Włochy - Toskania

Toskania - mekka wielbicieli sztuki (zarówno tej romańskiej, jak i renesansowej), smakoszy wina, sera, makaronu, pachnący rozgrzaną trawą, rozmarynem, tymiankiem i lawendą pępek świata... Przypielgrzymowaliśmy więc prawie że na kolanach aby ucałować gliniastą ziemię crete senesi, pić u źródła wino i ambrozję, rozsmażać na oliwie pomidory, zbierać świeży rozmaryn, wieczorem słuchać buszujących w polach żab, świerszczy i ptaków, przemierzać niespiesznym krokiem wytarte bruki, po których wędrowali kiedyś zapewne Giotto, Leonardo da Vinci, Piero della Francesca czy Michał Anioł... I wszystko było tak, jako sobie wymarzyliśmy, z wyjątkiem... pogody. Najstarsi toskańscy górale (jeżeli istnieją) nie pamiętali tak zimnej i deszczowej wiosny, a winiarze patrząc w niebo kręcili głowami spisując na straty rocznik 2013. Pozostało nam jedynie brodzenie po kostki w gliniastej ziemi crete senesi, która zamieniła się tymczasem w gliniaste błoto, przemierzanie wytartych bruków z uwagą, by nie wywinąć orła na mokrym kamieniu i poszukiwanie doznań kulinarnych oraz artystycznych skrytych pod dachami trattorii, winiarni, katedr, klasztorów i kościołów. Zapraszamy na nieśpieszną wędrówkę śladami architektury romańskiej przez toskańskie wzgórza!

Abbadia di San Salvatore - opactwo San Salvatore z XI wieku

Tego dnia - jak zwykle - dzwonieniem w szyby naszej toskańskiej chatki, obudził nas deszcz. Rzut oka za okno wystarczył, by wrócić do łóżka i pozwolić sobie pospać jeszcze godzinkę czy dwie. A potem ruszyć gdzieś blisko, żeby w razie czego móc szybko wrócić i zmienić przemoczone ciuchy. Wybraliśmy miejscowość ukrytą wstydliwie w cieniu wygasłego wulkanu Monte Amiata. Tu, przy starożytnym szlaku Via Francigena, znajdziemy niezwykłe cacuszko - lombardzką kryptę pod kościołem Najświętszego Salwatora, pozostałością po jednym z najstarszych i najpotężniejszych opactw w Toskanii...

Legenda wiąże powstanie benedyktyńskiego opactwa San Salvatore z osobą lombardzkiego króla Rachisa, który miałby tutaj przeżyć nawrócenie za sprawą krucyfiksu, który do dzisiaj znajduje się w kościele. Jak to zwykle z legendami bywa, to tylko część prawdy. Tak, król Rachis w VIII wieku rzeczywiście ufundował opactwo, ale raczej w miej dramatycznych okolicznościach - odsunięty od władzy przez spisek możnowładców wycofał się w życie monastyczne. Krucyfiks rzeczywiście można do dzisiaj podziwiać w kościele, ale pochodzi on z XII, nie z VIII wieku, więc w rzekomym nawróceniu Rachisa raczej udziału nie wziął. Dzisiejsze opactwo pochodzi z XI wiecznej przebudowy. W czasach swojej świetności (które zakończyły się w XI wieku) było to jedno z najpotężniejszych opactw w Toskanii, potem przechodziło z rąk do rąk, przez chwilę mieszkali tu Cystersi (triforium w ścianie frontowej to ich dzieło), wpadało w strefę wpływów Sieny, a następnie Medyceuszy, którzy wywieźli stąd większość skarbów do Florencji. Benedyktyni wrócili tu w 1939 roku.

Kościół z zewnątrz sprawia wręcz ascetyczne wrażenie - niedokończona fasada z szarego kamienia z jedną tylko wieżą, triforium, brak tu ozdobnego portalu, ściany zdobią jedynie przysadziste i wyraziste fryzy arkadkowe. W środku pierwsze zaskoczenie - szeroki, wysoki i długi jednonawowy kościół kryty stropem zaczyna się od monumentalnej arkady oddzielającej kruchtę zachodnią od reszty kościoła, przechodzi w podniesione wysoko prezbiterium, oddzielone od nawy potężnym łukiem tęczowym, kierując uwagę zwiedzającego ku pięknemu, drewnianemu krucyfiksowi.

Ale to, co w San Salvatore najciekawsze, znajdziemy pod ziemią. Należy bowiem zejść pod prezbiterium by przekonać się, że jest ono podniesione nie bez powodu. Hipnotyzująca rzędami wysmukłych kolumienek krypta robi niesamowite wrażenie, które jeśli lepiej się jej przyjrzeć, jeszcze się potęguje. Każdy kapitel jest tu bowiem inny, zdobny w typowe lombardzkie motywy - wołki, konie, leśne lub gospodarskie zwierzęta (zające? osły?), brodate twarze, plecionki, motywy geometryczne. Krypta - podobnie jak kościół - jest otwarta, można sobie samemu do niej zejść, zapalić światło i wyszaleć się fotograficznie do woli, zostawiając niewielką ofiarę na renowację kościoła. Ten model zdecydowanie nam się podoba. Przy wejściu ko krypty znajdujemy informację, że krypta pochodzi z VIII wieku, inną podaje nasz przewodnik (pochodziłaby ona z tego samego okresu, co przebudowa, czyli z XI wieku). Nie rozstrzygamy, nie mamy podstaw, chociaż lombardzkie motywy pasują zdecydowanie do hipotezy o wcześniejszym datowaniu krypty.

W San Salvatore spędziliśmy mnóstwo czasu spacerując od kolumienki do kolumienki w niezwykłej, lombardzkiej krypcie. A w międzyczasie czarne chmury przetarły się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i nad Monte Amiata pierwszy raz zaświeciło słońce. Popędziliśmy do naszej chatki tym razem nie suszyć skarpetki, ale gotować kluski, żeby chociaż raz zjeść obiad na tarasie, bez konieczności owijania się w koc. A Abbadia di San Salvatore polecamy - za kryptę i bajeczne widoki na Monte Amiata!

Galeria: 

Florencja - baptysterium San Giovanni z XI wieku

W Toskanii wszystkie drogi prowadzą do Florencji. A we Florencji wszystkie drogi prowadzą na Piazza del Duomo. Buzowanie tłumu turystów słychać zanim jeszcze naszym oczom ukaże się Piazza z monumentalnym kościołem Santa Maria del Fiore. Pstrykanie japońskich fleszy, kolory hinduskich sari, przekrzykujący się nawzajem Włosi, karnie stojący w kolejce po bilety Niemcy, rozmodlona polska wycieczka - międzynarodowy tłum oblega stopnie katedry i oplata malutkie w porównaniu z ogromem Santa Maria del Fiore baptysterium tak, że nie sposób nawet zrobić mu zdjęcia w całości. My też ustawiamy się w kolejce - ale nie do katedry. Do baptysterium.

Florentczycy lubią myśleć o swoim baptysterium jako o zabytku sięgającym czasów rzymskich (tutaj, podobnie jak w wielu innych miejscach, datowanie ma wymiar ideologiczny). Legenda, jakby miałoby ono być zaaranżowane w dawnej świątyni Marsa, obaliły badania archeologiczne, chociaż potwierdziły, że baptysterium stoi w miejscu rzymskich budowli (piekarni - sądząc z posadzki, lub wieży-baszty strażniczej sądząc z planu). Recycling rzymskich ruin to nic nowego, szczególnie we Włoszech, więc nie ma w tym nic dziwnego. Ośmiokątne (to typowa forma średniowiecznego baptysterium) baptysterium miała zbudować tutaj lombardzka królowa Teodolinda w VI wieku (jego istnienie potwierdzają IX wieczne dokumenty) i niektórzy wierzą, że dzisiejsze baptysterium to właśnie przebudowany wczesnośredniowieczny budynek. Na ile w XI wieku możemy mówić o przebudowie, a na ile o zbudowaniu budynku od nowa - trudno powiedzieć, źródła nie zgadzają się ze sobą, więc pozostawiamy tę kwestię otwartą.

Dzisiejszy budynek zbudowany jest w najczystszym stylu florenckiego, klasycyzującego romanizmu, któremu bliżej ze wszystkich innych stylów chyba do renesansu. Gildia handlarzy suknem, która opiekowała się budynkiem, nie pożałowała funduszy - budynek obłożono drogocennymi marmurami z Carrary (białymi) oraz Prato (zielonymi). Przepiękne, klasycyzujące formy arkad i arkadek ułożonych z różnokolorowego marmuru, geometryczne kształty zdobiące ściany zewnętrzne to wyróżniki florenckiego romanizmu, którym inspirowali się potem twórcy renesansu. Do budowy baptysterium użyto rzymskich kolumn z florenckiego Kapitolu. Wnętrze centralnej budowli z emporą otwierającą się do wnętrza filigranowymi biforiami, ozdobiono również wielobarwnymi marmurami układającymi się w geometryczne wzory. W XIII wieku udekorowano wnętrze mozaikami przedstawiającymi m.in. Sąd Ostateczny (zwraca uwagę zjadający ludzi Lucyfer), czy sceny biblijne. W tym czasie powstała też mozaika podłogowa z ornamentem geometrycznym. Na środku pierwotnie znajdowała się misa chrzcielna (którą podobno uszkodził Dante ratując topiące się w niej dziecko), dzisiaj przesunięta. Wnętrze baptysterium jest dość duże - a to dlatego, że w czasach jego powstania chrzty odbywały się dwa razy do roku, więc baptysterium musiało pomieścić całkiem sporą wspólnotę.

Dzisiaj florenckie baptysterium to przede wszystkim żywe muzeum sztuki renesansu. Trzy pary niezwykłych drzwi z brązu (oryginały znajdują się muzeum katedralnym, w baptysterium zamontowane są kopie) to jedne z najcenniejszych tego rodzaju zabytków na świecie. Pierwsze z nich, południowe - jeszcze gotyckie - są autorstwa Andrei Pisano i przedstawiają sceny z życia Jana Chrzciciela. Kolejne - północne i wschodnie (zwane "Wrotami Raju") to arcydzieła renesansu autorstwa Lorenzo Ghibertiego, który poświęcił im większość swojego życia. Przy pracy nad drzwiami północnymi, przedstawiającymi sceny z Nowego Testamentu, zaangażowani byli również Donatello, Masolino czy Paolo Ucello. Brązowe rzeźby znad północnego portalu są autorstwa Francesco Rusticiego, któremu przy ich tworzeniu doradzał Leonardo da Vinci. Nad "Wrotami Raju" - cyklem przedstawiającym sceny ze Starego Testamentu - zaś znajdują się figury autorstwa Andrei Sansovino. Wewnątrz zwraca uwagę nagrobek antypapieża Jana XXIII autorstwa Donatella.

Po wizycie we florenckim baptysterium, katedra Santa Maria del Fiore wydała nam się mdła i nieciekawa, jakby po wyżyciu się na fasadzie, która powala skomplikowaną siatką detali, jej twórcom skończyły się pomysły i stwierdzili, że ogrom kościoła załatwi wszystko. Olbrzymia, pusta hala nie zrobiła na nas większego wrażenia, w przeciwieństwie do bogactwa formy i dekoracji baptysterium. Dobra rada - będąc we Florencji rzućcie okiem do środka Santa Maria del Fiore (wstęp wolny), ale na prawdziwą ucztę sztuki i historii udajcie się do baptysterium. Naprawdę warto!

Galeria: 

Montalcino - relikty z kościoła San Salvatore z XI wieku

Montalcino - na samo brzmienie nazwy tej urokliwej, toskańskiej miejscowości niejednemu skacze puls a wzrok zachodzi mgłą. Tak, to ojczyzna uznawanego za najlepsze wina na świecie - Brunello di Montalcino. Produkowane ze szczepu sangiovese, starzone co najmniej dwa lata w dębowych beczkach, a następnie co najmniej pół roku w butelkach, ciemne i esencjonalne (oraz odpowiednio do swojej sławy drogie) jest towarem eksportowym, chlubą i dumą miasteczka. Tak się składało, że mieszkaliśmy po sąsiedzku, więc przyjechaliśmy tu posmakować wina i podelektować się sztuką. Bo oprócz wina, Montalcino może poszczycić się wspaniałymi zbiorami renesansowego malarstwa oraz - kościołem, który swoimi korzeniami sięga romanizmu...

Dzisiejsza katedra, czyli Duomo - nieciekawy, klasycystyczny kościół - swoje początki ma w XI wieku. Pieve di San Salvatore było parafialną świątynią miasteczka z dodatkową funkcją baptysterium. Dzisiaj prawie nie pozostało po nim śladu - najpierw zastąpiła go budowla XIV-wieczna, potem XIX-wieczna, która stoi do dzisiaj. To, co pozostało z XII-wiecznego pieve to lapidarium detali architektonicznych, które dzisiaj można podziwiać w kaplicy bocznej (jeśli chodzi o kształt samego lapidarium, nie mogliśmy pozbyć się skojarzenia z piecem do pizzy). Na szczycie konstrukcji znajduje się wizerunek Chrystusa Królującego w medialionie podtrzymywanym przez dwa anioły. Poniżej znajdują się wizerunki anioła, orła, lwów, smoka oraz romańskie kapitele o bardzo subtelnej, roślinnej dekoracji. Poza lapidarium nie znajdziemy tu więcej reliktów sztuki romańskiej.

Cóż, w pępku winiarskiego światka bardziej niż na romańskie zachwyty nastawialiśmy się na doznania bardziej cielesne. Ale jak już wpadło się na ten kieliszeczek czy dwa słynnego brunello, warto rzucić okiem również i na to przeciekawe lapidarium. Ciepło myśląc o kamieniarzu sprzed wieków, który ocalił od zapomnienia kilka detali, które wydały mu się piękne, sączymy wino doszukując się w nim aromatu toskańskich ziół - tymianku i rozmarynu. ..

Galeria: 

Pienza - La pieve di Corsignano od VIII wieku

Tego dnia Toskania postanowiła wyczerpać naszą cierpliwość. Temperatura spadła do 6 stopni, nad zielonymi wzgórzami crete senesi spotkały się dwie burze tocząc bitwę na pioruny, zawiewało lodowatym deszczem, a na szczycie górującego nad okolicą wygasłego wulkanu Monte Amiata spadł świeży śnieg. Przypomnę, że był koniec maja. To był nasz ostatni dzień w okolicach Pienzy, miasta-marzenia papieża-humanisty Piusa II, który ze swojej sennej, rodzinnej wioski postanowił uczynić perłę renesansu. Nazajutrz ruszaliśmy bardziej na północ, do Florencji, Pizy, a potem do Mediolanu. Ubrani na cebulkę we wszystkie ciepłe ubrania wybraliśmy się na rajd po okolicy w poszukiwaniu drogowskazów z napisem vendita diretta, które kierowały do gospodarstw, gdzie prosto od przysłowiowego chłopa kupić można było ser, oliwę czy wino. Nie zabraliśmy aparatu, jeszcze by mógłby zmoknąć.. Potem bardzo tego żałowaliśmy. Kiedy wracaliśmy z cennym ładunkiem na pokładzie (złoty płyn chlupotał w baniaku, starzony w sianie pecorino di Pienza delikatnie rozsiewał wokoło subtelny aromat kiszonki), zwróciliśmy uwagę na jeszcze jeden drogowskaz tuż przy drodze, którą przejeżdżaliśmy codziennie: La pieve di Corsignano. Jak mogliśmy o tym zapomnieć!

La pieve di Corsignano, czyli parafialny kościoł Corsignano, to jedyna pozostałość po rodzinnej miejscowości Piusa II, Corsignano. W renesansowej, starannie zaplanowanej Pienzy już nie ma śladu po wsześniejszych zabudowaniach Corsignano i ich prowincjonalnym charakterze. Został tylko na peryferiach niewielki, zapomniany wkrótce kościółek pod wezwaniem San Vito e Modesto. Sam Enea Silvio Piccolomini, późniejszy Pius II oraz jego bratanek późniejszy Pius III, zostali tutaj ochrzczeni. Pierwsze wzmianki o kościele pochodzą z VIII wieku i potwierdzają istnienie w tym miejscu baptysterium. Sam kościół pochodzi najprawdopodobniej z X wieku, a jego obecny kształt zawdzięcza XIII wiecznej przebudowie. Jako że kościół popadł w zapomnienie, niewiele się tu przez wieki zmieniło, a to, co nadmiarowe usunięto podczas prac zabezpieczających w początkach XX wieku.

Intrygujący jest już sam kształt kościoła, jak i jego zewnętrzne dekoracje. Niewielka świątynka ma bowiem zupełnie niespotykaną, potężną, cylindryczną wieżę, co do której istnieją przesłanki, żeby łączyć ją ze wzmiankowanym wcześniej baptysterium. W czasie napadów rabunkowych, jakie na Corsignano przypuszczały bandy rabusiów, w wieży chroniła się miejscowa ludność.

Fasadę budynku zdobi niewielki portal i biforium. I co ciekawe, we wszystkich dekoracjach rzeźbiarskich fasady trudno doszukać się motywów religijnych. Tak więc w portalu znajdziemy syrenę, a nawet dwie oraz przedstawienia schematycznych sylwetek ludzkich i potworów. Lewa syrena gra na instrumencie przypominającym skrzypce, postacie ludzkie i charakterystycznych spódnicach wydają się tańczyć... Archiwoltę zamykają baranie głowy i rozety (co niektórzy interpretują jakoś ślady działania tu Templariuszy). Drugi, południowy, portal, zdobią płaskorzeźby w stylu lombardzkim, a głównym motywem jest Boże Narodzenie. Warto zwrócić uwagę na poukrywane w zwojach plecionki fantastyczne zwierzęta i twarze.

Ale powróćmy na chwilę do fasady. Zamiast kolumny biforium nad portalem przedzielone jest rzeźbą kariatydy. I tutaj kolejna konfuzja - w kościołach na ścianie szczytowej spodziewać by się można wizerunku Madonny. Ale kariatyda z Pienzy jest prosta, wręcz schematyczna, ubrana w długą spódnicę, stoi wyprostowana, podpierając się pod boki wypinając piersi. Nie przypomina romańskich madonn, raczej rzymskie menady, a nawet ma w sobie jakąś dziką pierwotność bogini-matki.

Okazuje się, że kościółek jest otwarty, więc wchodzimy do środka. Wnętrze sprawia wrażenie zakurzonego, nieużywanego i niesamowicie pierwotnego. Drewniana więźba dachowa, nieregularne, asymetryczne arkady międzynawowe, prosty ołtarz, odwieczny łuk apsydy, ściany bez żadnych fresków czy dekoracji. Ale chwileczkę - jest jedna płaskorzeźba... I znowu zamiast jakiegoś pobożnego przedstawienia świętego tego czy tamtego, mamy tu zawinięte, niepokojące, chtoniczne, pierwotne - węże... Zaglądamy do wieży, schodzimy pod ukrytą pod prezbiterium kryptę, wspartą na kolumnach o ciekawych kapitelach. We wnętrzu warto zwrócić uwagę na chrzcielnicę w romańskim kapitelu - to tu chrzczeni byli papieże z rodu Piccolominich.

Spędzilibyśmy tu na pewno więcej czasu, buszując z aparatem po zakamarkach i okolicznych krzakach, ale cóż - dysponowaliśmy do celów fotograficznych tylko komórką, a nad nami przewalały się burze i hulał wiatr. Uciekliśmy do naszej przerobionej z kurnika czy chlewika chatki, gdzie tego dnia poddaliśmy się i włączyliśmy ogrzewanie. Wszystkim odwiedzającym Pienzę serożercom i winopijcom polecamy to intrygujące, tajemnicze miejsce, gdzie spotkała się przedchrześcijańska symbolika z tradycją papieży-humanistów. A po drodze poszukajcie drogowskazów vendita diretta - będziecie zachwyceni!

Galeria: 

Piza - Campo dei Miracoli z XI/XII wieku

Piza - wszyscy ostrzegali nas przed tym miejscem... Tłumaczyli, że to Disneyland dla turystów z Nowego Świata. Miejsce, gdzie hordy młodszych dzieci wyją do księżyca domagając się większej porcji gelato italiano. A hordy starszych dzieci, tych nastoletnich, próbują sobie zrobić zdjęcie z Krzywą Wieżą tak, żeby wyglądało, jakby ratowali ją przed upadkiem, i strzelają sobie selfie tysiące razy na minutę. A wszystko to upchnięte na niewielkiej przestrzeni Campo dei Miracoli. Ale cóż, nie mogliśmy odpuścić sobie tak ważnego romańskiego zabytku, który wywarł olbrzymi wpływ na architekturę całej Toskanii. Plan był prosty - przyjeżdżamy, robimy swoje i uciekamy z tego potępionego miejsca kierując się do Lukki.

Dodamy tylko tyle, że do Lukki nigdy nie dotarliśmy...

Pomijając wspomniane tłumy turystów (nie da się zaprzeczyć, potrafią zepsuć humor), "Plac Cudów" zasłużył na swoją dumną nazwę. Potężna katedra, baptysterium w koronie z pinakli, kampanila zwana pieszczotliwie "Krzywą Wieżą" oraz cmentarz Camposanto tworzą istną cud-kolekcję (a do tego każdy z jej elementów mógłby samodzielnie za cud uchodzić). Jest to pozostałość po czasach świetności Pizy, która w średniowieczu była prawdziwą morską potęgą. Pizańska marynarka w XI wieku oczyściła dużą część Morza Śródziemnego z saraceńskich piratów, na czym wyjątkowo skorzystał handel w regionie, oczywiście kontrolowany przez Pizę. Był czas, kiedy miasto to rywalizowało nawet z Florencją, a historia toskańskiego chleba - obłędnej, puszystej buły z semoli di grano duro, również wiąże się z Pizą. Chleb toskański jest bowiem - niesłony. A to dlatego, że Piza kontrolowała morski handel, a więc i handel solą, a dumni Florentczycy woleli jeść chleb niesłony, niż słono płacić Pizańczykom za sól. Potęga morska Pizy jednak załamała się w starciu z Genuą, poza tym zatoka zarosła mułem. Dziś Piza to leniwe włoskie miasto średniej wielkości, dla pasażerów tanich linii lotniczych brama Toskanii, znana głównie z Krzywej Wieży, która znana jest z tego, że jest Krzywa.

Zacznijmy od baptysterium. Jeden z naszych przyjaciół ukuł piękną metaforę: Campo dei Miracoli wygląda, jakby zbudowali je kosmici, a baptysterium to statek, którym przylecieli. Patrząc na ten dziwaczny, przysadzisty budynek z kopułą i sterczącą koroną gotyckich pinakli, trudno się nie zgodzić. Kłopoty finansowe Pizy cierpiącej wskutek morskiej ekspansji Genui, sprawiły, że baptysterium dokończone zostało dopiero w XIII wieku, już w stylu gotyckim, przez Nicola i Giovanniego Pisano, stąd pinakle, ostrołukowa galeryjka i gotyckie rzeźby, a wewnątrz wspaniały, gotycki pulpit. Do środka prowadzi misterny, romański portal, którego zdobienia zdają się ulepione z ciasta. Baptysterium w Pizie to dzisiaj największe baptysterium we Włoszech, a do tego obdarzone niesamowitą akustyką (przewodnik wycieczek śpiewa po kolei dźwięki oddalone od siebie o tercję, by zabrzmiał trójdźwięk - można tu śpiewać z samym sobą na głosy). Dzieje włoskich stylów architektonicznych plączą się tutaj i zadają kłam wyobrażeniom o średniowieczu - oto budowniczy ery romańskiej podpisuje swoje dzieło imieniem Diotosalvi magister, a w dekoracjach gotyckiego pulpitu pojawia się nagi Herkules. Warto spędzić trochę czasu w baptysterium, przejść się emporą (tak, tu znajdziemy okienko, z którego można zrobić najlepsze zdjęcia katedry z wyglądającą z zaciekawieniem zza cielska budowli Krzywą Wieżą - uwaga, do tego miejsca ustawia się kolejka), popodziwiać misternie zdobione kapitele kolumn, czy trzynastowieczną posadzkę z góry, zapatrzyć się w kopułę. Ale to przecież nie koniec.

To Szok! W Pizie nie tylko Wieża jest Krzywa! Jeśli dobrze przypatrzyć się katedrze, to nie znajdziemy tutaj łatwo dwóch idealnie prostopadłych linii. Któż bowiem buduje tak wielkie budynki na tak niestabilnym gruncie? Pizańczycy dosyć szybko zorientowali się, że się przeliczyli próbując zbudować swoje cuda na piasku, ale zaczęli swoje błędy naprawiać już w trakcie budowy. Dzięki tym interwencjom Krzywa Wieża wciąż jest Krzywą a nie Leżącą Wieżą. A katedra w miarę trzyma się pionu, tylko nie należy się zbyt intensywnie wpatrywać w jej fasady, bo można uwierzyć, że wypite wczoraj Chianti jakimś cudem jeszcze nie wyparowało z krwiobiegu. Olbrzymi budynek trudno ogarnąć wzrokiem - majestatyczna fasada z hipnotyzującymi rzędami kolumienek, dekorowana szkiełkami i ceramiką, z majestatycznymi drzwiami z brązu, kopuła nad skrzyżowaniem naw, potężne ściany dekorowane galeryjkami i monumentalna krzywizna apsydy ledwo mieszczą się w kadrze. Pizańskie arcydzieło, znakomity przykład "pizańskiego stylu" inspirował wielu romańskich budowniczych, nikomu jednak nie udało się powtórzyć jej ogromu.

Katedra znacznie ucierpiała podczas pożaru w 1595 roku i została odbudowana, mało co z oryginalnego wyposażenia katedry przetrwało pożar. Wnętrze - potężna, pięcionawowa nawa główna, trójnawowe transepty, kopuła nad skrzyżowaniem naw oraz majestatyczna apsyda dają wrażenie ogromu i potęgi. ciągnące się w nieskończoność arkady naw, przenikające się plany ścian ułożonych w pasy dwubarwnego kamienia, przywodzą na myśl całkiem uprawnione skojarzenia z architekturą mauretańską. Bazylika kryta jest stropem (dzisiaj bogatym, barokowym stropem kasetonowym), posiada emporę nad nawami bocznymi zarówno w nawie głównej jak i w transeptach, otwierającą się do wewnątrz filigranowymi biforiami i triforiami. Gotycka mozaika w apsydzie - monumentalny Chrystus autorstwa Cimbaue jest jednym z niewielu dzieł sztuki, które przetrwało pożar. Pulpit braci Pisano również przetrwał, ale został skrzętnie uprzątnięty po pożarze do magazynu, a wrócił na swoje miejsce dopiero w XX wieku. Podobnie jak nagrobek cesarza Henryka VII. Ów władca zmarł na włoskiej ziemi w 1313 oficjalnie na malarię, a nieoficjalnie teorie spiskowe mówią, że otruty przy pomocy zatrutej hostii przez przeciwników politycznych.

Krzywa Wieża - czyli zwykła kampanila, jakich wiele we Włoszech - to piękna, misternie zdobiona poziomami kolumienek, filigranowa budowla, znana głównie z tego, że jest Krzywa (cóż, jak dla nas mogłaby wcale nie być Krzywa i dalej być cudem - romańskim cudem). Osiadać zaczęła już w czasie budowy, a jej budowniczowie starali się jak mogli wyprostować ją obciążając ją tak, żeby przynajmniej się nie przewróciła. Dzisiaj do ratowania dalej przechylającej się Krzywej Wieży zaangażowano Amerykańskich Naukowców, którzy ustabilizowali Krzywą Wieżę na tyle, że będąc Krzywą się nie przewróci. Postanowiliśmy nie zwiedzać Wieży, zostawić tą przyjemność dzieciom, a cena biletu - zawrotne kilkadziesiąt euro - oraz czas oczekiwania w kolejce wyraźnie pomogły nam podjąć tę decyzję.

I na koniec Camposanto czyli cmentarz - budynek co prawda nieromański, bo gotycki, ale jako element Campo nie sposób go pominąć. Mało kto tu zagląda, tłumy wolą oblegać Wieżę, poza tym to jednak trochę niesmaczne robić sobie selfie na cmentarzu. Krużganki otwarte na zielony, tchnący spokojem dziedziniec, kryją skarby - nie nagrobki, nie rzeźby - freski, a w zasadzie to, co po nich pozostało... Historia tych - jednych z najcenniejszych w całych Włoszech - fresków, jest smutna i włos jeży na głowie. Triumf Śmierci, którego autorem mógł być Buonamico Buffalmacco lub anonimowy twórca bardzo odkrywczo nazwany "Mistrzem Triumfu Śmierci", został zniszczony jednego, feralnego wieczora w trakcie alianckiego bombardowania, kiedy to od bomby zapalił się dach, a spływający po ścianach ołów zmył freski prawie doszczętnie. To, co przetrwało do dzisiaj, budzi grozę i daje wyobrażenie, jak mogła wyglądać całość i jakiej klasy zabytek bezpowrotnie straciliśmy. W scenach Sądu Ostatecznego, kiedy to umarli wstają z grobów, anioły dokonują upiornej selekcji zbawionych i potępionych. Wrażliwość artysty przemyciła obrazy znane mu z historii Czarnej Śmierci. A nawet prorocze wizje, które przywodzą na myśl Holocaust - anielska selekcja kojarzy się z zupełnie inną selekcją, a zbawieni nie patrzą na Chrystusa, lecz z trwogą spoglądają w stronę piekła. Po wizycie na Camposanto jazgot turystycznego ula zaczął nam przeszkadzać.

Nie spodziewaliśmy się, że w Pizie spędzimy cały dzień i to tylko na Campo dei Miracoli - ale nie sposób było wyrwać się z hipnotyzującego rytmu prawie-mauretańskich arkadek, oderwać wzroku od UFO-baptysterium, a także nie przekrzywiać głowy, patrząc na wieżę, w geście obrony zinternalizowanego układu współrzędnych przed rzeczywistością. Piza to nasze pożegnanie z Toskanią - ruszamy dalej, na północ, do Lombardii, gdzie czeka na nas Pawia i Mediolan. A wszystkim tym, którzy boją się Pizy odpowiadamy - warto, ale odwagi!

Galeria: 

Radicofani - kościół San Pietro z X-XI wieku

Radicofani widać z daleka, nawet z balkonu papieskiego pałacu w Pienzy - wystający z horyzontu "dzyndzel" to właśnie wzgórze, na którym położone jest miasteczko. Żeby tu dojechać potrzeba trochę samozaparcia, przydaje się też mocny żołądek, kiedy przychodzi do pokonywania serpentyn prowadzących na górę. A na górze znajdziemy senne miasteczko, jakże różne od toskańskich superhitów w typie Montalcino czy Montepulciano, wieżę strażniczą (trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce na punkt obserwacyjny) i kościółek romański.

Początki kościoła św. Piotra sięgają wieku X, chociaż w późniejszych latach był on nie raz przebudowywany. Jego prosta fasada z jedną wieżą, biforium i prostym portalem oraz szary, wulkaniczny kamień przypominają nieco sąsiednie Abbadia di San Salvatore, jednak bez lombardzkich fajerwerków w środku. Wewnątrz część kościoła kryta jest stropem, a część sklepieniem krzyżowo-żebrowym, opartym na masywnych filarach. Forma kościoła jest klasyczna, chociaż nieco rozłożysta, prezbiterium zamknięte jest apsydą. Wewnątrz jest dość ciemno, a warunki fotograficzne nie za dobre. Warto zwrócić uwagę na znajdujące się w kościele rzeźby - terakotowe z warsztatu Andrei della Robbia oraz drewnianą Madonnę autorstwa Francesco di Valambrino z XVwieku.

Kościół św.Piotra w Radicofani to może nie toskańska perełka, ale dla spektakularnych widoków na Monte Amiata oraz całą Val d'Orcia z łagodnymi wzgórzami crete senesi warto tu przyjechać, odpocząć od zgiełku i zapatrzeć się w horyzont...

Galeria: 

San Antimo - opactwo San Antimo z XII wieku

Trudno wyobrazić sobie bardziej toskański widok - zielone wzgórza, winnica, cyprysy i... łagodne formy romańskiej wieży, apsydy, biforium. Wśród pól, winnic i gajów oliwnych wije się gruntowa droga, prowadzi zakosami do romańskiego raju, opactwa San Antimo, które wyrasta jakby wprost ze wzgórza, stanowiąc z nim jedność, wtopione w krajobraz, odwieczne. To nasza Mekka, jeden z najpiękniejszych zakątków najpiękniejszej krainy.

Historia tego miejsca sięga czasów Karola Wielkiego, który podobno modlił się tutaj o uzdrowienie jego armii trapionej przez choroby. Bóg wysłuchał cesarza i cesarz odwdzięczył się niebiosom fundując tu opactwo. Inni przypisują ufundowanie opactwa Longobadom. Dokumenty jednak potwierdzają przekazanie opactwo relikwi św. Sebastiana i papieża Hadriana I przez Karola Wielkiego. Jego następca, Ludwik Pobożny wyposażył opactwo hojnie w ziemię i przywileje. Co pewne, lokalizacja opactwa nie jest przypadkowa - znajduje się ono na skrzyżowaniu odwiecznych szlaków - szlaku Etrusków prowadzącego z Chiusi na wybrzeże, rzymskiej Via Clodia i średniowiecznej Via Francigena prowadzącej z północy do Rzymu. Swój rozkwit benedyktyńskie opactwo przeżywało w XII wieku, kiedy to rozpoczęły się zakrojone na szeroką skalę prace budowlane. Dzisiejszy kościół i ruiny zabudowań klasztornych to ich efekty. Niestety, fundusze wkrótce się wyczerpały, kościoła nie dokończono, a w XV wieku opactwo zostało opuszczone. Kamień z zabudowań klasztornych rozgrabiła miejscowa ludność, kościół niszczał opuszczony.... Mnisi - Premonstranci z Francji - wrócili tutaj dopiero w XX wieku.

Kościół pochodzący z pierwszej, karolińskiej fundacji z IX wieku dziś pełni funkcę zakrystii. Niewielkie pomieszczenie przylegające od północnej strony do prezbiterium zdobią ciekawe freski (przedstawiające radosne życie klasztorne, a między innymi sielankowymi scenami i kopulujące świnki), jednak najczęściej pomieszczenie jest zamknięte. Dwunastowieczny kościół, który jest dzisiaj jedyną pozostałością po drugim pod względem majątku opactwie we Włoszech, budowano z rozmachem. Do jego budowy zatrudniono prawdopodobnie dwa warsztaty - Lombardzki i Francuski, oraz mistrza kamieniarskiego z Katalonii Mistrza z Cabestany, który wykonał część z kapiteli (zwróćcie uwagę na drufą kolmnę po prawej, licząc od wejścia z przedstawieniem sceny biblijnej "Daniel w jaskinii lwów" - to własnie jego dzieło). Kościół jest elegancką bazyliką bez tanseptu, z rozbudowanym rozwiązaniem wschodnim (apsyda z obejściem), ze smukłą, prostokątną wieżą dostawioną od południa do prezbiterium. Ściany zewnętrzen dekorowane są lizenami, fryzem arkadkowym oraz licznymi drobnymi rzeźbami (z przedstawieniami m.in fantastycznych zwierząt, gryfów, czy Madonny z dzieciątkiem). Fasada nigdy nie została dokończona, brakuje oszałamiającego portalu, którego można by się tu spodziewać. Niektórzy sądzą, że portal w pobliskim San Quirico di Orcia (wkrótce w Albumie!) przeznaczony był początkowo własnie do San Antimo. Niewielki (żeby nie powiedzieć prowizoryczny) portal, przez który dzisiaj wchodzi się do kościoła, zdobiony jest w stylu francuskim (langwedockim).

Wnętrze ujmuje swoją romańską prostotą, elegancją proporcji i czystością stylu. Łuki międzynawowych arkad podtrzymywane są przez kolumny o niezwykle misterie zdobionych kapitelach. Nad nawą boczną znajduje się empora otwarta do nawy biforiami. Monumentalną apsydę otacza obejście z szeregiem mniejszych nisz - rozwiązanie bardzo rzadkie we Włoszech, o typowo francuskiej proweniencji (inspirowane prawdopodobnie rozwiązaniem benedyktyńskiego Cluny). Służyło pielgrzymom do okrążania ołtarza, w którym znajdowało się martyrium z relikwiami świętych. Ołtarz wieńczy XII-wieczny malowany krucyfiks, zabytek o niezwykłej wartości. Całość kryta jest stropem. Nagie, kamienne ściany nie są niczym zdobione, dając wrażenie surowości. Zachęcamy do niespiesznego zwiedzania kościołu od kapitelu do kapitelu - niektóre z nich są przepięknie zdobione motywami scen biblijnych, inne motywami zwierzęcymi, inne roślinnymi. Część z nich wykonana jest ze zwykłego kamienia, inne z alabastru. Ich bogactwo formy może przyprawić o zawrót głowy.

Harmonia i piękno tego wnętrza zachęcają do tego, by po prostu usiąść sobie w ławce i chwilę pokontemplować. Szczególnie, że na zewnątrz przewala się kolejna z serii toskańskich burz, które towarzyszyć nam tu będą przez cały pobyt. San Antimo zachwyca - nawet tych niespecjalnie zainteresowanych sztuką romańską czy sztuką w ogóle. To miejsce po prostu trzeba odwiedzić!

Galeria: 

San Giovanni di Asso - kościół San Pietro in Villore z XI/XII wieku

San Giovanni di Asso - kolejna senna, malutka, ale jakże ciekawa i obdarzona bogatą historią toskańska wioska, łącząca w sobie przyjemności ciała i ducha. Mamy tu starożytne relikty archeologiczne, średniowieczny zamek, na przestrzeni wieków kilka kościołów (nie wszystkie istnieją do dzisiaj), kręte uliczki, suszące się w oknach pranie i... trufle! Tak, San Giovanni di Asso słynie z białych trufli, które mają tu nawet swoje muzeum (średnio ciekawe tak na marginesie). Jest tu też oczywiście kościółek romański, niewielki, skromy i tajemniczy...

Historia chrześcijańskiego kultu w tym miejscu sięga VIII wieku, ale obecny budynek pochodzi z XI lub XII wieku. Swój obecny, nieco eklektyczny kształ zawdzięcza rekonstrukcji po pożarach z XV i XVI wieku (partie muru uzupełnione cegłą) oraz XX wiecznej interwencji, kiedy to do kościółka dostawiono dzwonnicę. Prosta budowla składająca się z prostej nawy zakończonej półkolistą apsydą zbudowana jest z bloków białego kamienia i tufu, a w części zachodniej (najbardziej zniszczonej podczas pożarów) uzupełniana cegłą. Do środka niestety nie udało nam się wejść. Z tego, co się dowiedzieliśmy, wnętrze przekrywa sklepienie krzyżowe o dwóch przęsłach, a pod nim znajduje się równie tajmnicza krypta oparta na 7 kolumnach, która miała kiedyś samodzielne wyjście na zewątrz.

Na zewnątrz zwraca uwagę fasada zachodnia, składająca się z portalu i flankujących go par ślepych arkad. W jej dekoracjach historycy sztuki doszukują się wpływów sieneńskich, lombardzkich, a nawet francuskich. Fasada sprawia wrażenie, że została poskładana ze starszych elementów "z odzysku" (co najprawdopodobniej jest prawdą) z poprzedniego kościoła, a niektóre dekoracje rzeźbiarskie (w tym kapitel jednej z kolumn w krypcie) zdradzają jeszcze starsze, przedchrześcijańskie pochodzenie. Zwracają uwagę niezwykle misternie zdobione głowice kolumienek i wsporniki łuków ślepych arkad, z motywami roślinnymi, winnych gron, a także ukryte w nich twarze. Łuk archiwolty, jak i flankujące portal kolumienki (oraz kolumienki bogato zdobionym rozglifieniu okna apsydy) są misternie skręcone. W tympanonie wtórnie użyto płyty z misterną plecionką. Dekoracje ościeży portalu w postaci motywu palmy oraz przenikających się spotów są szczególnie intrygujące, podobnie jak schematyczne rysunki pod motywem palmy, w których z trudem można doszukać się motywu syreny, lwa i wołków/baranów (?) (klasyczny lombardzki motyw bydła). Ostatnim intrygującym elementem jest wtórnie użyta, wytarta ze starości rzeźba człowieka na rogu ścian zachodniej i północnej. Ma ona w sobie coś niepokojąco pierwotnego, chociaż nam skojarzyła się raczej z Hanem Solo zamrożonym w karbonicie.

Skąd takie bogactwo formy w malutkim kościółku w San Giovanni di Asso? Skąd bogactwo dzieł sztuki, jakie tu przez wieki zawędrowały - dziś znajduje się tu tylko kopia XIII-wiecznego malowanego krucyfiksu (oryginał w Muzeum Narodowym w Sienie), a tryptyk przedstawiający Madonnę z Dzieciątkiem i świętych Piotra i Pawła autorstwa Ugolino Nerio (XIV wiek) został stąd zabrany do Muzeum Uffizi we Florencji. Skąd wtórnie użyte tajemnicze dekoracje? I dlaczego pod tak malutkim kościółkiem taka krypta?

Szkoda, że zwiedzania tak ekscytującego zabytku nie dało się niczym wisienką na torcie podsumować talerzem makaronu z truflami, ale cóż - nie ten sezon, nie ta pogoda i nie ta zawartość portfela. Zachwyty duchowe tym razem musiały nam wystarczyć. I wystarczyły :)

Galeria: 

San Quirico d'Orcia - kolegiata z XII wieku

San Quirico d'Orcia ma wiele do zaoferowania fanom romanizmu. Przede wszystkim kolegiatę, której zachwycające i intrygujące dekoracje rzeźbiarskie przyprawiają o prawdziwy zawrót głowy. A że portali kolegiata w San Quirico ma trzy, to jest to trzy razy więcej frajdy, niż zwykle...

Pierwszy z trzech portali kolegiaty w San Quirico d'Orcia wyłania się niczym nieśmiała piękność zza zakrętu wąskiej uliczki tuż za bramami miasta. Sam kościół jest niewielki, stąd nagromadzenie wysokiej jakości elementów kamieniarskich jest tak intrygujące. Niektórzy historycy sztuki twierdzą, że najbogatszy, lombardzki portal zachodni początkowo przeznaczony był dla opactwa San Antimo. Kościół powstał na miejscu wcześniejszego pieve z VIII wieku w wieku XII. W wieku XIII kościół rozbudowano o dwa portale południowe oraz transept. Natępnie w XVII wieku zburzono apsydę, żeby powiększyć kościół o spore prezbiterium, a w XVIII wieku wymieniono dzwonnicę i zmieniono kościół na barokowy.

To, co przede wszystkim zwraca uwagę, to niezwykłe portale. Pierwszy, najstarszy i główny - zachodni - nosi ewidentnie cechy stylu lombardzkiego. Fantastyczne zwierzęta, syreny, krokodyle, lwy, ptaki, postaci ludzkie splatają się ze sobą w finezyjne kompozycje. Centralne miejsce w gładkim tympanonie zajmuje figura patrona - św. Kwirykusa (jak przetłumaczyć imię świętego Quirico? szukaliśmy i nie znaleźliśmy). Zwracają uwagę piękne przeplecione dwukolumienki flankujące portal. Portalu strzegą też romańskie lwy, spolegliwie (albo i nie) polegujące z barankami. Portal jest - oprócz rozety - jedyną dekoracją fasady.

Pozostałe dwa portale pochodzą z XIII wieku. Pierwszy z nich, bardziej po zachodniej stronie południowej fasady, przypisywany jest Giovanniemu Pisano (którego największym dziełem jest fasada Duomo w Sienie, dzieło już uznawane za gotyckie, ale czymże jest włoski gotyk, można zapytać, podobny absolutnie do niczego, a na pewno nie do gotyku francuskiego czy niemieckiego). Drugi ma już wyraźne gotyckie predylekcje, a figury flankujące portal - zarówno świętych, jak i lwów - są już ewidentnie gotyckie. Dekoracje obu tych portali nie są tak bogate, jak portalu zachodniego, ale też zwracają uwagę misterne kapitele z motywami zwierzęcymi (ptaki, gryfy, lwy, fantastyczne stwory). Ściany zewnętrzne kościoła wykończone są fryzem arkadkowych o wykroju trójlistnym.

Wewnątrz kościoła zwracają uwagę masywne ściany nawy przekrytej stropem, apsydka otwarta do transeptu, z pięknym rozglifionym okienkiem. Wnętrze pozbawione jest bogactwa dekoracji rzeźbiarskich, jakie spotkać możemy w portalu, ale całość sprawia wrażenie harmonii i spokoju.

Snując się po Toskanii należy koniecznie zaplanować wizytę w San Quirico d'Orcia - nie tylko dla romańskich skarbów kolegiaty, ale też dla win z Val d'Orcia, dla różanych ogrodów, wąskich uliczek i spokoju (tak, San Quirico d'Orcia spokojniejsze jest niż pobliskie Montalcino czy Pienza, bo słabiej znane), jakiego czasem w tak popularnej wśród turystów Toskanii brakuje. Urocze popołudnie, kieliszek Rosso di Montalcino, kawałek pecorino czy zwykłe a jakże niezwykłe kluski, a do tego romański portal z krokodylem w roli głównej - bezcenne!

Galeria: 

San Quirico d'Orcia - kościół Santa Maria Assunta z XI wieku

Malutkie San Quirico d'Orcia może nie jest tak sławne jak sąsiednie Montalcino, Pienza, czy Montepulciano, ale to jedna z toskańskich perełek. Różane ogrody, wino i kościoły romańskie (tak, bo nie jeden tutaj znajdziemy) to niewątpliwie największe tutejsze skarby. Postanowiliśmy wypróbować wszystkie.

Kościółek Santa Maria Assunta wydaje się, że skromnie przycupnął wśród wąskich uliczek, ale jego lokalizacja jest nieprzypadkowa - zbudowano go w XI wieku przy starym szlaku pielgrzymkowym Via Francigena, prowadzącym z północy do Rzymu. Niewielka, bardzo prosta bryła składająca się z nawy, przyklejonej do niej bezpośrednio płytkiej apsydy i dzwonniczki, zbudowana została z jasnych bloków trawertynu. Najwięcej dekoracji znajdziemy w wysuniętym przed lico ściany portalu, z intrygującymi przedstawieniami lwów pożerających ludzi oraz dekoracjami roślinnymi archiwolty i kapiteli kolumienek zdradzającymi pokrewieństwo z pobliskim opactwem San Antimo. Na zewnątrz oprócz portalu kościółek zdobi fryz arkadkowy apsydy. Wnętrze jest jedną halą przekrytą stropem, doświetloną świetnie zachowanymi rozglifionymi okienkami. Nagie ściany wnętrza pozbawione są dekoracji poza kolumienką z figurą świętego.

Kościół Santa Maria Assunta, który sam w sobie jest pięknym przykładem prostego i pierwotnego romanizmu, jest pierwszym przystankiem na drodze do skarbów San Quirico d'Orcia - bo romańskich skarbów jest tutaj więcej. Ale póki co pora na róże i wino...

Galeria: 

Trequanda - kościół św. Piotra i Andrzeja z XIV wieku

Trequanda to malutka wioska zagubiona wśród wzgórz crete senesi na północ od Montepulciano. Ale na samą myśl, że w tak malutkiej miejscowości, w skromnym kościółku z dwukolorowego kamienia znajdziemy więcej wysokiej klasy zabytków renesansu, niż w niejednym polskim województwie, trochę żal ściska za gardło. Możemy się pocieszać tylko tym, że pada, chociaż to akurat marna pociecha...

Kościółek św. Piotra i Andrzeja niektóre źródła określają jako romańsko-gotycki, chociaż włoski gotyk jest tak dyskusyjny, jak polska kultura winiarska. Fasada z dwukolorowego kamienia ułożonego w szachownicę w zasadzie pozbawiona jest dekoracji. Sklepienie kolebkowe z lunetami (nie znaleźliśmy w źródłach, czy jest oryginalne. Kościół przebudowywano, więc jest szansa, że nie jest romańskie) w nawie jest nieco niższe, niż sklepienie krzyżowo-żebrowe w transepcie i prezbiterium. Warto zwrócić uwagę na płaskorzeźby w tympanonie bocznego portaliku i płaskorzeźbę z wizerunkiem baranka. Miłośnikom renesansu należy polecić fresk Przeistoczenie Il Sodomy, a także ołtarz z wizerunkiem Madonny w otoczeniu świętych autorstwa Giovanniego di Paolo oraz terakotową Madonnę przypisywaną Andrei Sansovino.

Zagubioną wśród pól wioskę Trequanda i kościółek św. Piotra i Andrzeja polecamy bardziej miłośnikom renesansu, niż romanizmu. Ale nie żałujemy, że tu dotarliśmy!

Galeria: 

Volterra - katedra Santa Maria Assunta z XII wieku oraz baptysterium z XIII wieku

Volterra położona jest w tyleż dramatycznym, co malowniczym krajobrazie. Na samotnym, smaganym przez bezlitosne wichry wzgórzu flankowanym przez klify (Le Balze). Etruska metropolia, toskańskie miasteczko, a ostatnio niefortunna stolica turystyki wampirycznej ma turystom wiele do zaoferowania - ustronne, ciche place, średniowieczne pałace, etruskie ruiny, niezliczone stosy alabastrowych moździeży i tandetnych pamiątek w stylu połączonych serc z napisami "Edward & Bella forever" oraz - romańską katedrę Santa Maria Assunta. Zanim, skrzypiąc resorami, wspięliśmy się na wzgórze Volterry, cieszyliśmy się jednym z niewielu słonecznych dni w Toskanii. Cóż z tego, że chociaż słońce grzało, to słynny, volteriański wiatr - zimny jak pocałunek Edwarda Cullena - pozbywał się resztek ciepła z bezwzględnością godną hrabiego Draculi...

Pozostało nam tylko poszukać zacisznego wnętrza, gdzie można w spokoju podelektować się sztuką. Wybraliśmy oczywiście Duomo, czyli katedrę. Budynek, który stoi do dzisiaj powstał na początku XII wieku w miejscu, gdzie poprzednią katedrę zmiotło z powierzchni ziemi trzęsienie ziemi. Kolegiacie towarzyszy baptysterium i kampanila z XIII wieku, z czasów ingerencji słynnego Nicola Pisano. Stąd już blisko do Pizy, a baptysterium dekorowane pasami z dwukolorowego kamienia czytelnie nawiązuje swoją architekturą do architektury pizańskiej. Katedrę trudno zobaczyć w całości z jednego miejsca, wrosła w tkankę miasta i stopiła się z innymi budynkami. Elegancka, prosta fasada z fryzem arkadkowym i ślepymi arkadkami w szczycie oraz zbudowany przy wykorzystaniu rzymskiego złomu portal tworzą wysmakowane połączenie.

Wnętrze katedry zachowało swą pierwotną formę, nie zachowało jednak swoich pierwotnych dekoracji. Potężne ściany nawy opierają się na masywnych kolumnach. Dość długa, doświetlona rozetą w zachodniej ścianie nawa kryta jest stropem. Potężny transept otwiera się na płytkie prezbiterium i flankujące go kaplice. To, jak wnętrze katedry wygląda dzisiaj zawdzięcza przebudowom z XVI i XIX wieku. Stiukowe kapitele kolumn, barokowy strop, liczne dobudowane do kościoła kaplice tworzą wrażenie niejakiego bałaganu. Ściany pomalowano w "pizańskie" pasy w XIX wieku. Jedyne, co znajdziemy tu z czasów romańskich, to lwy podtrzymujące kolumny kazalnicy, w XVI wieku poskładanej z licznych, starszych elementów.

Baptysterium dekorowane jest (chociaż nie w całości) pasami jasnego i ciemnego kamienia i ma formę wielokąta. Zwraca uwagę bogato zdobiony uskokowy portal z wizerunkami główek apostołów, Chrystusa oraz Marii. Wewnątrz każdy z odcinków ścian wielokąta posiada też własną płytką niszę. Misa chrzcielna jest autorstwa Andrei Sansovino.

Odwiedziliśmy jeszcze etruskie wykopki, napiliśmy się kawy, przemknęliśmy smagani wiatrem przez uliczki i zakamarki i popędziliśmy dalej. Volterra - trochę na uboczu toskańskich szlaków, trochę mniej sielska, ale za to również mniej zadeptana, to przyjemna alternatywna dla turystycznego południa. A stąd już niedaleko do Pizy czy Lukki. Polecamy!

Galeria: