Wielka Historia objawiła swój splendor w pewnym momencie dziejów - ...i też powędrowała dalej. W Rawennie można spędzać czas na podziwianiu zabytków sztuki, ale też poznawać historię, o której nie mówi się w szkołach, chociaż to formatywny moment w historii post-starożytnej Europy, który ukształtował ją taką, jaką dzisiaj jest.

Galeria: