Tyniec - relikty pierwszego kościoła romańskiego

Będąc w Krakowie koniecznie trzeba odwiedzić Tyniec, gdzie na warownej skale stoi opactwo benedyktynów z kościołem św. Piotra i Pawła. Miejsce to ma przebogatą i niezwykle interesującą historię, która sięga nawet neolitu! Od tysięcy lat to trudno dostępne miejsce pełniło funkcje obronne, w średniowieczu znajdowała się tutaj warownia broniąca traktu do Krakowa. Opactwo położone jest w niezwykle malowniczej okolicy - tutaj kończy się Jura Krakowsko-Częstochowska, a między Tyńcem a Piekarami znajduje się przełom Wisły.

Teorie na temat początków benedyktyńskiego Tyńca są dwie - według jednej fundatorem klasztoru był Kazimierz Odnowiciel według drugiej - Bolesław Śmiały. Prof. Zygmunt Świechowski w "Katalogu architektury romańskiej w Polsce" skłania się ku tej pierwszej teorii, pisząc, że "przemawiają za nią przekazy stosunkowo późne, lecz oparte na wiarygodnych (obecnie zaginionych) źródłach. Mogło być więc tak, że benedyktyni przybyli do Krakowa w 1044 roku, sprowadzeni przez Kazimierza Odnowiciela (ten rok fundacji wskazuje Długosz), przy udziale biskupa krakowskiego Arona, który został jednocześnie pierwszym tynieckim opatem. Natomiast król Bolesław Śmiały ufundował dla konwentu murowane opactwo w Tyńcu (zaświadcza o tym dokument legata Idziego z ok. 1125 r.). Powstaje wtedy romański kościół św. Piotra i Pawła oraz budynki klasztorne, a całe wzgórze zostaje ufortyfikowane. Podczas badań prowadzonych z końcem lat 90. powstała teza, że najstarszy kościół był drewniany i zniszczył go pożar, a dopiero na jego miejscu powstała świątynia romańska.

Kres romańskiemu Tyńcowi położył najazd tatarski lat 1259-1260. Wszystko spłonęło. Tyniec odbudowano w stylu gotyckim, a następnie przebudowano w stylu barokowym.

Niestety, podczas przebudowy kościół romański przepadł bezpowrotnie. Ostały się jedynie poszczególne relikty odkrywane podczas kolejnych wykopalisk, oraz spory odcinek - do wysokości 5 metrów - południowej, XI-wiecznej ściany kościoła, włączony dziś w ciąg muru między świątynią a krużgankiem. W tej ścianie ocalał niewielki portal datowany na 2 połowę XI wieku. Nie ma on praktycznie żadnych dekoracji, tylko dwa uskoki ościeża zwieńczonego łukiem. Bogato dekorowany mógł być za to portal w fasadzie zachodniej: odnalezioną na terenie opactwa małą rzeźbę lwa prof. Świechowski łączy z dekoracją nasady archiwolty.

Świątynia, wzniesiona w 2 połowie XI wieku, zbudowana była ze z grubsza ociosanej kostki wapiennej, dekoracje zaś wyrzeźbiono w piaskowcu. Mierzyła 24 metry długości i 12 metrów szerokości, była dwunawową bazyliką bez transeptu, a nawy zwieńczone były od wschodu apsydami. Nawę główną od bocznej rozdzielały cztery pary filarów. Co do zachodniej fasady, teorie znowu są dwie: mogła mieć albo dwie wieże wzniesione nad nawami bocznymi, albo jedną, w osi nawy głównej. O tym, że wieże (wieża?) były, wskazują pośrednio - zdaniem prof. Świechowskiego - głowice odnalezione na terenie klasztoru.

Jan Adamczewski podaje, że przy okazji prac archeologicznych w latach 60. XX wieku, gdy odkryto pod posadzką prezbiterium fundamenty pierwszej romańskiej świątyni, znaleziono tam też siedem bogato wyposażonych grobów opatów tynieckich (XI-XIII wiek). To właśnie tutaj znaleziono XI-wieczny złoty kielich podróżny z pateną z wyrzeźbionymi krzyżem i ręką Opatrzności, które dzisiaj znajdują się w Skarbcu Koronnym na Wawelu. Na świecie zachowały się tylko dwa takie kielichy, a jeden z nich znaleziono właśnie w Tyńcu.

Dotknięcie XI-wiecznego muru na spokojnych, benedyktyńskich krużgankach, robi wielkie wrażenie, ale prawdziwa frajda zaczyna się w lapidarium. Bo historia naszych odwiedzin w Tyńcu to także historia sukcesu tego miejsca jako ośrodka kultury, mekki dla krakowian spragnionych wyciszenia albo choćby długiego, popołudniowego spaceru czy rowerowej przejażdżki (spod samego Wawelu do Tyńca prowadzi dziś wzdłuż Wisły fantastyczna ścieżka rowerowa), oraz, wreszcie, historia sukcesu Tyńca jako turystycznej destynacji i odnalezienia się zakonu w, co tu kryć, wolnorynkowych realiach. Gdy byliśmy tu za pierwszym razem, na krużganki wpuszczeni zostaliśmy konspiracyjnie przez miłego furtiana i w prawie całkowitych ciemnościach, z dźwiękami "Ave Maria" w tle (w kościele odbywał się właśnie ślub) z partyzanta robiliśmy zdjęcia. O zobaczeniu przechowywanych tu legendarnych romańskich kapiteli nie było nawet mowy. Zaś od południowej strony zewnętrzny dziedziniec wieńczyła sczezła i chwastem zgłuszona tzw. "wielka ruina" - szczątki niegdysiejszej gotyckiej biblioteki klasztornej, niszczejące tak, jak po Potopie zostawili je Szwedzi. Zaś dzisiaj po krużgankach oprowadzane są przez braci regularne wycieczki, "wielką ruinę" wyremontowano, na piętrze znajduje się centrum konferencyjne, a na parterze i w podziemiach niewielkie muzeum, za to kryjące istne skarby romańskiej kamieniarki.

Otóż można tu wreszcie w godziwych warunkach obejrzeć świetnie wyeksponowane (może nawet zbyt świetnie - kolorowe oświetlenie wrażenie robi nieco teatralne, ale w gruncie rzeczy sympatyczne) arcydzieła romańskiej kamieniarki: bliźniacze kapitele, z których każdy jest unikatowy i misternie zdobiony. Odnaleziono je, wtórnie użyte, na terenie klasztoru. Ale skąd się tu wzięły, skoro archeolodzy nigdy nie znaleźli tu fundamentów krużganków romańskich? Otóż pochodzą one z krużganków, które... nigdy nie powstały. Przy świątyni miały zostać zbudowane krużganki otwarte do wirydarza przezroczami - biforiami (a może triforiami?), których kolumienki wieńczyć miały właśnie owe kapitele. Kamieniarze napracowali się nielicho, stworzyli arcydzielne dekoracje, wśród których odnajdziemy ptaki, kwiaty, plecionki (przywodzące trochę na myśl te z romańskiej katedry wawelskiej), palmety, geometryczne sploty. Ale coś się wydarzyło. Do budowy romańskich krużganków nigdy nie doszło. Powstały dopiero krużganki gotyckie, gdy opactwo odbudowywano po najeździe tatarskim.

Gdy ogląda się ekspozycję kapiteli, wyobraźnia podpowiada, jak pięknie by było mieć pod Krakowem miejsce na miarę rzymskiego klasztoru Santi Quattro Coronati. Inna sprawa, że znając zapał nadwiślańskich fundatorów do upiększania romańszczyzny na gotycką, czy nie daj Boże barokową modłę - do naszych czasów romańskie krużganki na pewno by nie dotrwały. O ile nie przebudowaliby ich natychmiast sami mnisi, zdawszy sobie sprawę, że w odróżnieniu od klimatu rzymskiego, czy choćby burgundzkiego, klimat polski sprawia, że zimą otwarte krużganki tracą wiele ze swojego uroku.

Tyniec to miejsce, które przyciąga wręcz magicznie - może to spokój i cisza, które tak kontrastują z wiecznie hałaśliwym Krakowem? A może to piękne widoki na dolinę Wisły? A może oddech wielkiej historii? Choć się ono w dużej mierze komercjalizuje (głównym produktem eksportowym Tyńca są książki ojca Leona Knabita; no i "Produkty Benedyktyńskie", na te drugie jednak może spuśćmy zasłonę milczenia...), to jednak nieszpory w konwentualnym kościele wciąż rozbrzmiewają po łacinie, a tynieckie recitale organowe ściągają wielbicieli barokowego tremens et fascinans - bo w brzmieniu tutejszych organów naprawdę daje się odczuć boży oddech. Benedyktyni tynieccy do wirtuozerii opanowali sztukę łączenia nowoczesnego z tradycyjnym. Zasłynęli wspólnymi sesjami medytacji z mnichami buddyjskimi (jak ktoś powiedział: dwóch mistyków różnych religii dogada się prędzej niż dwóch teologów tej samej religii), wynajmują sale konferencyjne, ale też pokoje dla chcących przyjechać tu na jakiś czas, by odnaleźć skupienie i duchowość. No i - last, but not least - stworzyli efektowną ekspozycję arcydzieł romańskiej rzeźby.

Galeria: