Rumunia

Zapraszamy do Rumunii, gdzie czekają nas romańskie skarby - transylwańskie warowne kościoły kryjące tajemnice zakonów rycerskich, od wieków wykorzystywane przez miejscowych do obrony przed najeźdźcami. Rumunia to niezwykły kraj cudownych, bezpośrednich ludzi, malowanych monastyrów, najlepszego bimbru na świecie, mamałygi, która o dziwo okazała się bardzo smaczna i romańskich cudeniek zagubionych wśród pól i wzgórz, gdzie dojechać można nierzadko tylko drogą gruntową lub dojść na piechotę. Zapraszamy na romańską wyprawę w nieznane!

Acas (węg. Akos) - pobenedyktyński kościół z przełomu XII/XIII w.

To była już ostatnia prosta przed przejściem granicznym w Satu Mare, kiedy z piskiem hamulców zatrzymaliśmy się miejscowości Acas. Naszą uwagę przykuł wielki, monumentalny ceglany kościół romański, stojący jakby nigdy nic, w środku nigdzie, gdzieś po drodze z Kluż-Napoca do Satu Mare (dodajmy - E81). Długo chodziliśmy, przecierając oczy, zaglądając przez zamknięte na głucho ogrodzenie zastanawiając się - nie dowierzając - czy rzeczywiście mamy do czynienia z romanizmem, czy z jakimś poślednim "neo". Kartkowany nerwowo przewodnik milczał. Lokalnego opiekuna tego kościoła też się nam nie udało znaleźć - była pora poobiedniej sjesty. Zrobiliśmy swoje wyciągając szyje i ręce z aparatem ponad ogrodzenie i - pojechaliśmy dalej, świętować pierwszą rocznicę ślubu w malowniczym Tokaju, przy kieliszku jakiegoś dobrego wina.

Z naszych późniejszych internetowych poszukiwań dowiedzieliśmy się, że budowla jest rzeczywiście romańska (cóż, nasz instynkt nas nie zmylił), wniesiona na przełomie XII i XIII wieku przez benedyktynów. To tyle, resztę musieliśmy dopowiedzieć sobie sami.

Kościół w Acas to monumentalna bazylika bez transeptu, zamknięta od wschodu apsydą, od zachodu - dwuwieżową fasadą. Ściany naw, apsydy oraz wież zdobi fryz arkadkowy. Wieże mają dwa poziomy (oddzielone fragmentami fryzu arkadkowego) biforiów o klasycznych, kostkowych kapitelach. Wieże wieńczą ceglane hełmy z uroczymi mansardkami po każdej stronie. Okna poniżej biforiów to wąziutkie szparki, pozostałe okna nawy głównej i bocznej (ściana północna) są klasycznie rozglifione. Do kościoła prowadzą trzy portale - jeden od strony zachodniej, przez niewielką kruchtę o spadzistym dachu, jeden od strony północnej, bardzo prosty, o gładkim tympanonie, a drugi, analogiczny - od południowej. Z tych trzech portali bardziej autentycznie wyglądają północny i południowy. Od strony północnej kościół ma okna tylko w nawie głównej, ściana nawy bocznej jest gładka, przedłużona na apsydę (czyżby tutaj przylegały pomieszczenia klasztorne?). Niestety nie udało się nam zrobić zdjęć strony północnej, ani wejść do wnętrza (to by było dopiero ciekawe!).

Trudno polecać Acas amatorom rumuńskich zabytków romańskich ze względu na jego niedostępność. A może to my mieliśmy pecha? Zapraszamy zatem romańskich podróżników do Acas - i do podzielenia się wrażeniami i zdjęciami wnętrza. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

Galeria: 

Alba Julia (niem. Wiessenburg lub Karlsburg, węg. Gyulafehervar, staropol. Białogród Julijski) - katedra św. Michała z XIII wieku

Do Alba Julia trudno nie trafić - to jedno z większych i starszych miast Transylwanii. Historia tego miasta sięga czasów rzymskich, kiedy to za czasów cesarza Trajana założono tu osadę Apulum, która wkrótce zostanie stolicą prowincji. W XI wieku usytuowano tu biskupstwo misyjne, Alba Julia była też stolicą Księstwa Siedmiogrodu. Dziś do Białogrodu Julijskiego, bo tak brzmi staropolska nazwa stolicy Siedmiogrodu, dojechać można drogą E81 z Klużu i Satu Mare.

Katedrę św. Michała, jeden z najpiękniejszych zabytków romańskich Rumunii, odnajdujemy na terenie barokowej twierdzy Alba Carolina, jednej z niewielu zachowanych w tak dobrym stanie cytadeli europejskich. Na miejscu dzisiejszej katedry w X wieku stała mała rotunda, której fundamenty możemy dziś oglądać w nawie południowej, następny etap do bazylika z XI wieku zbudowana przez króla Władysława I Świętego, zniszczona przez najazd tatarski. Na jej miejscu w XIII wieku rozpoczęto budowę obecnej katedry. W pracach budowlanych w pewnym momencie nastąpiła przerwa, niedokończony kościół podupadł. Budowę zakończył architekt Jan Saint-Die, już w stylu gotyckim. Do tego etapu budowy należy już wielobocznie zamknięte prezbiterium i dość oryginalnie rozwiązana fasada zachodnia.

Katedra św. Michała to klasycznie romańska trójnawowa bazylika z transeptem. Ramiona transeptu od wschodu zakończone są apsydami, apsydą miało również być zakończone prezbiterium. W projekcie przewidziane były dwie wieże zachodnie, jednak dziś stoi jedna (i do tego zapakowana w plastik, w renowacji). Wewnątrz kościół zachował się w prawie idealnym stanie, doceniamy fakt, że nie ma tutaj wszędobylskiego, dominującego u nas baroku. Potężne sklepienia krzyżowe opierają się na masywnych, wiązkowych filarach i wysokiej ścianie nawy. Kapitele filarów i kolumienek zdobione są motywami liściastymi i guzełkami przywodzącymi na myśl kościół w Spisskiej Kapitule. Arkady międzynawowe mają już ostrołukowy wykrój. Najbardziej misterne zdobienia wewnątrz znajdujemy w apsydach transeptu. Północną apsydę obiega misterna galeryjka kolumienek spiętych łukami trójlistnymi. Kapitele kolumienek zdobią guzełki. Wnęki wypełnione były freskami, których fragmenty zachowały się do dzisiaj. Powyżej galeryjki - trzy rozglifione okienka. Południowa apsyda też zdobiona była freskami. Tutaj z kolei nad oknami (również trzy rozglifione okienka), oddzielając konchę sklepienia od ściany, znajduje się fryz arkadkowy, a nad nim - fryz ząbkowy. W szczytowych ścianach transeptu znajdują się rozety i dwa poziomy rozglifionych okienek. Takiego majestatycznego i misternego wnętrza romańskiego jeszcze nie widzieliśmy, a fakt, że jest ono tak świetnie zachowane budzi w nas euforię, podziw i lekkie uczucie zazdrości - takich wnętrz niestety nie ma w Polsce.

Na zewnątrz katedra św. Michała to zaskakujący festiwal kamieniarki. W najmniej oczekiwanych miejscach odnajdujemy tu wklejone jakby z innej bajki rzeźby, poukrywane w załomach apsydy zwielokrotnione fryzy-fraktale. Ale może po kolei. Północna ściana szczytowa transeptu ozdobiona jest czterema rzeźbami - od lewej św. Szymon Gorliwy (z piłą), św. Piotr (z kluczem) i pasyjka - umęczony Chrystus. Ponad Chrystusem - potwór : gryf? lew? Ta figura doskonale pasuje do ściany północnej, która w symbolice średniowiecznej oznaczała stronę zła i często obfitowała w figury zwierząt i potworów. Północna apsyda też ma swój "potworny" akcent - znajdujemy tu figury walczących smoków oraz dziwną figurę satyra lub "dzikiego człowieka" z brodą, który trzyma w rękach własną głowę. Apsyda zdobiona jest lizenami, pod okapem fryz arkadkowy o misternym wykroju arkadek oraz poniżej - niezwykle misterny i skomplikowany fryz o ornamencie roślinnym. Kolumienki wyznaczające lizeny mają głowice zdobione guzełkami. Południowa apsyda jest jeszcze bardziej bogato zdobiona. Tuż pod okapem apsydy mamy fryz ząbkowy, dalej - zwielokrotniony fryz arkadkowy, poniżej jeszcze jeden fryz ząbkowy. Kolumienki wyznaczające lizeny są jeszcze bardziej skomplikowane. Tu też znajdujemy ciekawe i tajemnicze rzeźby. Jest to mianowicie lew spoczywający na krowie w sposób budzący nieco konfuzji. Może jest to wizualizacja biblijnego proroctwa "lew z jagnięciem razem leżeć będą"? Jesteśmy wszelako po stronie południowej, czyli przeciwnej do złowrogiej strony północnej. Rzeźby mogą sobie tu pozwolić na nieco luzu.

Na ścianie południowej znajdujemy trójkolumnowy, uskokowy portal o gładkim tympanonie. Kolumny i wałki archiwolty są bogato zdobione ornamentami geometrycznymi i roślinnymi. Drugi portal znajduje się w ścianie również południowej nawy. Tutaj zachował się tympanon przedstawiający Trójcę Św. Tutaj również mamy trzy pary bogato zdobionych kolumienek spiętych trzema wałkami archiwolty. Kolumienki obu portali mają guzełkowo-liściaste kapitele. Cały kościół obiega fryz arkadkowy a ponad nim ząbkowy, na niedokończonej wieży na różnych poziomach znajdujemy fryz arkadowy o ostrołukowych arkadkach. Nieukończona, dwuwieżowa fasada zakładała biforia, dziś możemy obserwować pierwszy poziom biforiów, z kolumienką o guzełkowatym kapitelu.

Katedra pod wezwaniem św. Michała to miejsce niezwykle ważne dla historii Rumunii, Węgier, Polski. Tu spoczywają Izabella Jagiellonka i Jan Zygmunt Zapolya oraz członkowie rodziny Hunyady (w tym Jana Hunyady). Szczególnie dobrze chłonie się tę historię, kiedy wczesnym rankiem, gdy jeszcze nie ma turystów, zwiedza się ten niesamowity kościół przy akompaniamencie śpiewu towarzyszącego nabożeństwu odprawianemu w sąsiednim, prawosławnym Soborze Koronacyjnym.

Galeria: 

Avrig (niem. Felck, węg. Felek) - kościół z XIII w.

Niedaleko Sibiu, nad rzeką Olt leży miasteczko Avrig. Łatwo tu trafić, gdyż leży przy głównej drodze z Sibiu do Braszowa (E68). Warto się tu zatrzymać w drodze z jednej transylwańskiej metropolii do drugiej, chociażby po to, aby popodziwiać panoramę gór Fogaraskich, najwyższego pasma Karpatów Południowych. Zresztą Fogarasz towarzyszy nam przez całą drogę z Braszowa do Sibiu umilając drogę spędzoną głównie w korkach spowodowanych remontami trasy.

Do Avrig docieramy o zachodzie słońca. Sympatyczna żona pastora wpuszcza nas jeszcze do ogrodu i kościoła, gdzie w towarzystwie dzieci podziwiamy to, co zostało z romańskich czasów. Kościół w Avrig zbudowali w XIII wieku saksońscy koloniści. W XVII wieku otoczono go murem, tworząc z niego namiastkę transylwańskich kościołów obronnych. Dzisiaj najciekawszy w kościele w Avrig jest portal - zdobią go dwie pary kolumienek spięte dwoma wałkami archiwolty. Gładki tympanon wypełnia późniejsza inskrypcja w języku niemieckim, zewnętrzny łuk archiwolty znaczą ślady dawnej dekoracji malarskiej. Kolumienki mają bogato zdobione motywami roślinnymi kapitele. Nad kolumienkami znajdują się też rzeźby - te po prawej stronie portalu to postacie: świętych, fundatorów (?), te po lewej są już zupełnie nierozpoznawalne (chociaż można się domyślić, że to również były... postacie).

We wnętrzu nie znajdujemy wiele romańskich pozostałości. Kruchta wieżowa zachowała krzyżowe sklepienie, prezbiterium nie, chociaż ukryte w rogach pozostałości łuków pozwalają się domyślić, że tu również znajdowało się sklepienie krzyżowe. W prezbiterium zachowała się mała piscina, po bokach nawy zaś - charakterystyczne dla transylwańskich kościołów wnęki. Na stronie internetowej regionu Avrig czytamy, że pierwotnie była to bazylika. Trochę nie chce nam się w to wierzyć.

Żegnamy się z rodziną pastora i wracamy na trasę, szukać noclegu w okolicach przeżywającego turystyczny boom Sibiu. Znajdujemy pachnący smołowanym drewnem pensjonat zagubiony u podnóży majestatycznych gór Fogarasz. Jest ciepły, letni wieczór, jest weranda i butelka wina przywieziona jeszcze z Eger. Żyć, nie umierać...

Galeria: 

Cisnadie (niem. Heltau, węg. Nagydisnód) - kościół pod wezwaniem św. Walpurgii

Okolice Sibiu to zagłębie romańskich zabytków. Obok niepozornego kościółka w Avrig i niesamowitej, najstarszej świątyni Transylwanii w Cisnadioarze, znajdujemy tu również obronny kościół pod wezwaniem św. Walpurgii w Cisnadie. Do miasteczka Cisnadie (niem. Heltau) trafić można zjeżdżając z głównej drogi E82 zaraz za Sibiu w prawo, zanim jeszcze droga rozgałęzi się w drogi E68 (do Braszowa) i E81 (do Rimnicu Vilcea).

Przy wejściu do kościoła wita nas grupka przedsiębiorczych nastolatków pełniących funkcję obsługi turystycznej. Wszyscy są bardzo mili i bardzo starają się wypaść profesjonalnie. Sprzedają bilety, pocztówki, a około szesnastoletni Sergiu zostaje naszym przewodnikiem. Całkiem niezłym angielskim opowiada powikłane losy kościoła i prowadzi do najciekawszych miejsc. Kościół pod wezwaniem św. Walpurgii (jakie to transylwańskie!) zbudowali sascy koloniści na przełomie XII i XIII wieku. Pierwotnie była to trójnawowa bazylika o prezbiterium zamkniętym apsydą, z apsydami bocznymi zamykającymi nawy boczne. Patrząc na bryłę kościoła doskonale można prześledzić drogę podnoszenia prezbiterium (w celach obronnych dobudowano tu 4 piętra - ten sam los spotkał pozorny transept). Kościół w XV wieku został silnie inkastelowany, stąd masywne "wieże" pozornego transeptu. Kościół otoczono murem obronnym, obudowano "budowlami towarzyszącymi" (szkoła, kaplica, plebania na czas oblężenia) tworząc z niego małą fortecę na użytek miejscowej ludności.

Nad kruchtą zachodnią kościoła wznosi się masywna wieża z jednym poziomem (ale za to podwójnych) biforiów o prostych, kostkowych kapitelach. Poniżej biforiów znajdujemy jedynie wąskie, strzelnicze okienka. Do kościoła od strony zachodniej prowadzi prosty portal. Pojedynczą parę kolumienek (a raczej dość masywnych kolumn) spina jeden wałek archiwolty. Tympanon się nie zachował. Kapitele kolumn zdobią charakterystyczne, zwinięte w "S" woluty i plecionka- podobne znajdziemy w Cisnadioarze i - o dziwo, w pozostałościach krakowskiego kościoła św. Gereona. W prezbiterium zachował się obszerny i dobrze zachowany fragment fresku.

Obchodząc kościół dookoła znajdujemy tu i ówdzie wyglądające spod gotyckich przeróbek romańskie pozostałości - kilka zamurowanych rozglifionych okienek, ślady podniesienia apsydy wschodniej, dobrze zachowaną apsydę południową i ślady przerobionej na zakrystię apsydy północnej. W środku kościół zachował pierwotny bazylikowy układ. Nawy boczne kryte są sklepieniem krzyżowym, podobnie jak kruchta i prezbiterium. Podniesiona apsyda sklepiona jest gotyckim sklepieniem żebrowym (przebito tu również okna na duże, gotyckie). Nawa sklepiona jest szeroko rozpiętym sklepieniem krzyżowo-żebrowym.

Apsyda południowa została w czasach późniejszych zamurowana, stworzono z niej skarbczyk. Wejście do niej sprytnie ukryto za barokową boazerią, prowadzi nas do środka Sergiu. Tam możemy podziwiać oryginalnie zachowane sklepienie apsydy. W kruchcie znaleźć za to można leżące odłogiem tajemniczy kamień pochodzący z czasów imigracji saskiej (a więc z XII wieku), z przedstawieniami ludzkiej twarzy i postaci, oraz pozostałości XIII wiecznego krzyża.

Abstrahując od romańskiego niewątpliwie charakteru tego miejsca, obronny kościółek pod wezwaniem św. Walpurgii w Cisnadie to niezwykle miłe miejsce - zadbane, zagospodarowane, dające przy tym niezłe wyobrażenie o tym, jak wyglądały saskie kościoły obronne Transylwanii. W drodze z lub do Sibiu warto zatrzymać się tutaj przynajmniej na chwilę. Po prawej stronie od lewego okienka - krzyżyk konsekracyjny.

Galeria: 

Cisnadioara (niem. Michelsberg, węg. Kisdisnód) - kościół pod wezwaniem św. Michała z XIII wieku

Do Cisnadioary trafiamy z Cisnadie. Tutaj, na całkiem wysokim wzgórzu, które już z samego naturalnego ukształtowania terenu nadało temu miejscu walory obronne, stoi kościół pod wezwaniem św. Michała - najstarszy kościół Transywlanii.

Klucze dostać można w domu 202 przy głównym placu, u pani mówiącej pięknym siedmiogrodzkim niemieckim - to potomkini saskich kolonizatorów. W towarzystwie innych niemieckich turystów wspinamy się na wzgórze, otwieramy zardzewiałym kluczem bramę w murze obronnym, budzimy śpiących w okolicach północnej apsydy przy wygasłym ognisku niemieckich harcerzy (odkrywamy w Transylwanii głębokie i nieuświadomione pokłady naszego niemieckiego, zaniedbanego od czasów studenckich) i rozpoczynamy romańską ucztę.

Kościółek w Cisnadioarze to całkowicie i w niezmienionym kształcie zachowana budowla o najbardziej klasycznym romańskim układzie. Dosyć krótka i niewysoka bazylika bez transeptu, o prezbiterium i nawach bocznych zamkniętych apsydami. Brakuje tylko zachodnich wież, które runęły, zostały rozebrane lub w ogóle ich nie wybudowano. Wszystkie okna zachowały rozglifienia, żadne nie zostało przebite lub zamurowane. Kościół zbudowany jest z nieregularnego, łamanego kamienia, co jeszcze dodaje mu uroku, daje wrażenie archaiczności. Całość sprawia wrażenie, jakby czas zatrzymał się tu w XIII wieku.

Do środka prowadzą dwa portale - obecnie używany, północny bez dekoracji oraz zachodni, który - dla odmiany - dekorowany jest bardzo bogato. Rozłożysty portal poszerzony jest jeszcze o dwie pary ślepych arkadek opartych na filigranowych kolumienkach zwieńczonych kostkowymi kapitelikami z misterną plecionką. Główny uskokowy portal zdobi cztery pary kolumienek spiętych wałkami archiwolt z gładkim tympanonem. Kapitele kolumienek zdobią znane z Cisnadie i przywodzące na myśl krakowski kapitel z kościoła św. Gereona plecione woluty ukształtowane w literę "S". Dwie z czterech głowic kolumienek zdobią u dołu liście akantu, dwie - półkola, przy czym zdobione w ten sposób kapitele układają się naprzemiennie. U góry, w załomie woluty widzimy tajemnicze twarze, przypominające te z portalu w Sandomierzu. Archiwolta wciąż nosi ślady dekoracji malarskiej. Ten portal, misterny i zaskakujący, bo odbiegający od romańskich standardów (przez pary ślepych arkadek) jakie znamy, stanowi najbardziej wyrazisty, kontrastujący z resztą, element tego kościoła. Poza portalem, kościoła tego nie zdobi żadna dekoracja rzeźbiarska.

Wnętrze kościoła jest zupełnie puste. Niestety również zaniedbane. W dachu widać prześwity, przez które zapewne w czasie deszczu nieźle się leje. Nieprzeszklone okna pozasłaniane są czarnymi i czerwonymi szmatami sprawiając wrażenie, jakby odbywała się tu jakaś czarna msza, albo przynajmniej koncert zespołu Gorgoroth. Uspokaja nas brak zaschniętej krwi na posadzce. Kościół powinien być kryty stropem, którego brakuje - zadzierając głowę do góry, zobaczymy tylko dach. W przęsłach nawy bocznej wypadających pod nieistniejącymi wieżami i w prezbiterium mamy zaś sklepienie krzyżowe - to wzmocnienie konstrukcji wskazuje, że wieże były przynajmniej planowane. Wnętrze jest tynkowane, przybrudzony i zszarzały tynk miejscami odchodzi płatami. Nawy boczne od nawy głównej oddzielają przysadziste arkady oparte na dwóch prostych filarach. Ponad nimi wznosi się gładka ściana z rozglifionymi okienkami. Nawy boczne wieńczą apsydy - w apsydzie północnej znajdujemy uroczy oculus, w południowej - niewielkie okienko.

Obszerne prezbiterium również zamknięte jest apsydą z trzema rozglifionymi oknami. Na łuku tęczowym, ponad prostą, drewnianą belką tęczową zachowały się ślady bogatej dekoracji malarskiej o żywych kolorach. Dziś na środku prezbiterium stoi prosty ołtarz, a ściany dookoła wyłożone są płytkami z nazwiskami niemieckich żołnierzy poległych w I wojnie światowej tworząc swego rodzaju miejsce pamięci.

Wnętrze - w swej surowości, a nawet opuszczeniu sprawia niesamowite wrażenie, przyprawiając o lekki dreszczyk przechodzący po kręgosłupie. Brakuje tylko gnieżdżących się w wieży nietoperzy i garbatego Igora pobrzękującego kluczami. Aż zaczyna się zazdrościć niemieckim harcerzom, którzy tymczasem wygrzebawszy się ze śpiworów niemrawo krzątają się koło pobojowiska po wieczornej popijawie, że spędzili noc w tym niesamowitym miejscu.

Galeria: 

Densus - cerkiew pw. św. Mikołaja, zbudowana z pozostałości rzymskiego miasta, XIII wiek

Jeśli uważasz, że wiesz już wszystko (a przynajmniej wiele) o architekturze romańskiej i nic Cię już nie zaskoczy - pojedź do Densus.

Droga do Densus była naprawdę upiorna - najpierw niewyobrażalny korek na drodze E68 (Timisoara-Alba Julia), potem ruiny opuszczonego kombinatu stojącego w szczerym polu niczym Nowa Huta po katastrofie nuklearnej, a na koniec stado szarżujących gęsi. Denus leży około 13 kilometrów na zachód od Hateg, przewodnik Bezdroży podpowiada - należy kierować się drogą na Carneberes (droga nr 68, nie mylić z E68) i w miejscowości Totesti skręcić w prawo. Densus co prawda nie ma na mapie (jak zresztą wielu miejscowości, dróg i innych obiektów w Rumunii), ale drogowskazy "Biserica Densus" doskonale prowadzą nas na miejsce. A miejsce - jest niezwykłe.

Ci, którzy znają twórczość Terry'ego Pratchetta doskonale wiedzą, kim jest Igor. Igor to stworzenie żyjące w zamieszkałej przez wampiry krainie Uberwald, zajmujące się usługiwaniem szalonym naukowcom i śmiertelnie bladym hrabinom o niezdrowych skłonnościach oraz eksperymentowaniem z biotechnologią. Igor zatem składa się w większości z części zamiennych, poskładanych ze starych znajomych, rodziny, a czasem przypadkowych ofiar szalonych naukowców i hrabin, mistrzowsko, ale niekoniecznie estetycznie poskładanych w całość. Nie powinno dziwić u Igora sześć palców, czy szew idący prosto przez czoło. Czy spotkaliśmy w Transylwanii Igora? Tak. W Densus.

Świątynia w Densus - czyli nasz Igor - to trzynastowieczna cerkiew zbudowana na wzór romańskiego kościółka z pozostałości rzymskiego miasta Ulpia Traiana (Sarmizegeutusa). Ta niesamowicie wyglądająca budowla ma w sobie rzymskie rury kanalizacyjne (dzisiaj - okrągłe otwory okienne), ołtarze (dziś postawione jeden na drugim tworzą filary), płyty (tworzące sklepienie kopuły), lwy (wmurowane po bokach apsydy) i kolumny (dziś stojące przy ścianie północnej). Spod fresków wyglądają łacińskie inskrypcje, obok Boga Ojca i cherubinów mamy tu wilczycę kapitolińską. Przeszczep się udał, pacjent żyje, wygląda tylko nieco groteskowo. I fascynująco.

Do środka wpuszcza nas starszy pan sprzedający pocztówki. Chętnie kupilibyśmy coś, ale nie mamy drobnych. Dostajemy folderek za darmo. Dziadek kręci głową pokazując na aparat - nie można robić zdjęć. Potem zmienia zdanie widząc naszą bezgraniczną fascynację. Puszcza oko, gestem zachęca do zrobienia zdjęć. Tylko żebyśmy koniecznie sfotografowali ikonę świętego Mikołaja. Robi się ujmująco rozmowny, nie przejmując się, że nie rozumiemy ani słowa.

[img_assist|nid=289|title=|desc=Rzut kościoła w Densus|link=none|align=right|width=300|height=188]Wnętrze maleńkiej cerkwi w Densus stoi na czterech filarach zbudowanych z postawionych jeden na drugim rzymskich ołtarzy. Częściowo zatynkowane i ozdobione freskami służą za romańskie filary. Spod tynku widać jednak fragmenty rzymskich inskrypcji zdradzając ich pochodzenie. Na tych filarach opiera się prymitywna kopuła, nad nią zaś znajduje się wieża zdobiona tym, co miejscowi budowniczowie znaleźli w ruinach Sarmizegeutusy. Prezbiterium to niewielka apsyda oddzielona dzisiaj od maleńkiej nawy prostym ikonostasem wykonanym z desek, ozdobionym obrazami i plastikowymi kwiatami. Wewnątrz - ołtarz okryty ceratą i niesamowite freski. Ściany wnętrza pokrywają urzekające wizerunki, z których część ma wydrapane oczy. To ślady agresji symbolicznej o podłożu ikonoklastycznym, pozostałość po najeździe tatarskim. Okienka są rozglifione, na wieży imitacja biforium (z braku elementów zakończonych półkoliście, mamy po prostu dwudzielne okno). Całość obiega ułożony misternie z cegieł fryz.

Do środka prowadzi proste wejście (portal to chyba za dużo powiedziane...), nad nim prostokątna wnęka z fragmentami fresku. Dookoła ruiny czegoś w rodzaju narteksu i zakrystii. Obok niewielki cmentarz, wśród grobów poniewiera się jeszcze sporo rzymskich pozostałości (cmentarz historii i mało wyszukana metafora czy rezerwuar części zamiennych dla naszego Igora?).

Wizyta w Densus pozostawia romańskiego podróżnika w poczuciu fascynacji i zarazem konfuzji. Okazuje się, że nasze wyobrażenie sztuki romańskiej należy zrewidować, a przynajmniej utworzyć wewnątrz niego kategorię "dziwne". Małe romańskie Archiwum X, właśnie na potrzeby zabytków takich, jak Densus.

Densus to zatem lektura obowiązkowa. Być w Transylwanii i nie spotkać ani jednego Igora to niedopatrzenie!

Galeria: 

Harman (niem. Honigberg, węg. Szaszhermany) - kościół obronny pw. św. Mikołaja z XIII w.

Około 12 kilometrów od Braszowa w stronę Bacau (droga numer 11) leży miasteczko Harman. Trafić tu nietrudno, kościółek widoczny jest z trasy. To kolejny zabytek Transylwanii wiązany z cysterskim opactwem Carta. Jak niedaleki Prejmer, wykazuje więc specyfikę cysterskiej przejściówki od romanizmu do gotyku.

Kościół pod wezwaniem św. Mikołaja jest kościołem warownym, otoczonym murami już w XIII wieku. Po wewnętrznej stronie muru zachowało się kilka cel refugialnych służących za schronienie dla miejscowej ludności. Obok właściwego muru obronnego dostępu do kościoła broni zewnętrzny mur i fosa. Do środka prowadził rozebrany już most zwodzony.

Kościół powstał w XIII wieku (1240 r.) jako bazylika z prezbiterium zamkniętym apsydą. Do prezbiterium przylegały od północy i południa kaplice sklepione beczkowo. Do dziś zachowała się jedna, południowa, północna została zamieniona na zakrystię. W późniejszych czasach kościół kilka razy przebudowywano (podniesiono sklepienie, przebito okna). Nawę główną od naw bocznych oddzielają masywne arkady z równie masywnymi półkolumnami zwieńczonymi głowicami o ornamencie roślinnym. Sklepienia w nawach bocznych zachowały oryginalne, ostrołukowe, szeroko rozstawione sklepienie krzyżowe, można tu znaleźć również romańskie zworniki. Prezbiterium oddziela od nawy potężny łuk tęczowy o półkolistym wykroju, oparty na półkolumnach-filarach o misternych kapitelach. Prezbiterium sklepione jest krzyżowo, zamknięte apsydą. Dzisiejsze okna apsydy są przebite, na zewnątrz widać ładnie wyeksponowane zamurowane rozglifione okienka. Wiele takich śladów rozglifionych okienek, poukrywanych w różnych miejscach, można znaleźć wewnątrz i na zewnątrz kościoła. W południowej kaplicy sklepionej beczkowo zachowały się dwa piękne biforia.

Na temat wieży znaleźliśmy sprzeczne informacje. Tablica przed kościołem informuje, że wieża pochodzi z XIII wieku, przewodnik "Bezdroży" podaje XIV wiek. Portal zachodni jest już mocno ostrołukowy, kilkouskokowy, ale o bardzo prostym kształcie i tympanonie wypełnionym freskiem przedstawiającym anioła. Wygląda już na gotycki, co potwierdzałoby tezę z przewodnika.

Jak większość kościołów obronnych Transylwanii, kościółek w Harman jest zadbany i zagospodarowany turystycznie. Warto wstąpić tu będąc w Braszowie, a w okolicy jest przecież również Prejmer - jeden z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych kościołów obronnych Transylwanii.

Galeria: 

Herina (węg. Harina, niem. Mönchsdorf) - kościół z XIII wieku

Herina to bardzo niewielka miejscowość na północy Transylwanii. To całkiem niedaleko drogi na Bystrzycę, 5 km od miejscowości Sărăţel. W samej miejscowości Herina należy przygotować się na mały offroad - podjazd na wzgórze, na którym stoi kościół nie należy do najłatwiejszych. Ale dla podróżujących po Rumunii miłośników romańszczyzny Herina to przystanek obowiązkowy.

O kościółku Herinie mówi się, że to najpiękniejszy zabytek romański Transylwanii (nie licząc może Alba Julia). I niewątpliwie coś w tym jest. Kościół w Herinie zachował się w doskonałym stanie, w praktycznie niezmienionym, romańskim kształcie. Kościół stoi samotnie na wzgórzu, skąd roztacza się piękny widok na sielską i spokojną okolicę. Pobielone ściany kościoła aż lśnią w popołudniowym słońcu (mieliśmy tego dnia niezwykłe szczęście do pogody).

Kościół w Herinie to całkiem sporych rozmiarów (jak na Rumunię) bazylika emporowa, z potężnym masywem zachodnim (mogącym uchodzić wręcz za rodzaj westwerku), zamknięta apsydą. Do środka prowadzą dwa uskokowe portale - zachodni i południowy. Oba są dosyć proste i podobne, z gładkim tympanonem i prostymi formami kapiteli i archiwolty. Zachodnia fasada jest bogato zdobiona lizenami oraz fryzami - arkadkowymi, ząbkowymi. Fryz geometryczny wieńczy też ściany nawy głównej. Lizeny z fryzem arkadkowym zdobią zaś apsydę. Wieże kościoła są asymetryczne - północna wieża jest nieco niższa. Wieże zdobią biforia i triforia (przy czym wieża południowa ma dwa poziomy triforiów). Kapitele kolumienek biforiów i triforiów to najklasyczniejsze, filigranowe kapitele kostkowe. Zachowały się wszystkie rozglifione okienka.

Co do wnętrza, to możemy polegać jedynie na przewodniku Bezdroży (świetny przewodnik, który towarzyszy nam już w kolejnej wyprawie po Rumunii bezbłędnie prowadząc do tego, co najciekawsze, nawet jeżeli mieści się w zabitej deskami wiosce na końcu świata). Próbowaliśmy odnaleźć posiadacza klucza do kościoła, ale nam się nie udało. W wiosce nie spotkaliśmy żywej duszy, poza dziewczynką, która nie bardzo wiedziała, o co nam chodzi. Bariery językowej nie przełamały nawet niezwykle ułatwiające komunikację z dziećmi cukierki. Kościół w Herinie to czteroprzęsłowa bazylika emporowa, z emporą zachodnią mieszczącą się w quasi-westwerku. Ponad masywnymi arkadami międzynawowymi znajduje się empora o przysadzistym, płaskim łuku arkady. Całość kryta jest stropem. Prezbiterium jest podniesione, pod nim znajduje się krypta. Pobielone wnętrze jest surowe i pozbawione dekoracji. Jaka szkoda, że nie udało nam się go zobaczyć!

Obeszliśmy kościółek w Herinie kilka razy, podumaliśmy trochę siedząc pod drzewem, z widokiem na romańskie cacuszko zagubione wśród pól Transylwanii. Mimo smutnego faktu, że nie udało nam się zobaczyć wnętrza kościoła, to i tak bardzo warto było tu przyjechać. Polecamy wszystkim!

Galeria: 

Prejmer (niem. Tartlau, węg. Prazsmar) - kościół obronny z XIII w.

Niedaleko Braszowa w stronę Buzau (droga numer 10) trafiamy do wioski Prejmer, gdzie znajdujemy jeden z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych kościołów obronnych Transylwanii - pokrzyżacki i jednocześnie pocysterski kościół pod wezwaniem Świętego Krzyża.

Historia tego miejsca jest bardzo ciekawa - budowę kościoła rozpoczęli w 1218 roku Krzyżacy, planując tę świątynię na planie krzyża greckiego, z wielokątnie zamkniętymi ramionami. Nad skrzyżowaniem naw wznosi się masywna sześcioboczna wieża. Po wypędzeniu z Siedmiogrodu przez króla Andrzeja II niemieckich rycerzy (którzy, jak wiadomo, przenieśli się stąd na Prusy Wschodnie), kościół przejęli cystersi z Carta. Wtedy rozbudowano kościół w typowym dla cystersów stylu przejściowym (późnoromańskim-wczesnogotyckim). Sześciodzielne sklepienia krzyżowe, okrągłe okienka z maswerkami i kaplice po bokach transeptu to właśnie ich dzieło.

Kościół w Prejmer to jedna z najsilniejszych i niezdobytych nigdy transylwańskich warowni . Po licznych przebudowaniach twierdza składa się dziś z murów obronnych o grubości 4,5 metra i wysokości 12-14 metrów. Po zewnętrznej ścianie murów znajdowały się cele dla miejscowej ludności, w których chroniono się podczas oblężenia - jest ich sumie 270 na czterech poziomach. Wewnątrz warownia przypomina zatem całkiem spory motel. Na osi wejścia dobudowano dodatkowe dwa dziedzińce, w których mieściły się m.in. szkoła, piekarnia i inne instytucje wiejskiego samorządu.

Kościół mimo gotyckich przebudowań zachował pierwotny kształt i masywne, surowe piękno. Rozbudowana została nawa główna, która dziś różni się od transeptu i prezbiterium. W transepcie i prezbiterium zachowały się masywne filary, na których opierają się żebrowe sklepienia. Żebra sklepień i kamieniarka filarów są dzisiaj dosyć zniszczone, co jednak tylko dodaje im uroku. W wielu miejscach wewnątrz i na zewnątrz natrafiamy na rozglifione okienka, część z nich została zamurowana, część przedłużona w czasie gotyckiej rozbudowy. Kolejną część okien przebito wstawiając duże, podłużna gotyckie ona z maswerkiem. Obficie zachowały się cysterskie czteroliście.

Zabudowania kościoła w Prejmer doskonale pokazują jak wyglądały i jak funkcjonowały transylwańskie kościoły obronne, które były swego rodzaju przedsiębiorstwem, a w zasadzie spółdzielnią miejscowych chłopów założoną w celu wspólnej obrony - z braku obrony ze strony jakiejś wyższej instancji w rodzaju miejscowego suwerena. A że przez wieki ziemie te przemierzały wzdłuż i wszerz różnego rodzaju wojska, czasem równie krwiożercze, co mityczne transylwańskie wampiry, to inwestowano w te twierdze, tworząc z nich niezdobyte fortece. Prejmer jest więc miejscem, gdzie w przyjemnych, spacerowych warunkach można się wiele nauczyć nie tylko o trudnej politycznej historii tych ziem, lecz i o pasjonującej historii ludzkiej przemyślności i inwencji.

Oprócz tego to miejsce niezwykle urokliwe - zatem gorąco polecamy!

Galeria: 

Rădăuţi (pol. Radowce) - cerkiew św. Mikołaja z XIV wieku

Położone na Bukowienie Radowce to całkiem spore jak na miejscowe warunki miasteczko (zatem łatwo tu trafić), z korzeniami sięgającymi XIII wieku. Miasteczko w czasach kształtowania państwa mołdawskiego przez chwilę było stolicą państwa Bogdana I, który to ufundował interesującą nas cerkiew św. Mikołaja i w niej spoczywa. Najstarszy, murowany zabytek Mołdawii...

Można by zapytać - dlaczego bizantyjska cerkiew (i to z XIV wieku) interesuje miłośników romanizmu, takich jak my? Otóż cerkiew św. Mikołaja to ciekawy przypadek pożenienia architektury Wschodu i Zachodu. Do zbudowania cerkwi zastosowano tutaj romański układ bazylikowy, chociaż zmodyfikowany na potrzeby cerkiewnego podziału przestrzeni wewnątrz kościoła. Dało to niecodzienny, niepodobny do niczego efekt...

Cerkiew św. Mikołaja, jak to cerkiew, składa się z prezbiterium (ukrytym za carskimi wrotami), nawy i przednawia. Ale - prezbiterium zamknięte jest apsydą, a nawa i przednawie (które zwykle stanowią po jednym, dużym, niepodzielonym wewnętrznie pomieszczeniu) - mają układ bazylikowy. Masywne arkady międzynawowe podtrzymują sklepienie kolebkowe, co ciekawe, nawa główna, choć wyższa niż boczne, nie jest doświetlona oknami, co sprawia, że wewnątrz panuje półmrok. Nawy boczne są niewielkie i wąskie. Między nawą a przednawiem - jak to w cerkwi - znajduje się ściana, ale otwór łączący nawę z przednawiem jest tu zdecydowanie większy, niż w innych cerkwiach Bukowiny. W XVI wieku kościół dorobił się przedsionka oraz gotyckiego wykończenia kamieniarskiego okien. Wnętrze pokrywają piętnastowieczne freski z fundacji Stefana Wielkiego.

Cerkiew w Radowcach to nieoczekiwany romański akcent na bogatej w niezwykłe, malowane monastyry Bukowinie. Ciekawostka, na którą na pewno warto zwrócić uwagę.

Galeria: 

Santamarie Orlea (węg. Oraljaboldogfalva) - kościół z ok. 1270 r.

Na drodze E79 (z Oradea do Targu Jiu), trzydzieści kilometrów na południe od rozjazdu na Timisoarę i Sibiu, trzy kilometry za miasteczkiem Hateg, zaraz za rozjazdem na Caransebes, na przedpolu wysokiego pasma Karpatów, leży niewielka miejscowość Santamarie Orlea. Jesteśmy w regionie, gdzie prawosławne cerkwie w głębokim średniowieczu budowano jak romańskie kościoły. I taką właśnie cerkiew-niecerkiew znajdujemy tu w samym środku wioski.

Kościół, a w zasadzie cerkiew, a w zasadzie zbór kalwiński w Santamarie Orlea - w przeciwieństwie do innych transylwańskich kościołów, które są bardzo ładnie zadbane i zagospodarowane turystycznie - wygląda na smutny i opuszczony. Popękane ściany, poniewierające się wśród chaszczy fragmenty kamieniarki, odłażący tynk i łatane cegłą dziury. A szkoda, bo kościółek jest pod romańskim względem całkiem nieźle zachowany - ostała się tutaj bryła bez większych ingerencji późniejszych stylów, a w środku podobno (bo nie udało nam się odnaleźć opiekuna kościoła) zachowały się cenne malowidła.

Kościółek w Stanamarie Orlea to budowla z masywną wieżą zachodnią, niewielką nawą i prezbiterium zamkniętym prostą ścianą. Do kościółka prowadziły dwa portale - zachodni oraz południowy. Portal zachodni zachował ciekawą dekorację. Dwie pary kolumienek spina archiwolta dekorowana guzełkami w kształcie gwiazdek. Na pozostałych wałkach archiwolty zachowały się resztki dekoracji malarskiej o żywych kolorach (podobnie dekorowane były też kolumienki). Tympanon jest gładki, misternie wykrojony w rogach. Kapitele kolumienek są dziś tak zniekształcone, że trudno opisać ich kształt. Nad portalem zachował się fragment fryzu zdobionego motywami roślinnymi. Portal południowy jest bardzo prosty, zdobi go jeden wałek okalający ościeże (kiedyś najprawdopodobniej malowany na czerwono). Tympanon jest gładki, zachował resztki dekoracji malarskiej pozwalające domyślać się tam postaci o głowach otoczonych aureolą (Trójca Święta?).

Zachowały się wąskie, rozglifione okna, choć ich wykrój jest już ostrołukowy, lekko trójlistny. Masywną wieżę kościoła zdobi jeden poziom bardzo prostych biforiów i jeden poziom misternie zdobionych triforiów. Kapitele kolumienek triforiów mają ciekawy, geometryczny kształt, zdobione są językami, które pokrywa ornament ząbkowy.

Nie jest to może najciekawszy przykład transylwańskiego romanizmu (chyba rozpieściła nas ta Rumunia, oferując na każdym kroku zabytki, jakich nie uświadczy się w Polsce), ale wracając z Densus w stronę Sibiu lub Alba Julia warto tu wstąpić. Choćby po to, żeby pozazdrościć trochę Rumunii faktu, że przyzwoicie zachowany romanizm jest tu prawie tak często spotykany, jak u nas wiejski barok.

Galeria: 

Viscri (węg. Szaszfeheregyhaza, niem. Deutschweisskirch) - Kapitel z pierwszego kościoła z XII w.

Podróżujących do Viscri czeka trudna jazda gruntową drogą wśród wzgórz. Najlepiej wyposażyć się w samochód terenowy, z braku takowego ostatecznie może być dużo cierpliwości i mocne nerwy (szczególnie, jeśli mija nas rozpędzona Dacia Gruchot kierowana przez wąsatego gospodarza). Z trasy Sighisoara-Braszów (E60) skręcamy w prawo przed Rupea (trzeba wypatrywać skromnego znaku). Tu kończy się asfalt. Po drodze zobaczymy lisy, sokoły, gwarantowane pół godziny jazdy przez sam środek nigdzie. Wcześniej, na samym początku, przejeżdżamy przez romską wioskę - fascynujący, choć trochę zatrważający przykład współczesnego nomadyzmu.

Viscri to urocza saska wioska, w której czas zatrzymał się na przełomie wieków. Nie da się tu inaczej dojechać niż drogą gruntową, wszystkie domy to stare drewniane saskie zagrody, bardzo ładnie utrzymane i pomalowane na żywe kolory. Na środku wioski pasą się konie i bawią się dzieci. Mieszkańcy twierdzą, że sami nie chcą tu asfaltu, wraz z którym pojawiły by się tłumy turystów, autokary na niemieckich blachach i ostateczny kres świętego spokoju. Dziś wioska jest w stanie "obrobić" około pięćdziesięcioro turystów dziennie, więcej nie chce i nie ma zamiaru. A ci, co tu trafiają, to już wyselekcjonowana grupa najtwardszych, którzy gotowi są poświęcić amortyzatory, żeby dotrzeć do tego niezwykłego miejsca.

Najcenniejszym zabytkiem wioski jest kościół obronny, od którego Viscri zaczerpnęło swą niemiecką nazwę: Deutschweisskirch - (niemiecki biały kościół) z powodu bielonych wapnem murów. Kościółek w Viscri wraz z umocnieniami obronnymi jest malutki i bardzo "ludowy" - tym różni się od dużych i mocno ufortyfikowanych kościołów w Medias, Biertan czy Prejmer (które mają w sobie coś miejskiego). Pierwszy kościół w Viscri zbudowała w XII w. wspólnota szeklerska, jeszcze przed kolonizacją saską. Była to bezwieżowa, salowa świątynia. Do dzisiaj została z niego tylko pojedyncza kolumienka (najprawdopodobniej podtrzymująca emporę), która dzisiaj służy za chrzcielnicę. I to tyle. Dzisiejszy kościół jest dużo późniejszy, choć jego ludowy charakter dodaje mu wrażenia archaiczności. W XIII wieku Sasi dobudowali do romańskich murów wieżę, a w XVII w. wzniesiono fortyfikacje. Sklepienia wymieniono na drewniany strop.

Kościołem opiekuje się pani Caroline Fernolend, transylwańska Niemka, dla której opieka nad kościółkiem stała się sensem życia. Bardzo ładnie utrzymany i zagospodarowany (pomieszczenia przylegające do murów obronnych kryją muzeum życia codziennego transylwańskich Sasksończyków) jest jednym z najbardziej uroczych miejsc w Transylwanii, jakie widzieliśmy. W niezmienionej od wieków nawie gawędzimy o kresie kultury saskiej w Rumunii, która przetrwała Ceaucescu, a eroduje w wolnej Europie. Świetnie władający niemieckim Sasi wyjeżdżają do Niemiec, opuszczając rodzinne wioski. Tutaj została ich garstka, która jednak zarzeka się, że nigdzie się stąd nie ruszy. Rozglądając się po popołudniowej okolicy, gdzie czas jakby się zatrzymał, nie sposób się dziwić.

Podróż do Viscri co prawda nie obfituje w romańskie rewelacje, ale jest podróżą w czasie, o przynajmniej sto lat w przeszłość. Wrażenia - niezapomniane!

Galeria: