Romańska Europa

Europejskimi królestwami romańszczyzny są Niemcy, Francja, Włochy - ale niezwykłe i fascynujące budowle można znaleźć też na Słowacji, Węgrzech, a nawet w Transylwanii. Z jednej strony są majestatyczne katedry romańskie pamiętające czasy kształtowania się kultury kontynentu, z drugiej - niewielkie świątynki zapomniane przez historię. Ale także w cieniu wielkich bazylik kryje się niejedno zaskoczenie.
Podążamy szlakami jednych i drugich - zapraszamy Was zatem we wspólną podróż śladami europejskiej romańszczyzny - zarówno tej monumentalnej, jak i tej nieoczywistej.
Galeria będzie rosła wraz z kolejnymi wyprawami. A zatem - w drogę!

Bułgaria

Bułgaria powitała nas płonącymi na przedmieściach Sofii ogniskami, a potem było jeszcze weselej - tłumy ubranych w balowe suknie nastolatek tańczących na stopniach soboru Aleksandra Newskiego w rytm bałkańskiej muzyki wygrywanej przez cygańską kapelę uzbrojoną w trąbki, puzony i bębny, targowiska pełne liści winogron, papryk i pomidorów, pachnące ajwarem i lutenicą... Hurgot wielkiego placu budowy, jakim stało się dzisiaj centrum Sofii mieszał się ze śpiewem muezzina, dzwonami cerkwi i wszechobecnym balkan-popem. Szalone miasto, bawiące się na przekór przeciwnościom losu, srogo doświadczone przez historię, zarówno tę najdawniejszą, jak i tę współczesną, odkryło przed nami swoje bizantyjskie skarby. A my odkrywamy je przed Wami...

Sofia - cerkiew Bojana od X w.

Czasem publikujemy w Albumie impresje dotyczące zabytków z innego kręgu kulturowego - z kręgu chrześcijaństwa wschodniego - które mniej więcej wpisują się ramy czasowe panowania romanizmu i wywodzą się ze wspólnego korzenia architektury Bizancjum, a które są nam bliskie. Jednym z takich zabytków jest niezwykła cerkiew na przedmieściach Sofii - cerkiew Bojana. Przyjeżdżamy tu w strugach deszczu, by na dosłownie chwilkę - bo takie są zasady zwiedzania kościoła - wejść do środka i zachwycić się bogactwem jego fresków.

Maleńka cerkiew Bojana mimo swoich niewielkich rozmiarów przypomina nam ten typ budynków, które nazywamy dla siebie w skrócie "święta góra" - to budynek, który ma w sobie coś organicznego, niesymetrycznego, którego warstwy narastały przez wieki i stworzyły coś, co jest czymś więcej, niż tylko sumą swych części, który wydaje się - żywy. I taki też jest rodowód cerkwi Bojana pierwszy budynek, dzisiaj skrajnie od wschodu, powstał na przełomie X i XI wieku jako niewielka, centralna cerkiew o uproszczonym planie krzyża, kryta kopułą. Kolejną warstwę dodał sebastokrator (ten dziwny tytuł wywodzi się z późnego Bizancjum i jest tytułem cesarskim) Kalojan wraz z małżonką, dobudowując od zachodu dwupiętrową kaplicę, mieszcząca na poziomie gruntu sklepioną kolebkowo kaplicę grobową, a na wyższym piętrze kaplicę rodzinną. Ostatni etap, to dobudowana w XIX przybudówka od zachodu.

To, co w cerkwi Bojana jest najcenniejsze - to freski. Powstawały od przełomu XI i XII wieku i pokrywały w całości "wschodni" kościół. Zachowało się kilka ich pozostałości, m.in. w dolnym odcinku apsydy czy na ścianie północnej kościoła. W drugiej połowie XIII wieku cały nowy "zachodni" kościół oraz po raz kolejny stary kościół "wschodni" zostały pokryte freskami o niecodziennej wartości artystycznej. Chociaż spełniające wymogi kanonu pisania ikon, charakteryzują się niebywałą ekspresją i indywidualizmem w podejściu do postaci. Freski zachowane są prawie w całości i zawierają przedstawienia Chrystusa, ewangelistów, aniołów, świętych (w tym bułgarskich świętych Iwana (Jana) Rilskiego i św. Pareskewy), żywot św. Mikołaja, a także niezwykle realistycznie przedstawionych fundatorów. Nie wiadomo, kto jest autorem tych wspaniałych fresków, zapewne była to grupa wybitnych artystów ze szkoły malarskiej w Turnovie, która na długo wyznaczyła kierunek bałkańskiej sztuce sakralnej.

Zwiedzanie cerkwi Bojana nie należy do łatwych - turystów jest wielu, a kościół jest malutki... Obsługa muzeum wpuszcza po kilkanaście osób na piętnaście minut do kościoła, aby nacieszyli oczy freskami, reszta czeka grzecznie w pierwszym, zachodnim pomieszczeniu. Czuć atmosferę pośpiechu, do tego narastającą frustrację, że tym skarbom nie da się zrobić zdjęcia. W takiej sytuacji należy wziąć głęboki oddech i... odpuścić. Przychodzi bowiem człowiekowi do głowy, że to w sumie dobrze, szczególnie w czasach fotograficznej biegunki.

Dziś tłumy ludzi oglądających świat przez kamerki swoich iPhone'ów i iPadów kompletnie nie zwracają uwagi na innych w swoim otoczeniu. Potrafią oni na przykład stanąć niczym przysłowiowa krowa na granicy w najbardziej nieodpowiednim miejscu i kilka minut robić kilkanaście przymiarek do najbardziej wysublimowanego zdjęcia na Instagrama, po to tylko, bo po chwili o nim zapomnieć zebrawszy wpierw garść lajków i oddryfować w stronę kolejnej atrakcji. Jeżeli dołożymy do tego refleksję, że freski czy mozaiki, które przetrwały setki lat na przykład po tureckim tynkiem, jak w kościele Hagia Sophia (gdzie specjalnie wydelegowani ochroniarze stoją przed mozaikami powtarzając kilka razy na minutę "no flash please", chociaż wisi na ścianie wielki napis proszący dokładnie o to samo), czy ostały się atakom symbolicznej agresji albo upiększającym zapędom kontrreformacji, mogą nie przetrwać dla przyszłych pokoleń właśnie przez bezmyślność turystów, którym nie chce się wyłączyć lampy błyskowej, nie umieją tego zrobić w swoich aparatach, albo po prostu nie przyjdzie im to do głowy. Apelujemy zatem o myślenie w obliczu fresków. Czasami również warto na chwilę odłożyć szkło i popatrzeć po prostu na to, co w innej sytuacji po prostu byśmy sfotografowali "na później" i pobiegli dalej. Wtedy dostrzega się więcej.

Dla tych, których zainteresował ten niezwykły zabytek, a w naszej galerii nie znaleźli wystarczającej dokumentacji fotograficznej, mamy dobrą wiadomość - muzeum ma bardzo sympatyczną stronę internetową, gdzie znajdziecie wszystko, co istotne. A my idziemy rozgrzać się kieliszkiem rakiji i czymś smakowitym z dużą ilością sera...

Galeria: 

Sofia - cerkiew Mądrości Bożej z VI wieku

Nie sposób przecenić znaczenia dzisiejszej cerkwi Mądrości Bożej dla Sofii jako miasta - od niej to przecież wzięła swoją nazwę. Narzucające się pokrewieństwo z bizantyjską siostrą z Konstantynopola jest jak najbardziej uprawnione, bo to siostry-równolatki mające wspólnego ojca (a raczej ojców - dwóch cesarzy bizantyjskich Konstantyna i Justyniana) i bardzo podobne dzieje.

Historia tego kościoła sięga początków chrześcijaństwa. Pierwszy budynek powstał tutaj we wczesnych latach IV wieku, aby wkrótce zostać zastąpionym przez okazałą budowlę wzniesioną przez Konstantyna Wielkiego. To tutaj odbył się wielki synod w 342 (tzw. synod w Sardyce, bo tak wtedy nazywała się Sofia) podczas którego wszyscy pokłócili się ze wszystkimi, synowie Konstantyna ze sobą nawzajem, władza świecka z duchowną, a wschodni kościół z zachodnim obłożyły się nawzajem ekskomuniką. Jedyne, co synod ustalił, to kwestie porządkowe, regulujące sprawy rozstrzygania wewnątrzkościelnych sporów między biskupami.

Wojny z barbarzyńcami - Wizygotami czy Hunami Atylli - jakie toczyło Biznacjum w owym czasie zmiotły bazylikę z powierzchni ziemi. To, co dzisiaj możemy podziwiać jako cerkiew Mądrości Bożej zbudował cesarz Justynian. Podobnie jak jej bizantyjska siostra, po tureckim podboju katedra została zamieniona na meczet i tak pozostała do połowy dziewiętnastego wieku, kiedy to po kolejnym trzęsieniu ziemi Turcy zrezygnowali z jej odbudowywania. Trzęsienia ziemi niejednokrotnie dawały się budowli we znaki, a dodajmy, że bułgarska siostra nie miała swojego Mimara Sinana, który uczyniłby ją odporną na wstrząsy. Od połowy dziewiętnastego wieku zatem katedra/meczet niszczała, mieszcząc w swoim zrujnowanym wnętrzu różnego rodzaju składy, a nawet remizę strażacką.
Kościół odzyskuje swój blask dopiero w latach dwudziestych XX wieku, ale nie odzywskuje funkcji katedry, którą zdążył przejąć stojący nieopodal olbrzymi sobór św. Aleksandra Newskiego.

Z zewnątrz obecna cerkiew Mądrości Bożej to typowa bizantyjska budowla z płaskiej, rudej cegły, z gładkimi ścianami bez żadnych dekoracji, za to z wielkimi połaciami przeszklonych, podzielonych na małe kwaterki okien. Znamy dokładnie ten model chociażby z kościoła Hagia Eirene na pierwszym dziedzińcu pałacu Topkapi w Stambule.

Wewnątrz oprócz układu przestrzennego budowli (bazylika z transeptem i apsydą) nie zachowało się oryginalne wyposażenie. Zdecydowano pozostawić gołe, ceglane ściany jako świadka historii, nie rekonstruować czy przyozdabiać na siłę. Dziś możemy sobie tylko wyobrazić mozaiki skrzące się na ścianach złotem, błekitem i czerwienią. Surowe, niemal puste wnętrze ma w sobie jakąś powagę, którą potęguje surowy wzrok prawosławnych świętych wodzący za nami z ikonostasu. Zwracają uwagę ciekawe sklepienia będące czymś pomiędzy serią płaskich kopuł a sklepieniem krzyżowo-żebrowym.

Z ciszy i chłodu cerkwi Mądrości Bożej, gdzie w sączącym sie przez biznantyjskie okna łagodnym świetle popołudnia można zadumać się na dłuższą chwilę nad losem tego kawałka świata, wychodzimy na dudniący muzyką plac Aleksandra Newskiego, gdzie bułgarskie nastolatki świętują hucznie zakończenie edukacji szkolnej, wożąc się w wynajętych kabrioletach z cygańską oriestrą przygrywającą do tańców-połamańców i gubienia na bruku szpilek wśród pisków i śmiechów. Ech ta bałkańska fantazja :)

Galeria: 

Sofia - cerkiew Św. Petki Samardżijskiej z XIV (?) wieku

Cerkiew Św. Petki Samardżijskiej wybraliśmy, aby zagościła na kartach Albumu, bo jest budynkiem symbolicznym - geograficznie znajduje się w samym sercu Sofii. Jest to w nowoczesnym (a przynajmniej nowym) otoczeniu ostaniec wielkiej, chrześcijańskiej historii Bułgarii skryty nieśmiało u wejścia do przejścia podziemnego i metra, na skrzyżowaniu wielkich, socjrealistycznych arterii, w zasadzie pod poziomem ulicy. Gdy zjawiliśmy się tutaj w lecie 2012 roku był to akurat jeden wielki plac budowy. Wśród walających się wszędzie odpadków zbrojonego betonu, ogrodzeń z falistej blachy i wszechobecnego budowlanego kurzu, malutka cerkiew wydawała się niepasującym do dekoracji rekwizytem. Ale można sobie wyobrazić, że krajobraz miasta zmieni się jeszcze wiele razy, a cerkiew św. Petki stać tu będzie na wieki...

Początki kościoła nikną w mrokach historii - pierwszy raz wzmianka o nim pojawia się w XVI wieku, ale najstarsze freski w jego wnętrzu pochodzą z XIV wieku. Kto wie, może jest jeszcze starszy... Na pewno zaś stoi w pradawnym miejscu pogańskiego kultu z czasów rzymskich. Cerkiew zawdzięcza swoje wezwanie św. Pareskewie (Petka to jedna z wersji jej imienia) i cechowi rymarzy/siodlarzy, którzy tutaj oddawali cześć Bogu. Kościółek to bardzo prosta, jednonawowa świątynia przekryta potężną kolebką, z prostą, półkolistą absydą. Wewnątrz zachowały się freski powstające od XIV do XVII wieku przedstawiające żywot Jezusa. O dziwo, cerkiew posiada kryptę, odkrytą podczas renowacji po II wojnie światowej.

Do cerkiewki nie udało nam się wejść i ominęły nas niestety tym razem freski. W ogólnobudowlanym rozgardiaszu była zamknięta na cztery spusty, co jest zupełnie zrozumiałe. Inna sprawa, że w krajach prawosławnych - w Rumunii, Bułgarii, a także w odkrytej przez nas niedawno Gruzji - kościoły/cerkwie są zawsze otwarte. Nie dla nas, turystów, którzy plączemy się tam nie znając kulturowego kodu bez ładu i składu, nie wiedząc kiedy ukłonić się, a kiedy przeżegnać, ale dla wiernych, którzy zawsze po drodze skądś dokądś znajdują czas, żeby zapalić świeczkę, czy ucałować ikonę. Korzystamy z tego przywileju ukradkiem, starając się nie naruszyć atmosfery tych miejsc naszymi zachwytami nad architekturą i klikaniem migawki.

Sofia zmienia się i przyspiesza ku przyszłości jak odchodzące z pobliskiej stacji metra pociągi. My też odjeżdżamy, mając nadzieję, że kiedy wrócimy tu, uda nam się zobaczyć wnętrze tej malutkiej, niezwykłej świątynki.

Galeria: 

Sofia - rotunda św. Jerzego z IV wieku

Otoczenie rotundy św. Jerzego w Sofii to kolejne miejsce, gdzie wielka, starożytna historia Bułgarii splata się z tą najnowszą. To tutaj, na dziedzińcu pałacu prezydenckiego stoi najstarsza budowla w Sofii - dzisiaj cerkiew i muzeum, dawniej meczet, kościół, pogańska świątynia o tajemniczej proweniencji...

Korzenie tego niezwykłego budynku sięgają czasów rzymskich - Rzymianie zbudowali go jako część kompleksu budynków użyteczności publicznej (jego ruiny możemy dzisiaj zwiedzać wokół rotundy) w IV wieku. Jego początkowa funkcja nie jest do dzisiaj jasna - swoich zwolenników ma teza, że była to kiedyś część łaźni kaldarium, czego dowodzić ma obecność pod podłogą hypocaustum, czyli rzymskiej wersji ogrzewania podłogowego (co jest rzeczywiście intrygujące). Najprawdopodobniej jednak przeznaczenie budynku było od początku sakralne, a rotunda stanęła na jakimś dawnym miejscu pogańskiego kultu.

Kościół w tym miejscu ustanowił cesarz Konstantyn Wielki, a po wielkich zniszczeniach spowodowanych najazdami Wizygotów i Hunów Atylli, odbudował go Justynian. Po zdobyciu miasta przez Bułgarów chana Kruma Strasznego, oba kościoły - Mądrości Bożej i św. Jerzego - pozostały nienaruszone, również w swojej funkcji sakralnej. Nawrócenie Bułgarów w IX wieku rozpoczęło etap świetności kościoła, gdzie spoczęły szczątki św. Iwana Rilskiego Cudotwórcy (chociaż nie poleżały tam długo, bo w XII wieku rozpoczęły swą długą wędrówkę, zanim spoczęły u źródeł - w RIlskim Monastyrze). W tym okresie - od X do XIV wieku - powstały największe skarby kościoła - niezwykłe freski z przedstawieniami proroków, świętych i aniołów. Etap świetności zakończył oczywiście podbój turecki, chociaż przez jakiś czas kościół działał bez przeszkód pod tureckim panowaniem, by dopiero w XVI wieku zostać zamienionym na meczet, kiedy to freski zostały zamalowane.

Kształt kościoła sam w sobie jest interesujący - niewielkich rozmiarów budowla centralna z dwoma kaplicami po bokach poprzedzona jest obszernym przedsionkiem i dziedzińcem. Relikty fresków zachowały się dość dobrze pod tureckim tynkiem, dzisiaj można je zwiedzać i podziwiać, nie można ich niestety fotografować. Małe, kwadratowe prezbiterium oddzielone jest dziś od nawy ikonostasem. Wnętrze doświetlone jest znajdującymi się wysoko oknami. Kościół ma niezwykłą akustykę, a w przeszłości miał też wyjątkową atmosferę (czy może raczej mikroklimat).

Filigranowa i jakby z innej bajki wyjęta sylwetka rotundy św. Jerzego, dziś skryta na dziedzińcu prezydenckiego pałacu to niezwykły świadek świetności, upadku i odrodzenia miasta. Dziś to jeden z najpiękniejszych zakątków Sofii, oferujący skarby sztuki, głęboką historię i tajemnicę, która rozpala wyobraźnię...

Galeria: 

Czechy

Za naszą południową granicą znaleźć można prawdziwy romański raj. Przekonaliśmy się o tym podążając przez senne, kolorowe miasteczka, których mieszkańcy sączą leniwie piwo lub wino przegryzając utopencem albo maczając knedlika w svickovej na smetane w lokalach, w których kiedyś pewnie muchy paskudziły na portret Najjaśniejszego Pana, od zagubionych gdzieś wśród pól i pradawnych słowiańskich gajów rotund, do majestatycznych choć nagryzionych zębem sekularyzmu opactw. W naszej drodze przez Czechy towarzyszył nam romański zachwyt i nieco smętny głos Jaromira Nohavicy odkrywający przed nami melancholijne zakamarki czeskiej duszy i paradoksalne piekno czeskiego języka. Choć historia nie oszczędzała czeskiej religijności, oszczędziła czeskie zabytki sakralne, które znajdujemy nierzadko w dużo lepszym stanie, niż te polskie. A droga ich śladem okazała się niezywkle fascynująca...

Brno - relikty krypty katedry św. Piotra i Pawła z XII wieku

Brno - urocza stolica morawskiej Toskanii... Można tu spacerować śledząc wzrokiem wygięte linie secesyjnych dekoracji cesarsko-królewskich w stylu kamienic, wstępować do winiarni i degustować morawskie wina, podziwiać nowoczesną sztukę. Można też wstąpić do katedry św. Piotra i Pawła i oddać się romańskim poszukiwaniom...

Katedra św. Piotra i Pawła zbudowana została w XII wieku na zamkowym wzgórzu, ale jej dzisiejszy kształ pochodzi z XIII wiecznej przebudowy, która uczyniła zeń budynek w całości gotycki. Swoich średniowiecznych poprzedników postanowili poprawic też dziewiętnastowieczni miłośnicy romantyzmu i dokonali kolejnej przebudowy w stylu neogotyckim. Wnętrze kościoła jest barokowe. Dzisiaj jedyne, co pozosało po romańskim budynku, to relikty krypty. Całe szczęście krypta jest udostępniona dla zwiedzających i pozwolono nam zrobić parę zdjęć. Relikty to kilka przyściennych kolumienek, zarysy romańskich murów, w tym apsydy, i.. tyle. Dla nas była to jednak przygoda - musiliśmy wzbudzać uśmiech innych turystów zajętych oglądaniem wystawy, kiedy nie zważając na wiszące na ścianach obrazy, wciskaliśmy się za kartonowe przepierzenia, żeby fotografować jakieś stare kamienie.

Katedra Piotra i Pawła z jej reliktami romańskiej krypty to zdecydowanie zabytek dla zaawansowanych, którzy docenią nawet najmniejszy romański kamień. Ale Brno samo w sobie polecamy jako jedno z najsympatyczniejszych i najłatwiej dostepnych miejsc na weekendowy zagraniczny wyjazd. I to wino...

Galeria: 

Budeč - rotunda św. Piotra i Pawła z IX wieku

Choć Budeč leży zaledwie kilkanaście kilometrów od Pragi, wcale nie jest łatwo tu trafić, a wspinaczka na wzgórze grodziska stromą i wąską drogą grunową okazała się nie lada wyzwaniem dla samochodu. Ale dokładnie takie było założenie budowniczych - miesjce miało byc obronne i trudno dostępne. Po trudach i wysiłkach wspinaczki na szczycie czeka na nas nagroda - najstarszy ciągle funkcjonujący kościół w Czechach.

Grodzisko w miejscowości Budeč to poważany świadek historii czech i dynastii Przemyślidów, którzy to naturalnie obronne wzgórze zamieszkałe już w epoce brązu przemienili w prawdziwą fortecę. Centrum grodziska był otoczony wałem Akropol, gdzie do dziś stoi rotunda św. Piotra i Pawła według tradycji ufundowany przez księcia Spitygniewa. Rezydentem grodziska przez pewien czas był też sam św. Wacław. Rotunda, a raczej nieco koślawa budowla centralna, powstała w końcu IX wieku i do dziś zachowała swój kształt, chociaż nie do końca charakter i dekoracje. W XII wieku dobudowano do niej wieżę od strony północnej. Wnętrze kościoła zostało w XIX wieku zniszczone przez ogień, więc nie ma co szukać tutaj jakiś romańskich pozostałości. Jak większość czeskich rotund, rotunda św. Piotra i Pawła jest otynkowana i pomalowana na morelowy kolor. Otaczający kościółek cmentarz sięga swymi początkami czasów Przemyślidów.

Oprócz rotundy w grodzisku zachowały się fundamenty kościoła Narodzenia Najświętszej Marii Panny z X wieku, który było prostą budowlą zakończoną apsydą, prawdopodobnie z wieżą od strony zachodniej.

Choć wzgórze może sprawiać wrażenie nieco opuszczonego, to jest to czeska Národná kultúrna pamiatka, a w sezonie (od kwietnia do września) w weekendy można rotundę zwiedzić z przewodnikiem i wysłuchać wykładu na temat historii tego niezwykłego miejsca. Chociaż sam kościółek zaliczamy do grona "zabytków dla zaawansowanych" (sam w sobie nie jest może bardzo efektowny), to grodzisko samo w sobie jest ciekawym miejscem spotkania z najstarszą czeską historią.

Galeria: 

Jakub - kościół św. Jakuba z XII wieku

W Kutnej Horze jest co zwiedzać - przepiękna gotycka katedra, urocza starówka i "kaplica czaszek" zbudowana z kości, w której po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, że barok to jednak nie nasza epoka. Wychodząc z tego dziwacznego przybytku i ciągle jeszcze czując, że włoski na karku stoją nam dęba, zauważyliśmy na ścianie przy kasie biletowej niepozorną pocztówkę z wizerunkiem pięknego romańskiego kościółka gdzieś wśród pól. Zostaliśmy odesłani do miejscowości Jakub, o której ani jednej wzmianki nie znaleźliśmy w naszym przewodniku (wstyd!). Tak więc zupełnym przypadkiem dostaliśmy romański bonus w postaci najcenniejszego dwunastowiecznego romańskiego zabytku Czech. Ale to nie koniec naszego szczęścia - kościół okazał się otwarty, a w nim czeska wycieczka słuchała pasjonującej opowieści sympatycznej pani kustosz. Przyłączyliśmy się bez wahania.

Kościół św. Jakuba został założony z inicjatywy Marii, żony miejscowego możnowładcy i wyświęcony w 1165 roku w obecności praskiego biskupa i królewskiej pary Władysława II i królowej Judyty. Jego dzieje nikną w mrokach historii. W XVI wieku kościołowi dodano renesansowe sklepienie, a w XIX wieku powstało malowidło w apsydzie. Jednak poza tymi zmianami kościół zachował się w kształcie praktycznie niezmienionym, a co najważniejsze, zachowały się jego niezwykłe dekoracje.

Kościółek św. Jakuba jest niewielką budowlą salową, z prostą nawą główną krytą pierwotnie stropem, zamkniętą apsydą, z masywną wieżą z dwoma poziomami triforiów oraz wspartą na dwóch filarach/kolumnach emporą. Na emporę wchodziło się po drewnianych schodach dostawionych na zewnątrz wieży. Empora składała się z pomieszczenia wewnątrz wieży, sklepionego krzyżowo oraz balkonu w samym kościele. To, co wewnątrz zwraca uwagę, to niezwykle misterne zdobienia kolumn wspierających emporę - i kapitele i same trzony filarów zdobione są ornamentami kwiatowymi i plecionkami w stylu romańskiego renesansu.

Ale największe skarby znajdziemy na zewnątrz kościoła, którego ściany zewnętrzne są niezwykle bogato i zupełnie unikatowo zdobione. Zwracają uwagę już kolory użytego kamienia - szare ciosy, czerwony piaskowiec tympanonu, czarny kamień z którego wyciosano rzeźby. Prosty portal zdobi tympanon z przedstawieniem Chrystusa w otoczeniu aniołów. Ściany podzielone są lizenami tworzącymi ślepe arkady, w których znajdują niezwykłe rzeźby. Najprawdopodobniej przeznaczone były początkowo do zupełnie innego kościoła (nie do końca pasują rozmiarem do ślepych arkad, w których zostały umieszczone), a z jakiś przyczyn znalazły się tutaj. Mocno zerodowane, już trochę zatarte figury noszące ślady agresji symbolicznej, przedstawiają najprawdopodobniej świętych Piotra i Pawła, św. Jakuba, św. Wojciecha, a także króla Władysława II. Ściany zdobione są ponadto fryzem arkadkowym, a wieże wieńczą dwa poziomy triforiów - cóż za bogactwo, jak na prowincjonalny kościółek!

Miejscowości Jakub nie ma w przewodnikach, trudno tu trafić, a tymczasem można tu znaleźć prawdziwy skarb, którego piękno docenią nie tylko miłośnicy romańszczyzny. Polecamy to miejsce dużo bardziej niż przereklamowaną i nieco niesmaczną w naszym odbiorze kaplicę czaszek w Kutnej Horze.

Galeria: 

Milevsko - kościół Nawiedzenia NMP z XII wieku

Milevsko to kolejny romański bonus, którego nie było w przewodniku. Trafiliśmy tu tylko dzięki grupce Holendrów, którym wyjątkowo długo zajęło meldowanie się na kempingu w okolicach Czeskiego Krumlova. Czekając na swoją kolej, znudzeni zaczęliśmy przeglądać foldery zachwalające uroki południowych Czech. I wtedy wpadły nam w oko dwie romańskie wieże. Okazało się, że dokładnie tego dnia przejeżdżaliśmy obok Milevska, nie mając pojęcia, co tam jest. I musieliśmy się wracać...

Tego dnia siąpił deszcz i pogoda raczej nie zachęcała do zwiedzania. Może właśnie dlatego w Milevsku nie spotkaliśmy żywej duszy, ale na prohlidkę i tak musieliśmy poczekać do pełnej godziny. Tym razem mieliśmy szczęście i przynajmniej pozwolono nam fotografować. Dziś klasztor znajduje się w połowie w ruinie, a Norbertanie, którzy wrócili tu po 1989 roku, ciężko walczą o ratunek dla klasztoru. Każdy datek się liczy i każdy datek pomoże. Ale po kolei.

Opactwo Norbertanów założone zostało w latach osiemdziesiątych XII wieku z inicjatywy miejscowego możnowładcy Jerzego z Milevska. Budową klasztoru zarządzał jego przyszły pierwszy opat Jarloch. Pierwszy pożar spustoszył klasztor kilka lat po jego wybudowaniu. Kościół odbudowano, a potem jeszcze kilka razy przebudowywano, m.in. w okresie gotyku. Kres czasom prosperity położyły wojny husyckie - klasztor został splądrowany. Jeszcze gorzej obeszła się z nim historia po bitwie pod Białą Górą, kiedy to klasztor został spustoszony, a okoliczne wioski wyludnione. Ojcowie przenieśli się wtedy do opactwa na praskim Strahovie. W XIX wieku podejmowano próby przywrócenia klasztorowi chociaż ułamka jego blasku, ale nigdy się to już nie udało. W XIX wieku przeprowadzono też reromanizację kościoła. Władza komunistyczna umieściła tu kołchoz, co przyspieszyło ruinę klasztoru. Dzisiaj mieszka tu kilku ojców, którzy powoli próbują doprowadzać klasztor do porządku, podnosić go z ruiny. Pierwsze sukcesy można już podziwiać - skrzydło klasztorne, gdzie mieszkają mnisi, zostało odrestaurowane. Podobnie kościół.

Badania archeologiczne przeprowadzone w kościele Nawiedzenia NMP dowodzą, że pod posadzką kościoła kryją się relikty przynajmniej dwóch (jeśli nie trzech) innych romańskich świątyń. Choć kościół przeszedł reromanizację, to w jego kształcie (chociażby w wysokiej nawie głównej) już czuć gotyk. Surowe wnętrze, pobielone ściany i bardzo jasny kamień dają wrażenie świetlistości. W części zachodniej znajduje się empora. Nawy sklepione są krzyżowo-żebrowo. Bazylika nie ma transeptu, jest dosyć długa. Nawy boczne zakończone są apsydkami, nawa główna - gotyckim prezbiterium.

Największe wrażenie robi majestatyczna, dwuwieżowa fasada. Nie zachował się zachodni portal, jest za to dostępny bardzo prosty portal północy. Wieże mają dwa poziomy triforiów i jeden poziom biforiów. W ścianie zachodniej znajduje się duże, przebite gotyckie okno. Obchodząc kościół dookoła, można natknąć się od strony północnej na odsłonięty fundament romańskiej zakrystii, a w części wschodniej - na fundamenty wcześniejszego kościoła.

Ruszamy z wyjątkowo sympatyczną (bo byliśmy na niej sami z uśmiechniętą licealistką uzbrojoną w pęk kluczy) prohlidką dalej, do kościoła św. Iliji. Szkoda, że pogoda paskudna, bo po zabudowaniach klasztornych i okolicznych polach można by jeszcze długo powędrować szukając ładnych kadrów z dwoma wieżami opactwa w Milevsku w tle.

Galeria: 

Milevsko - kościół św. Iliji z XII wieku

Milevsko to nie tylko klasztor Norbertanów i kościół Nawiedzenia NPM. Znajdujemy tutaj kościółek, z którego została tylko wieża. Ale co to jest za wieża! Wieża podobna absolutnie do niczego...

Możnowładca Jerzy z Milevska musiał mieć gest. Nie dość, że sprowadził do Milevska Norbertanów, to dla siebie zbudował jeszcze kościółek św. Iliji. A nie dość, że miał gest, to miał jeszcze wyobraźnię. Świadczy o tym to, co pozostało po kościółku - mianowicie intrygująca, monumentalna wieża zachodnia. Kościół ten pierwotnie był prostą budowlą salową z emporą, na którą prowadziły schody w grubości muru. W czasach gotyku kościół gruntownie przebudowano, a w zasadzie pozbyto się kościoła i zostawiono samą wieżę (bardzo sensownie, po co marnować taki wielki, solidny kawał wieży) i dobudowano gotyckie nawę i prezbiterium. Dzisiaj kościół służy za kaplicę cmentarną.

Wieża - szeroka, masywna, wysoka, z dwoma poziomami biforów (a w poziomie mieści się ich aż trzy) i drewnianą nadbudówką jest czymś absolutnie niespotykanym. Na pewno miała też w zakresie obowiązków spełniać funkcje obronne, była też zapewne symbolem władzy możnowładcy Jerzego (czyżby, niczym lord Farquad, miał on jakiś kompleks?). W ramach prohlidki do samego kościoła można wejść i obejrzeć wątki romańskich murów w gotyckiej budowli, niestety nie można wejść na samą wieżę.

Dla samej wieży warto do Milevska przyjechać, szczególnie, że dostaje się tu w pakiecie klasztor, kościół i wieżę. Błądząc, a nawet przemieszczając się w wyznaczonym celu, po południowych Czechach na pewno warto tu wpaść na chwilę.

Galeria: 

Praga - Romański Dom z XII/XII wieku

Czesi mogą poszczycić się nie tylko nieporównywalnym z polskimi warunkami bogactwem rotund, ale też - uwaga uwaga - romańskimi domami w Pradze. To zjawisko unikatowe w tej części Europy, porównywalne tylko chyba z Ratyzboną. Ich losy bywały różne, ich stopień zachowania romańskości również. I tak jak ostatnie badania mówią o ponad sześćdziesięciu (!) romańskich domach w Pradze, my wybraliśmy ten, do którego najłatwiej się dostać...

...albowiem znajduje się tam knajpka. Ulica Řetězová 222 - to tutaj kierujemy się nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać. Nic lepszego nie mogło nas spotkać - w "romańskim domu" znajdujemy przyjemną kawiarnię, a uczynna pani kelnerka otwiera nam piwnicę (obecnie znajduje tam się mała galeria), gdzie możemy do woli wyżyć się fotograficznie. Nisko sklepione pomieszczenie oparte jest na masywnych, romańskich filarach i zachowało się w stanie prawie nienaruszonym. W samej kawiarni też zwracają uwagę romańskie ściany. I trzeba przyznać, że wino, ser i oliwki w takim oto romańskim wnętrzu smakowały wyśmienicie.

Snując się ulicami Starego Miasta nie sposób nie robić sobie przystanków w kawiarniach, knajpkach, barach. My z nic wszystkich polecamy Romański Dom - nie dość, że wino dobre, to jeszcze ściany romańskie: jesteśmy w raju!

Galeria: 

Praga - kościół św. Jerzego z X wieku

Praski zamek i wzgórze Hradczany to istna kopalnia atrakcji - zamkowe wnętrza, gdzie rozgrywała się wielka historia Czech, katedra św. Wita ze swoimi cudownymi, gotyckimi witrażami, Złota Uliczka oferująca w przystępnych cenach tony różnokolorowego badziewia dla turystów, uliczni artyści, widoki Pragi... I jest jeszcze kościół św. Jerzego, nieśmiało skryty w zamkowych zabudowaniach za różową, barokową fasadą. Standardowy pakiet biletów wstępu do różnych zamkowych atrakcji wstępu do kościoła nie obejmuje, więc jest tu dużo spokojniej. Zamykają się za nami drzwi i jesteśmy w cudownym, romańskim wnętrzu, zżerani zazdrością, że na Wawelu nic podobnego się nie uchowało...

Kościół św. Jerzego ufundowany został przez księcia Wratysława I w 920 roku. W 973 roku z inicjatywy Mlady, siostry księcia Bolesława II Pobożnego sprowadzono tu benedyktynki, co stało się pretekstem do pierwszej (i jednej z wielu w romańskich czasach) przebudowy kościoła. Dalej, w XI wieku kościół został powiększony (wzwyż w na długość), dodane zostały empory nad nawami bocznymi oraz wieża północna, w XII wielu po pożarze, który spustoszył praski zamek, do kościoła dobudowano wieżę południową oraz podwyższono prezbiterium i dodano kryptę. Wreszcie, w XIII wieku, dodano kaplicę poświęconą pierwszej czeskiej męczennicy, św. Ludmile, z tego okresu pochodzą również relikty fresków z apsydy. W okresie gotyku dodano kaplicę Marii Panny, w epoce renesansu dodano portal południowy, a w czasach baroku przebudowano fasadę oraz dodano kaplicę św. Jana Nepomucena. W XIX wieku dokonano reromanizacji wnętrza. W kościele związanym od swojego zarania z dynastią Przemyślidów znaleźć możemy grobowce Wratysława (ciekawa, drewniana, gotycka tumba) i Bolesława II Pobożnego. Jest tu też pochowana sama św. Ludmiła.

Kościół św. Jerzego to klasyczna bazylika kryta stropem. W majestatycznych ścianach nawy wspartych na masywnych filarach zwracają uwagę przepiękne triforia i tetraforia empory. Podniesione prezbiterium zamknięte jest apsydą, na której sklepieniu podziwiać możemy relikty fresków. Pod prezbiterium znajduje się piękna, halowa krypta, gdzie wystawiona jest kopia romańskiego tympanonu z przedstawieniem Madonny i klęczącego u jej stóp króla czeskiego Przemysła Ottokara I. Kościół sprawia wrażenie surowego, trudno tu znaleźć misterne zdobienia czy filigranową kamieniarkę, ale to właśnie buduje jego minimalistyczne piękno i urok. Zdobień trudno szukać też na zewnątrz kościoła - fryz arkadkowy i ząbkowy wieńczący ściany apsydy, triforia kanciastych, masywnych wież - i to wszystko. Tylko tyle i aż tyle.

Przycupnąwszy na ławce w kościele św. Jerzego na Hradczanach, w odwiecznej ciszy i chłodzie, zapomnieć można, że za zewnątrz w salwach śmiechu i wśród trzasków (najczęściej cyfrowych) migawek, przewalają się przez praski zamek tabuny turystów. Dla nas to najważniejsza atrakcja tego niezwykłego wzgórza, bardziej magiczna od alchemicznych zakamarków Złotej Uliczki, wywołująca więcej emocji od rozmachu gotyckiej katedry św. Wita, bo romańska właśnie. Tutaj przez chwilę możemy sobie pomarzyć, że na Wawelu wciąż stoi chrobrowska albo przynajemniej hermanowska katedra czy kościół św. Gereona...

Galeria: 

Praga - kościół św. Marcina w murze z XII wieku

Choć dzisiaj po żadnym "murze" śladu nie ma, w zwyczajowej nazwie kościoła św. Marcina w murze przetrwała dawna topografia miasta, kiedy rzeczywiście przebiegał tędy mur i była tu nawet brama miejska, oczywiście św. Marcina. Sam kościół z daleka nie zdradza cech romańskich, ale niech nas to nie zwiedzie. Czas na naszą ulubioną rozrywkę - romańską archeologię stosowaną!

Dzieje tego kościoła sięgają XII wieku, kiedy to powstała tu prosta, jednonawowa budowla romańska. Nie dane jej było długo cieszyć się jej pierwotnym kształtem - w czasach gotyckich sukcesywnie kościół rozbudowywano, aż osiągnął kształt, jaki możemy oglądać dzisiaj. Ale to nie koniec przygód tej budowli - w XVII wieku spustoszył ją pożar, a w XVIII wieku została zaadaptowana na m.in. warsztat i magazyn. Lepsze czasy przyszły dopiero na początku XX wieku, kiedy to obrońcy zabytków z władz miejskich odkupili kościół i przywrócili mu jego pierwotny, gotycki już bardziej niż romański charakter.

Dzisiaj można śmiało kościół św. Marcina w murze nazwać gotyckim, a to co romańskie kryje się w wątkach murów (może raczej nie kryje się - romańskie partie zostały ładnie wydobyte spod tynku i wyeksponowane) i pod posadzką. W części zachodniej zejść można do pozostałości krypty, gdzie romańskiego muru jest więcej, a znajdą się też relikty półkolumienek przyściennych.

Praga na pewno oferuje lepsze atrakcje i większe olśnienia, niż kawałek romańskiego muru gdzieś głęboko pod podłogą. Ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy tego niewielkiego i niezbyt obleganego przez zmierzających ku ratuszowej wieży turystów nie odwiedzili. To kolejny świadek bogatej historii miasta i sympatyczna, romańska łamigłówka w jednym.

Galeria: 

Praga - kościół św. Wacława na Zderaze z XII wieku

Pewnie nigdy byśmy tutaj nie trafili gdyby nie fakt, że akurat mieszkaliśmy w okolicy w hostelu. Przechodziliśmy tędy codziennie, wracając wężykiem z jakiejś miłej wieczornej nasiadówki, na przykład w pobliskim pubie "U spadochroniarzy", nazwanym na cześć czeskich komandosów, którzy dokonali udanego zamachu na nazistowskiego zbrodniarza Reinharda Heydricha i zginęli bohatersko broniąc się w pobliskiej cerkwi św. Cyryla i Metodego. Można tu zjeść utopenca w zadumie spoglądając na archiwalne zdjęcia uśmiechniętych młodzieńców, którzy dokonali tego niezwykłego czynu i w milczeniu wypić ich zdrowie wznosząc kufel czeskiego piwa, albo kieliszek morawskiego zelenego.

Znajdujemy się w miejscu, gdzie w głębokim średniowieczu znajdowała się osada Zderaz i to właśnie tu w XII wieku powstał kościół św. Wacława. Bezdyskusyjnie gotycki kościół zainteresował nas przez dziwacznie umiejscowione w zachodniej fasadzie romańskie biforia, które nijak się miały do reszty budynku. Okazuje się, że to pozostałości romańskiej wieży, która inkorporowana została do gotyckiego budynku i to jedyna pozostałość (oprócz romańskiego gruzu, który posłużył do zbudowania gotyckiej świątyni) po jego romańskim poprzedniku.

Jak większość kościołów Pragi, kościół św. Wacława ma ciekawą historię. Mieścił się tu konwent Augustianów, ośrodek kultu św. Wacława. W XVIII wieku klasztor został zamknięty i wraz z kościołem zamieniony na więzienie (stąd przeniesiono je wkrótce na słynny Pankrác). W XIX wieku kościołowi przywrócono funkcje sakralne i służył jako kaplica więzienna, o mało nie został też rozebrany z powodu przebudowy tej części miasta (taki los spotkał zabudowania klasztorne), ale z pomocą przybyli słynni prascy obrońcy zabytków. Dziś to czynny kościół husycki.

Kościół św. Wacława to może nie romańska perła, ale sympatyczna romańska zagadka, która wiele może opowiedzieć o burzliwej historii czeskiej metropolii...

Galeria: 

Praga - relikty pałacu biskupiego z XI wieku na Hradczanach

Krążąc wokoło katedry św. Wita na Hradczanach natrafiamy na ciekawy budynek - duży, barokowy klocek w odcieniach różu. Zwraca naszą uwagę wypreparowane z muru piękne, romańskie biforium. To tzw. Stara Plebania, budynek który powstał w wyniku przebudowania XI wiecznego pałacu biskupiego.

W zasadzie nic dodać, nic ująć - wypreparowane z muru biforium i romańskie wątki to jedyne, co możemy dzisiaj podziwiać z pozostałości romańskiego pałacu biskupiego. Niewiele zostało z romańskich Hradczanów - niekóre partie murów obronnych z wieżami (wieże Biała i Biskupia), relikty dwóch pierwszych kościołów pod posadzką katedry św. Wita - romańskiej rotundy ufundowanej przez św. Wacława w X wieku i dwuchórowej bazyliki zbudowanej przez Spitygniewa II w wieku XI. Przetrwał za to w dobrym stanie romański kościół św. Jerzego.

Taki los królewskich grodów - Hradczanów, Wawelu - które musiały podążać za duchem czasów i głosić chwałę swoich koronowanych mieszkańców, więc nie ominęły ich liczne przebudowy. Dzisiaj bardziej niż starannie zaplanowane założenia, to raczej wynik organicznego rozwoju przez wieki i epoki. Ale też właśnie stąd często bierze się ich urok...

Galeria: 

Praga - rotunda św. Longina z XII wieku

Spacerując z Novégo Města w kierunku praskiej Starówki, przy ulicy Na Rybníčku, której nazwa upamiętnia dawną osadę Rybníčk, trafiamy na... rotundę. Wciśnięta w osiedle, troszkę zaniedbana, pobazgrana sprayem rotunda św. Longina z XII wygląda nieco smętnie. Ale to w końcu rotunda - dobro tak rzadko dostępne w Polsce...

Zbudowana w XII wieku jako kościół przynależny do osady Rybníčk wchłoniętej wkrótce przez Nowe Miasto, rotunda św. Longina (kiedyś św. Stefana) to prosta budowla bez wieży. W XVII wieku nie ominęła jej barokowa przebudowa, która raczej nie wyszła rotundzie na zdrowie (z czasów tej przebudowy pochodzi latarenka), a w XVIII wieku została zdesakralizowana. Mało brakowało, a w XIX wieku zostałaby po prostu rozebrana (co spotkało tak wiele naszych zabytków romańskich, że aż się łezka w oku kręci). Dziś rotunda służy wspólnocie greckokatolickiej. Z doklejoną w czasie przebudowy latarnią, miejscami pokryta tynkiem spod którego wyglądają wątki oryginalnych murów, wygląda jak nobliwy choć nieco obszarpany weteran. W ocalałych partiach można znaleźć oryginalne rozglifione okienka.

Znamy piękniejsze i lepiej utrzymane czeskie rotundy, ale będąc w Pradze i snując się uliczkami Nowego Miasta w poszukiwaniu szwejkorabiliów, warto zajrzeć tu chociaż na chwilę.

Galeria: 

Praga - rotunda św. Marcina z XI wieku

Twierdza Wyszehrad może nie jest tak popularna jak inne atrakcje turystyczne Pragi, ale właśnie dzięki temu jest to idealne miejsce na spokojny spacer z dala od turystycznej gorączki. Uroczy park, wszechobecna secesja, zarówno w wyszehradzkiej katedrze, jak i na cmentarzu i - oczywiście rotunda - jedna z najstarszych budowli w Pradze.

Rotunda św. Marcina powstała w XI wieku jako kościół parafialny. W czasie wojen husyckich została splądrowana, w swojej długiej historii służyła też za magazyn. Podobnie jak rotunda św. Longina z Nowego Miasta, rotunda św. Marcina cudem uniknęła rozbiórki. W XIX wieku miała trochę więcej szczęścia i zajęli się nią obrońcy zabytków, jednak nie wszystkie ich działania można pochwalić - oryginalny portal został zamurowany, a dodano nowy, neoromański.

Rotunda jest prostą budowlą bez wieży, jedynie z apsydą. Przebite, neoromańskie okna i fryz arkadowy zostały dodane na etapie XIX wiecznej adaptacji. Nie udało nam się potwierdzić autentyczności latarenki z biforiami. W czasie badań archeologicznych odkryto w rotundzie tajemniczą piwnicę niewiadomego przeznaczenia.

Rotunda św. Marcina to jeden z tych nieoczywistych zabytków, których trudno szukać na listach Top10 Pragi, ale romańscy poszukiwacze przygód na pewno tu zawędrują. Do tego można tu dostać w promocji całkiem sporo secesji w postaci filuternie uśmiechniętych rudych aniołów z wyszehradzkiej katedry.

Galeria: 

Předklášteří /Tišnov - opactwo Porta Coeli z XIII wieku

To był już koniec naszej czeskiej przygody i pora było zacząć myśleć o wracaniu do domu. Dolaliśmy sobie do kieliszków veltlinskego zelenego z wielkiego, plastikowego baniaka, który kupiliśmy za grosze od miejscowego, morawskiego winiarza z naszej wioski i otworzyliśmy atlas samochodowy Czech, żeby powoli zacząć planować trasę powrotną. Ale coś przykuło naszą uwagę - dopisek Porta Coeli przy miejscowości Tišnov. Sprawdziliśmy w przewodniku - ani słowa. Ale od czego jest internet - wpisaliśmy Porta Coeli w Google i kiedy zobaczyliśmy wyniki pomyśleliśmy, że Google się myli. Czy to Burgundia? A może Włochy? Nie, to Tišnov, opcatwo Porta Coeli , "niebiańskiej bramy" (skojarzenie z portalem jak najbardziej uzasadnione). Po raz kolejny przekonaliśmy się, że Google się nie myli...

Cóż było zrobić, trzeba było do przedmieścia Tišnova zwanego - jakże odkrywczo - Předklášteří pojechać i sprawdzić na własne oczy, co to za cuda, sprawdziwszy wcześniej - nauczeni doświadczeniem - godziny prohlidki. Z autostrady na Brno (patrząc od Krakowa) jest tu zaledwie kilkanaście kilometrów, więc w drodze na winem płynące Morawy można tu się zatrzymać na chwilę i popodziwiać chociażby portal, jeżeli na prohlidkę akurat się nie trafi.

Klasztor cysterek założyła tu królowa Konstancja, żona króla Przemysła Ottokara I w 1230 roku i po śmierci męża spędziła tu resztę życia. Tu jest też pochowana, chociaż jej grobowiec nie został potwierdzony. Tutaj pochowany jest też jej syn, margrabia Moraw Przemysł. Klasztor cysterek działał tutaj nieprzerwanie do XVIII wieku, kiedy to dekretem Józefa II został skasowany. Kościół został kościołem parafialnym, a budynki klasztorne cesarz wynajął manufakturze tekstylnej. Cysterki powracają tu w XIX wieku po wykupieniu zabudowań klasztornych przez konwent z Marienthal. Klasztor zostaje ponownie zlikwidowany w 1950 roku przez władze komunistyczne, a siostry wracają tu dopiero w latach dziewięćdziesiątych.

Porta Coeli to typowe założenie cysterskie, z prawie już gotyckim kościołem pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny i zabudowaniami klasztornymi, w skład których wchodzą piękne, ostrołukowe krużganki, czy refektarz (niestety ani w kościele, ani w klasztorze nie wolno robić zdjęć, dura lex prohlidki , dlatego w galerii publikujemy skany pocztówek z widokami wnętrz klasztoru). Kościół to klasyczna, cysterska bazylika z transeptem o ostrołukowych arkadach, sklepieniu krzyżowo-żebrowym i prosto zamkniętym prezbiterium, bez większych dekoracji, z biało tynkowanymi ścianami i wyeksponowanymi ciosami żeber.

To, co robi tu największe wrażenie, to portal, owe "bramy niebios". Na poły romański, na poły gotycki, ostrołukowy, o bogato zdobionej w motywy roślinne i zwierzęce archiwolcie, hieratycznie romańskim jeszcze tympanonie przedstawiającym Chrystusa królującego i fundatorów składających mu u stóp świątynię. Figury apostołów w uskokach portalu można już śmiało nazwać gotyckimi - smukłe postacie w kontrapoście już zapowiadają nowy styl i nową epokę. Portal flankują sympatyczne romańskie lwy. W zdobieniach portalu wiją się wśród pędów winorośli różne przedziwne stwory ze średniowiecznego bestiarium. Portal można spokojnie nazwać monumentalnym, robi on niesamowite wrażenie i słusznie zapracował na miano "bram niebios".

Prawie do samego Tišnova można z Krakowa dojechać autostradą. Niecałe 30 kilometrów stąd do Brna. A Morawy same w sobie to świetna weekendowa destynacja, cudowna kraina, gdzie nie tylko można podziwiać zabytki romańskie, ale i miło spędzić czas z kieliszkiem czegoś zielonego...

Galeria: 

Přední Kopanina - rotunda św Marii Magdaleny z XII wieku

Přední Kopanina choć sprawia wrażenie typowej, sennej czeskiej wioski to w zasadzie przedmieście Pragi położone po drugiej stronie autostrady od międzynarodowego lotniska Vaclava Havla. Można się tutaj bardzo łatwo i szybko dostać z Pragi - samochodem autostradą numer siedem, zjeżdżając lotniskowym zjazdem (tylko w przeciwnym niż lotnisko kierunku) lub praską komunikacją miejską. Spragnieni rotund znajdą tu coś, co ich nie zawiezie - dwunastowieczny kościółek pod wezwaniem św. Marii Magdaleny.

Po wielkomiejskim (choć i tak wyjątkowo przyjaznym, bo czeskim) zgiełku Pragi, Přední Kopanina okazała się ostoją spokoju. I tak jak praskich rotund historia nie oszczędziła, to ta stojąca tu prezentuje się bardzo okazale. Zbudowana z ciosów miejscowego kamienia rotunda pod wezwaniem św. Marii Magdaleny powstała w pierwszej połowie XII wieku i w większości zachowała swój pierwotny układ. Od wschodu najdziemy tu niewielką apsydę, od zachodu - prostokątną wieżę z dwoma poziomami biforiów. W portalu znajduje się skormny tympanon. Jedyne oryginalne okna ocalały w połudiowej części apsydy i w dolnej części wieży. W XIX wieku dostawiono do rotundy prostokątną nawę i od tej pory rotunda pełni funkcję prezbiterium. W XIX wieku budowla przeszła też reromanizację - podwyższono wieżę, dodano otwory okienne, kamienne sklepienie zastąpiono drewnianym.

Přední Kopanina to nasz pierwszy przystanek na szlaku czeskich rotund, który zaostrzył nasze apetyty. Polecamy to miejsce jako świetną opcję na krótki wypad z Pragi, jednodniową wycieczkę w świat urokliwej czeskiej prowincji.

Galeria: 

Stará Boleslav - kościół św. Klemensa z XI wieku

Miejscowość Stará Boleslav obfituje w kościoły romańskie - obok monumentalnej bazyliki św. Wacława, gdzie rozegrała się wielka historia Czech a sam św. Wacław stracił życie z rąk morderców nasłanych przez jego brata Bolesława, stoi niewielki kościółek św. Klemensa. Z zewnątrz niepozorny, kryje bezcenne skarby, których jednak nie dane nam było zobaczyć...

Kościółek św. Klemensa był najprawdopodobniej kościołem zamkowym, przynależnym do książęcego zamku. Świadczyć o tym może potwierdzona obecność empory, która miała nawet swoje zewnętrzne wejście oraz drewniane schody po północnej stronie nawy. Prościutka, obronna budowla salowa z półkolistą apsydą miała wejścia od strony zachodniej i północnej w postaci bardzo prostych portali. Dwie pary rozglifionych okienek oświetlały nawę, kiedyś krytą stropem, dzisiaj dziewiętnastowiecznym sklepieniem krzyżowym. Kościółek, którego początki w obecnym kształcie sięgają XI wieku (chociaż ostateczny kształt zyskał w wieku XII), stoi w miejscu zapewne jeszcze starszego kościoła z X wieku, a badania archeologiczne wskazują na jeszcze starszą, drewnianą świątynię w tym miejscu. Tradycja zaś wspomina, że drewniany kościół ufundowali sami Cyryl i Metody.

Największym skarbem kościółka św. Klemensa są XII wieczne freski, przedstawiające żywot św. Klemensa, postacie świętych (m.in. św. Wacława i św. Ludmiłę), apostołów, archaniołów i Matkę Boską oraz alegoryczne przedstawienia cnót. Biorąc pod uwagę, że kościół był dwa razy spalony - raz podczas wojen husyckich, drugi raz podczas wojny trzydziestoletniej - freski zachowały się nad wyraz dobrze. Niestety nie dane nam było wejść do kościoła, chociaż podobno jest udostępniony dla zwiedzających (pewnie w ramach prohlidki ale nie udało nam się ustalić w jakich godzinach i gdzie się mamy zgłosić, szczególnie, że były to początki naszego podróżowania po Czechach i jeszcze tajniki prohlidki nie były nam znane).

Mam nadzieję, że będziecie mieli więcej szczęścia niż my i zobaczycie te romańskie skarby, które nas ominęły!

Galeria: 

Stará Boleslav - kościół św. Wacława z XI wieku z kryptą św. Kosmy i Damiana z X wieku

Stará Boleslav to miejsce niezwykle historyczne - to tutaj męczeńską śmierć z ręki brata poniósł św. Wacław, patron Czech. Do dzisiaj jest to cel pielgrzymek, licznie odwiedzany w obchodzonych corocznie dni św. Wacława (czyli 27-28 września), kiedy to miasteczko nawiedza relikwia głowy św. Wacława. Ale nie jest wcale takie proste dostać się do tego miejsca. W sezonie teren kościoła (całkiem całkiem obronny) jest... zamknięty. Snujemy się dookoła zaglądając przez kraty, aż wreszcie udaje nam się namierzyć miejscowego księdza, który... jeździ w karetce jako ratownik medyczny. Mimo napiętego grafiku poświęcił nam czas i wpuścił do kościoła - bardzo dziękujemy!

Historia konfliktu między braćmi - Wacławem (orędownikiem chrześcijaństwa) a Bolesławem (który nie chciał uzależnienia Czech od Cesarstwa) swój kulminacyjny moment osiągnęła właśnie tu, kiedy w 929 roku Bolesław zaprosił brata na obchody św. Kosmy i Damiana. Wacław został zamordowany kiedy udawał się do kościoła na godzinki, przez wynajętych morderców o imionach Tira, Čsta i Hněvsa. Został pochowany na miejscu, w kościele św. Kosmy i Damiana, a po trzech latach jego ciało zostało przeniesione do Pragi, do kościoła św. Wita. Stará Boleslav pozostała jednak ośrodkiem kultu świętego króla-męczennika i była nim przez całą czeską historię.

Z kościoła św. Kosmy i Damiana pozostała dziś tylko (a może aż!) krypta - przepiękna hala wsparta na filigranowych kolumnach o prostych, kostkowych kapitelach. Kościół nie zachował się, został w XI wieku zastąpiony majestatyczną romańską kolegiatą zbudowaną przez nasze nemezis Brzetysława I jako akt pokuty za najazd na Polskę (!) i zrabowanie relikwii św. Wojciecha. Z romańskiej bazyliki niestety niewiele zostało, jedynie plan założenia. Kościół przechodził liczne przebudowy i zniszczenia (w czasie wojen husyckich i w czasie wojny trzydziestoletniej bardzo ucierpiał). Jej dzisiejszy wystrój i wygląd zewnętrzny są w całości barokowe.

Stará Boleslav to jedno z tych miejsc, gdzie czuć zew dziejów. Dziś to senne miasteczko z przyjemną starówką - i z kościołem o niezwykłej krypcie, gdzie historia Czech zmieniła kierunek. Niełatwo się tu dostać, ale - jakże warto!

Galeria: 

Starý Plzenec - rotunda św. Piotra i Pawła z X wieku

Wiemy, że do Plzna nie jeździ się podziwiać zabytki romańskie, tylko zwiedzać browar Pilsner Urquell i raczyć się jego wyrobami w jednym z licznych pubów lub którejś z licznych gospód. Ale skoro już tu jesteśmy... Niedaleko za granicami miasta, za rzeką, wznosi się majestatyczne wzgórze, które w czasach Przemyślidów mieściło spore grodzisko z zamkiem i kilkoma kościołami. Dziś wśród drzew i zarośli trudno znaleźć jakiekolwiek pozostałości po dawnej świetności tego miejsca. Jedynie ona - rotunda pod wezwaniem św. Piotra i Pawła - daje wizualne świadectwo wielkiej historii jaka kiedyś się tu zagnieździła.

W przypadku całkowicie pozbawionej dekoracji rotundy św. Piotra i Pawła trudno mówić o jakimkolwiek stylu - dlatego historycy nazywają ją przedromańską, choć rotunda z X wieku nie jest najstarszą budowlą w Czechach. Prościutka budowla z łamanego kamienia zamknięta jest mała apsydą. Od czasu wojen husyckich popadła w zaniedbanie, w swojej burzliwej historii ocierała się o całkowite zniszczenie, była też używana jako magazyn prochu. Dzięki wysiłkom restauratorów dzisiaj znów można ją zwiedzać. Wewnątrz znajdują się kopie oryginalnych ceramicznych płytek posadzkowych z motywami m.in. gryfa.

Przywrócona do swojego pierwotnego stanu stosunkowo niedawno dostępna jest dla zwiedzających od maja do września w pierwszą sobotę miesiąca od 13.00 do 16.00.

Ze szczytu wzgórza roztacza się malowniczy widok na okolicę i nie ma nic przyjemniejszego niż usiąść sobie na trawie oparłszy plecy o starożytne kamienie rotundy i podziwiać zachód słońca. W pobliskich krzakach znajdziemy zaś dowody, że miejscowym amatorom pięknych widoków często towarzyszy główny bohater tego miejsca - Pilsner Urquell...

Galeria: 

Třebíč - kościół św. Prokopa z XIII w.

Třebíč zareklamował nam przewodnik jako miasteczko z przepiękną dzielnicą żydowską wpisaną na listę Unesco i kościołem romańskim. I nic więcej. Skusiła nas ta dzielnica żydowska, rzeczywiście malownicza, piękna nieco odrapanym urokiem sztetla, gdzie można godzinami wędrować zaglądając w bramy i płosząc koty oraz - ciekawostka - zjeść "kotlet schabowy po żydowsku"(?!). Kościół romański okazał się zupełnie zaskakujący - jego monumentalna apsyda widoczna była już z daleka, a to, co zastaliśmy na miejscu jeszcze bardziej podgrzało nasze apetyty. Niestety kościół był na głucho zamknięty, więc pobiegaliśmy wokoło i postanowiliśmy wrócić na prohlidkę.

Kościół św. Prokopa to pozostałość po opactwie benedyktynów, które powstało tu w XII wieku. Sprowadzeni przez władców Moraw ojcowie mieli nieść kaganek oświaty i cywilizacji i przez dłuższy czas świetnie im się to udawało, a opactwo kwitło i rosło w siłę. W XIII wieku opactwo zostało przebudowane na kształt mnisiego zamku. Budowa kościoła, założenia na niespotykaną skalę szczególnie na prowincjonalnych nieco Morawach, trwała około pięcdziesięciu lat i znacznie nadwątliła finanse klasztoru. W następnych wiekach klasztor popada w długi, wojny husyckie wcale nie pomagają ponieść się z upadku, aż wreszcie zamek klasztorny zostaje sprzedany i przechodzi z rąk do rąk wśród lokalnych możnowładców. W samym kościele zaś mieściły się w bocznej nawie - kuchnia, pralnia, różnego rodzaju składy, a nawet kasyno. Dziś bazylika jest kościołem parafialnym, który można zwiedzać, ale tylko w ramach prohlidki.

Zwiedzanie zaczynamy od monumentalnego portalu, skrytego w rodzaju sklepionego przedsionka, który sam w sobie jest kawałkiem solidnej, bogato zdobionej romańskiej architektury. Portal z płaskim tympanonem zachwyca bogato zdobioną archiwoltą pełną niezwykłych, fantastycznych zwierząt, kiści i liści winorośli, motywów geometrycznych. W uskokach portalu kryją się przedstawienia czterech ewangelistów, a wejście do kościoła flankują przedstawienia opatów.

Kościół jest wręcz zaskakująco dużo - jego długość to 72 metry! Trójnawowa bazylika bez transeptu ma ciekawe rozwiązanie części wschodniej - mnisi chór sklepiony jest dwoma ośmiobocznymi żebrowymi kopułami. Prezbiterium sklepione jest analogiczną, trochę mniejszą ośmioboczną kopułą, podobnie kruchta. Od strony nawy głównej mnisi chór oddziela monumentalny łuk tęczowy z biforiami. Mnisi chór flankują od północy i południa zakończone apsydami kaplice boczne. W kaplicy północnej znajdują się bezcenne freski przedstawiające sceny biblijne z czasów powstania kościoła. Zwracają uwagę wciąż żywe kolory fresków. Monumentalna nawa główna i nawy boczne sklepione były kiedyś ostrołukowym sklepieniem krzyżowo-żebrowym w systemie wiązanym, jednak w czasie wojen w XV wieku zostało uszkodzone i w baroku zastąpiono je nowym. Pod mnisim chórem znajduje się krypta, która dzięki spadkowi terenu ma okna wychodzące na światło dzienne.

Na zewnątrz - oprócz oczywiście portalu - zwraca uwagę monumentalna apsyda, z rozetą, galeryjką, oculusami i całym mnóstwem gmerków, których tropienie na ścianach apsydy samo w sobie jest świetną zabawą. Bogato zdobiona fryzami i rzeźbami jest też apsydka północna. Kościół jest pięknie położony na wzgórzu ponad miastem i świetnie widoczny z każdego punktu miasteczka. Kościół można zwiedzać w ramach prohlidki, przy czym jest to wyjątkowo surowa prohlidka, żadnych zdjęć, a pani kustosz jest bardzo stanowcza. Dlatego wszystkie zdjęcia wnętrza kościoła jakie publikujemy w albumie były zrobione komórką, "na partyzanta".

Třebíč to absolutne must have, jedna z morawskich, a nawet czeskich perełek i to nie tylko przez wspaniały, monumentalny kościół romański, ale przez jego atmosferę, wąskie uliczki i łagodne wzgórza z których widać górujące nad miasteczkiem dwie wieże bazyliki św. Prokopa.

Galeria: 

Znojmo - rotunda św. Katarzyny z XI wieku

Morawy to kraina wszelkiej szczęśliwości, nasza mała, środkowoeuropejska Toskania, z winnicami porastającymi wapienne wzgórza, wioskami, gdzie można z kieliszkiem w ręku spacerować od piwniczki do piwniczki (uwaga - czasem trudno jest wrócić do punktu początkowego przechadzki), z pałacami szalonych arystokratów i - tak tak - zabytkami romańskimi. Znojmo - stolica jednego z morawskich okręgów winiarskich - oferuje wszystko to, co oferuje Toskania: winnice, winiarnie, pięknie położoną, zabytkową starówkę z girlandami prania i cudowną, romańską rotundę kryjącą niezwykłe freski...

Znojmo nas uwiodło i na długo wsiąkliśmy w spacerowanie jego urokliwymi uliczkami. Ale okazuje się, że ze Znojma jest niezły figlarz - kiedy my zachwycaliśmy się widokami i atmosferą, nieubłagane młyny czeskiej prohlidki odmierzały czas do zamknięcia zapisów na zwiedzanie rotundy. I kiedy podekscytowani perspektywą zobaczenia najpiękniejszych czeskich fresków stawiliśmy się w biurze obsługi turystów znojemskiego zamku, czekał na nas kubeł zimnej wody. Do rotundy wpuszcza się na raz tylko dziesięć osób ze względu na specyficzny mikroklimat, jakiego wymagają freski. Na prohlidkę trzeba się zapisać z wyprzedzeniem. Grupy odchodzą co godzinę... Tym sposobem musieliśmy zadowolić się zobaczeniem rotundy z zewnątrz,

Tradycja przypisuje zbudowanie znojemskiego zamku i rotundy nemezis naszej historii - księciu Brzetysławowi I. W XII wieku za panowania księcia Konrada II rotundę przebudowano i ozdobiono freskami oraz ofiarowano św. Katarzynie jako patronce. Rotunda początkowo służyła jako kościół parafialny, potem jako kaplica zamkowa, a jak podaje strona http://www.krajoznawcy.info.pl/ w swojej długiej historii pełniła rolę magazynu drewna, chlewu dla prosiaków, piwiarni z salą taneczną oraz warsztatu koszykarskiego. W XIX wieku rotundą zainteresowali się obrońcy zabytków i rozpoczął się żmudny proces restaurowania rotundy i fresków.

Rotunda to prosta budowla centralna bez wieży, z apsydą, zbudowana z miejscowego, nieregularnego, ciemnego kamienia. Pozbawiona jest w zasadzie dekoracji, wręcz surowa. W murze znajdujemy jedynie eleganckie, malutkie rozglifione okienka. Po zamku Przemyślidów nie ma już śladu, dzisiaj rotunda stoi na dziedzińcu miejskiego browaru, na niewielkim wzgórku. Mamy stąd świetny widok na intrygującą, dwupoziomową kaplicę św. Wacława.

Największym skarbem znojemskiej rotundy (którego jednak nie udało nam się zobaczyć) są dwunastowieczne freski, na których znajdziemy też przedstawicieli dynastii Premyślidów. Freski są w bardzo dobrym stanie (szczególnie biorąc pod uwagę losy rotundy), ale wymagają ciągłej konserwatorskiej troski. Rozczarowani, że ich nie zobaczyliśmy, zrobiliśmy zdjęcia zdjęciom fresków i prezentujemy je w albumie, żeby dać czytelnikom wyobrażenie tego, co nas ominęło.

Znojmo to przepiękne, spokojne, urokliwe miasteczko, gdzie przyjechać warto nie tylko dla rotundy i fresków, ale też dla wina, widoków i atmosfery. Morawska Toskania jest tak blisko, że aż grzechem byłoby jej nie odwiedzić!

Galeria: 

Újezdec - kościół św. Urszuli z XIII wieku

Są takie momenty, kiedy w podróży nagle zmienia się plany. I tak właśnie było tym razem. Jechaliśmy z Plzna do Holašovic (polecamy miłośnikom etnografii), gdy zobaczyliśmy niepozorny znak kierujący do średniowiecznego kościoła w miejscowości Újezdec. Nie namyślając się długo skręciliśmy, by wkrótce znaleźć się na szczycie wzgórza, gdzie stoi kościółek św. Urszuli.

Kościółek, niewielka budowla z kwadratową wieżą i prosto zamkniętym prezbiterium, to w zasadzie przykład stylu przejściowego między gotykiem a romanizmem. Jeszcze romańska wieża z dwoma poziomami biforiów i już powoli gotycki portalik, już zaostrzające się łuki rozglifionych okienek i prosta ściana prezbiterium wskazują na fazę przejściową. Opracowania rozglifionych okienek i kolumienki biforiów wykonano z granitu. Kościół powstał w latach 1250-1240 jako kościół parafialny dla mikroskopijnej parafii. Na obronnym wzgórzu - o czym świadczy też nazwa miejscowości - znajdowała się też w przeszłości twierdza. Dziś nie ma już po niej śladu.

Biegając z aparatem wokoło - zamkniętego niestety - kościoła spotykamy sympatyczną starszą panią, która dzieli się z nami historią swojego życia. Okazuje się, że mieszkała kiedyś, przed wojną jeszcze, w Polsce. Nie znaleźliśmy tu może romańskiego odjazdu, ale za to w historii życia dziewięćdziesięcioletniej mieszkanki Újezdca znaleźliśmy wielką historię XX wieku, historie Czech i Polski, które przecież splatały się nie raz.

Galeria: 

Říp - rotunda św. Jerzego z XI wieku

Góra Říp - bazatowy, wulkaniczny ostaniec - wznosi się wśród zupełnie płaskiego krajobrazu niczym świadectwo działania w tym obszarze jakiejś pradawnej, czeskiej magii. Zachowane w kronice Kosmasa legendy mówią, że to własnie tu, na tej górze Praojciec Czech zdecydował się osiedlić wraz ze swymi słowiańskimi współplemieńcami na obszarze, który dzisiaj - od jego imienia - nazywamy Czechami. Nazwa góry - Říp - ma pochodzenie najprawdopodobniej celtyckie i zdradza pokrewieństwo ze słowem "rib" oznaczającego żebro. Choć góra sama w sobie średnio nadawała się do zamieszkania (z powodu braku wody), to jednak świetnie nadawała się na punkt obserwacyjny, z którego widać było całą okolicę.

Górę Říp trudno przeoczyć jadąc trasą Praga-Litomierzyce, widać ją doskonale, jak wznosi się samotnie pośród pól. Na samą górę wjechać się nie da, trzeba na nią wejść, co jest znakomitym pretekstem do zrobienia sobie miłej, pieszej wycieczki czerwonym szlakiem z miejscowości Roudnice nad Labem. Przy czym góra Říp turysty nie oszczędza, a samo podejście przyprawić może o zadyszkę. Widok z góry i sama rotunda wynagradzają jednak trudy wspinaczki.

Rotunda na górze Říp pochodzi najprawdopodobniej z pierwszej połowy XI wieku. Z mroków historii wydobywa ją wzmianka w kronikach o zwycięstwie księcia Sobiesława I nad niemieckim cesarzem Lotharem, którą książe upamiętnił dobudowując do rotundy wieżę (skąd wiemy też, że pierwotna budowla była wieży pozbawiona). Rotunda św. Jerzego (chociaż jej pierwszym patronem był św. Wojciech) to prosta budowla opięknych proporcjach, składająca się z nawy, apsydy i okrągłej wieży z biforium. Kanonicznie romański charakter zawdzięcza ona dziewiętnastowiecznej reromanizacji.

Dzisiaj rotunda pokryta jest miękkim tynkiem, kuszącym jak mało co do zostawiania po sobie komunikatów typu "tu byłem". A że jako Národná kultúrna pamiatka jest to popularne miejsce szkolnych wycieczek, rotundę pokrywają wyskrobane w tynku wyznania nastoletniej miłości, inicjały i przebite strzałą serca. W pewien sposób wydało nam się to bardzo czeskie.

Rotunda jest udostępniona do zwiedzania z przewodnikiem, nie można jednak w środku robić zdjęć.

Warto poświęcić trochę wysiłku i spalić trochę knedlikowych kalorii wspinając się na górę Říp, gdzie u podnóża purytańsko pięknej rotundy można zadumać się i potowarzyszyć Praojcu Czechowi w jego zachwycie nad tą niezwykłą ziemią.

Galeria: 

Grecja - Kreta

Na Kretę pojechaliśmy odpocząć po wyczerpującym lecie, które zeszło nam na ekspresowym pisaniu książki. Wyobrażaliśmy sobie, że będziemy leżeć na plaży, popijając drinki z palemką, ewentualnie ouzo lub greckie wino i przegryzając oliwkami wpatrywać się w Morze Śródziemne. Cóż, nie wyszło, co z resztą dało się przewidzieć. Jak zwykle zew przygody kazał nam ruszyć w teren w celu poszukiwania zabytków romańskich. I nawet coś znaleźliśmy...

Agios Ioannis (gr. Άγιο Ιωάννη) - kościół św. Pawła z XIV wieku

Mało brakowało, a przegapilibyśmy kościółek Agios Pavlos (św. Pawła), wracając ze spokojnego i leniwego południa z plażami Matali i Preveli (niestety rajski gaj palmowy, gdzie kręcono reklamę Bounty spłonął - dzisiaj Preveli to dosyć smutne miejsce) na ruchliwą, turystyczną północ. Niedaleko ruin minojskiego pałacu w Fajstos (który już sobie darowaliśmy - Konssos nam wystarczy) ostro zahamowaliśmy, gdy na niewielkim cmentarzyku zamajaczyła surowa, kamienna sylwetka kościółka.

Tabliczka na murze głosiła - X wiek. Ale okazuje się, to nie takie proste... Po pierwsze naszą nieufność wzbudził już ostry łuk arkad narteksu. Po powrocie usilnie próbowaliśmy się czegoś o kościółku dowiedzieć (nasz przewodnik po Krecie milczał na jego temat jak grób) - znaleźliśmy tylko suchą wzmiankę w internecie, że kościół pochodzi z XIV wieku. To wydało się nam dużo bardziej prawdopodobne.

Bizantyjski kościół św. Pawła ma dosyć ciekawą, nietypową formę. Składa się z kwadratowej nawy zwieńczonej kopuła, prezbiterium zamkniętego prostą ścianą oraz sporego, dorównującego wielkością nawie narteksu o potężnych, ostrołukowych arkadach. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że stojący samotnie wśród cmentarza kościół jest... otwarty. Wewnątrz znajdują się pozostałości fresków. Całość poddawana jest właśnie konserwacji.

Kościółek Agios Pavlos to może nie najbardziej powalający na kolana bizantyjski zabytek Krety, ale będąc w Fajstos lub zmierzając na osławioną plażę hipisów w Matali warto się tu zatrzymać. Choćby na chwilę.

Galeria: 

Chania (gr. Χανιά, Hania) - pofranciszkański kościół św. Franciszka z XIII w (?)

Chania to jedno z większych miast na Krecie - i jedno z najbardziej urokliwych. Marina, wenecki port, turecka łaźnia, wąski uliczki, którymi przemykają koty, restauracyjki na nabrzeżu serwujące ryby, owoce morza i jedyną na świecie sałatkę - sałatkę grecką. Do pełnego szczęścia brakuje tylko romańskich zabytków. Jest jeden - stan wakacyjnego zadowolenia został osiągnięty.

Pofranciszkański kościół pod wezwaniem św. Franciszka łatwo przegapić. Jego niepozorna fasada wtapia się w ciąg kamieniczek i tylko wystająca ponad poziom wieża sugeruje, że za drzwiami znajduje się kościół. Historia kościoła nie jest zbyt dobrze poznana, jedyne, co o nim wiadomo, to że stał już w czasach wielkiego trzęsienia ziemi pod koniec XVI wieku (stąd znaleźć można niekiedy informacje, że pochodzi z XVI wieku, jako że z tego okresu pochodzi pierwsza wzmianka o nim), zatem jego datowanie nie jest pewne. Szukając informacji na jego temat znaleźliśmy wzmiankę, że pochodzi prawdopodobnie z XIII wieku (co potwierdzałaby jego forma). W swej burzliwej historii zamieniony był między innymi na meczet, a dzisiaj znajduje się tu muzeum archeologiczne, gdzie oglądać możemy pozostałości bogatej historii Krety - zabytki minojskie (w tym najciekawsze - larnaksy, ni to wanny, ni to trumny), greckie i rzymskie.

Kościół jest budowlą trójnawową, o szerokiej nawie głównej i wąskich nawach bocznych, z prosto zamkniętym prezbiterium. To, co w tym kościele najbardziej zwraca uwagę, to masywne, przysadziste i monumentalne sklepienie w formie ostrołukowej kolebki wspartej na potężnych gurtach. Całość jest raczej niska, rozłożysta i przysadzista - ten kawałek świata często nawiedzały trzęsienia ziemi. Gołym okiem widać, że kościół był wielokrotnie przebudowywany (tu i ówdzie odnajdujemy zamurowane okienko, czy biforium-ostaniec), ale generalnie jego urzekająca franciszkańską prostotą forma pozostała niezmieniona.

Przechodząc od gablot z bezcennymi skarbami zaginionej cywilizacji minojskiej do gablot z greckimi i rzymskimi pozostałościami zastanawialiśmy się co nas bardziej interesuje - romańskie opakowanie, czy antyczna zawartość Muzeum Archeologicznego w Chanii. Ostateczny wynik to chyba 1:1.

Galeria: 

Fodele (gr. Φοδελε) - kościół Najświętszej Marii Panny z XI/XII lub XIV wieku

Fodele to niewielka miejscowość na północy Krety znana z faktu, że urodził się tu wybitny malarz El Greco. Łatwo tu trafić zjeżdżając z "autostrady" (jadąc tą "autostradą" nabieramy pewności, że Polska jest perfekcyjnie przygotowana do Euro 2012) biegnącej wzdłuż północnego wybrzeża wyspy z zachodu na wschód lub odwrotnie, 50 km na wschód od Rethymnonu lub około 25 km na zachód od Heraklionu. Do miasteczka trafić łatwo. Do kościoła Panagia, który doskonale widać z trasy - już nie tak łatwo. Straciliśmy trochę czasu, zanim znaleźliśmy słabo oznakowany zjazd kierujący na drogę niemal gruntową, którą długo i mozolnie wspinaliśmy się, by zobaczyć ten uroczy kościółek.

Bizantyjski (a więc nie romański, ale postanowiliśmy go gościnnie pokazać w Albumie) kościółek ma długą historię. Już w VIII wieku stała tu chrześcijańska świątynia, której elementy można do dzisiaj odnaleźć w kościele, który pochodzi z... No właśnie, nie do końca jesteśmy pewni z którego wieku. Nasz polskojęzyczny przewodnik podaje wiek XIV, co potwierdzają niektóre strony internetowe. Inne zaś informują, że kościółek pochodzi z XI lub XII wieku. Nie potrafimy rozstrzygnąć, kto ma rację. Jeśli macie jakieś pewne informacje na temat historii tego kościoła - napiszcie do nas!

Zbudowany z łamanego kamienia kościół ma piękną, zwartą, pierwotną formę krzyża greckiego z charakterystyczną dla architektury bizantyjskiej wieżą i kopułą na skrzyżowaniu ramion krzyża. Wewnątrz podobno znajdują się dobrze zachowane freski, ale tego już nie zdążyliśmy zobaczyć - trafiliśmy do Fodeli dosyć późno, wracając z Heraklionu, gdzie zwiedzanie Knossoss i fascynującego muzeum archeologicznego zajęło nam trochę czasu. Ze wzgórza, na którym stoi kościół roztacza się piękny widok na okolicę.

Warto odwiedzić Fodele spędzając wakacje na północy Krety - to naprawdę blisko i z Rethymnonu, i z Heraklionu. I zwiedzić uroczy, bizantyjski kościółek oraz napić się ouzo w jednej z licznych knajpek z El Greco w nazwie. Uważając jedynie na zawieszenie, które protestowało w Fodelach głośny skrzypieniem.

Galeria: 

Gortyna (gr. Γορτυς, Gortis lub Gortys) - kościół pod wezwaniem św. Tytusa z VI wieku

Do Gortyny trafiamy podróżując z turystycznej północy, gdzie wypadło nam mieszkać, na trochę bardziej autentyczne i mniej okupowane przez polskie, rosyjskie i czeskie wycieczki południe. Celem były plaże ukochanej przez hipisów Matali i Preveli, gdzie do niedawna podziwiać można było niezwykły palmowy gaj wyrosły u ujścia do morza niewielkiej rzeki (niestety gaj spłonął - dzisiaj to niegdyś rajskie miejsce sprawia niezwykle smutne wrażenie). A po drodze przystanek w miejscu, które powinno nas zainteresować...

Dzisiaj starożytna Gortyna to jedno wielkie stanowisko archeologiczne. A kiedyś było to duże, potężne i tętniące życiem miasto, miejsce zamieszkałe już w okresie minojski, a potem między innymi stolica rzymskiej prowincji Krety i Cyreny, oraz bardzo ważny ośrodek w czasach Bizancjum. To tutaj rozpoczęła się chrystianizacja wyspy, dokonana przez samego ucznia św. Pawła - Tytusa, uważanego za pierwszego arcybiskupa Gortyny. Miasto, które posiadało własny amfiteatr i - co ciekawe - kodeks praw spisanych na ścianie Odeonu (bardzo nowoczesnych, nawet jak na V wiek n.e.), było również centrum życia religijnego. Tu znajdował się (a poniekąd wciąż znajduje się) wybudowany w VI wieku kościół św. Tytusa. Dzisiaj świątynia ta - podobnie jak wszystkie pozostałości po świetności Gortyny - jest malowniczą ruiną, jaką stała się po najeździe Arabów w IX wieku. Ale samo to, co po niej pozostało, pozwala sobie wyobrazić, jaka była forma i rozmiar kościoła.

Z Kościoła św. Tytusa dzisiaj stoi tylko prezbiterium z aneksami/kaplicami po obu stronach chóru. A w przeszłości była to trójnawowa bazylika z transeptem, o dwóch kaplicach po obu stronach prezbiterium, skomunikowanych z transeptem przy pomocy wąskich drzwiczek. Prezbiterium i kaplice zamknięte były apsydami, które zachowały swoje oryginalne konchy (co ciekawe, na zewnątrz mur apsyd jest nie półkolisty, ale trapezoidalny). Półkoliście zakończone były też ramiona transeptu. W prezbiterium i kaplicach zachowały się sklepienia kolebkowe. W nawie zachowały się ślady podpór arkad międzynawowych, między innymi piękny, joński kapitel kolumny.

Przewodnik po Krecie donosi, że niedawno w Gortynie odkryto pozostałości jeszcze jednej, monumentalnej bazyliki z tego okresu - jednej z największych w całej Grecji (miałaby ona mieć ponad 100 metrów długości i 5 naw), z pozostałościami bezcennych mozaik podłogowych. Niestety tych ruin nie udało nam się namierzyć. Niestety nie wszystkie antyczne, rzymskie oraz bizantyjskie zabytki Gortyny są dostępne dla zwiedzających...

Kiedy już nacieszyliśmy się zabytkami Gortyny, zalegliśmy w cieniu wiekowej oliwki z butelką lemoniady. Na ziemi, bo fotel okupował spasiony, leniwy kocur, który śródziemnomorski rytuał siesty traktował bardzo poważnie. Nie mieliśmy serca go przeganiać...

Galeria: 

Izrael

Izrael - Palestyna - Ziemia Święta. Dużo imion ma to niezwykłe miejsce na świecie, gdzie skumulowała się historia trzech największych religii współczesnego świata - judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Przybyliśmy do Jerozolimy jako do matecznika cywilizacji, miejsca, gdzie zaczęła się historia chrześcijańskiej Europy. Dziś to chyba najbardziej wielokulturowe miasto na świecie, tętniące życiem jak wielki targ, którym nota bene są wąskie uliczki starej Jerozolimy. Każda z wielkich kultur odcisnęła na tej ziemi swoje piętno, pozostawiła też swoją architekturę. I tak, z krzyżowcami trafiła tu... architektura romańska. To, co wśród niezwykłych zabytków Jerozolimy, odnaleźliśmy jako romańskie, niniejszym prezentujemy.

Betlejem - Bazylika Narodzenia z IV-VI wieku

Przybieżeli do Betlejem... Pomyśleliśmy, że będąc w Jerozolimie nie sposób nie odwiedzić położonego niedaleko Betlejem. Ale okazuje się, to wcale nie takie proste. Betlejem bowiem leży w Autonomii Palestyńskiej, a od Izraela oddziela je wysoki na kilka metrów mur, jedna z najmocniej strzeżonych granic świata. Ale podejmujemy wyzwanie - z palestyńskiego dworca autobusowego we Wschodniej Jerozolimie ruszamy niepozornym busikiem na wschód, czeka nas jeszcze przesiadka na pustyni do innego autobusu, checkpoint przy murze i oto jesteśmy w innym świecie. Uprzejmy, palestyński taksówkarz już wymyślił nam całą trasę podróży po Palestynie, zaczynając od Herodionu, a skończywszy na Jerychu, na koniec zaś kolacja z jego rodziną i wizyta w sklepiku jego ojca. Jedziemy wzdłuż muru, wymalowanego przez marzących o wolności palestyńskich graficiarzy, taksówkarz proponuje przystanek na zdjęcia. Nie chcemy jednak z symbolu bliskowschodniego konfliktu robić atrakcji turystycznej. Wyłączamy kamerę, chowamy aparaty - chcemy uwiecznić to, co jest Palestynie piękne, nie smutne. Na Placu Żłóbka żegnamy niepocieszonego taksówkarza i ruszamy na spotkanie z naszą pierwszą, monumentalną bizantyjską bazyliką...

Choć zdania na temat Betlejem jako rzeczywistego miejsca przyjścia na świat Jezusa są podzielone, to tradycja wiążąca to miejsce z tym wydarzeniem sięga II wieku n.e. Wskazana przez św. Justyna Męczennika grota została w IV wieku obudowana kościołem przez św. Helenę, matkę Konstantyna Wielkiego (wcześniej w tym miejscu znajdowała się rzymska świątynia Adonisa). Po zniszczeniu przez Samarytan w VI wieku kościół został odrestaurowany i powiększony przez cesarza Justyniana. Od tamtej pory mimo zmieniających się władz, od Persów (którzy podobno rozpoznali na mozaikach przedstawiających Trzech Króli szaty pochodzące z ich kręgu kulturowego i oszczędzili kościół) przez Arabów, Krzyżowców (to tu został koronowany pierwszy król Królestwa Jerozolimy Baldwin I), Turków, Jordańczyków - kościół cieszy się względnym spokojem. Ostatnio, podczas drugiej Intifady Betlejem znów stało się miejscem dramatycznych wydarzeń, bazylika była przez pewien czas okupowana przez Palestyńczyków, a w środku umieszczono ładunki wybuchowe.

Wejście do kościoła jest tak niepozorne, że aż je przegapiliśmy i w środku znaleźliśmy się przechodząc przez kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej. W czasach Krzyżowców kościół został silnie ufortyfikowany i stąd trudności w odnalezieniu wejścia, którym okazuje się być otwór nieco mniejszy niż zwykłe drzwi po lewej stronie monumentalnej fasady. Po lukrowanym, dziewiętnastowiecznym wnętrzu kościoła św. Katarzyny chłód, cisza i wiekowa dostojność wnętrza bazyliki Narodzenia wręcz rzucają na kolana. Majestatyczne, poczerniałe ze starości kolumny pokryte ledwo widocznymi malowidłami podtrzymują masywną ścianę nawy głównej, przyozdobioną pozostałościami bizantyjskich mozaik. Nawy boczne (a jest ich cztery) oraz nawa główna nie posiadają sklepienia - patrząc w górę widzimy majestatyczną, otwartą więźbę dachową. Zamknięte apsydą prezbiterium oddzielone jest od reszty kościoła monumentalnym ikonostasem. Również ramiona transeptu (też zakończone apsydami) oddzielone są od kościoła - wchodzi się do nich przez niewielkie drzwiczki z naw bocznych.

Nacieszywszy się bizantyjskimi mozaikami, ustawiamy się w kolejce która zaczyna tworzyć się przy wejściu do prawego ramienia transeptu. Tędy wchodzi się do Groty Narodzenia. Kolejka jest w miarę krótka, a w kościele pusto - jest niedzielny poranek, trwają nabożeństwa, więc turystów jest odpowiednio mniej. Podobno "w sezonie" na czekaniu można spędzić tu kilka godzin. W kolejce zostajemy przygarnięci przez grupę ekstrawertycznych Amerykanów pod opieką sympatycznego jezuity - razem z nimi schodzimy do Groty, gdzie nasi nowo poznani przyjaciele śpiewają Silent Night. Przewodnik pokazuje nam pozostałości żłóbka (katolicy w pobliskim kościele św. Katarzyny mają własny), każdy chce dotknąć oznaczonego gwiazdą miejsca narodzenia Jezusa.

Pożegnawszy naszych Amerykanów idziemy przespacerować się uliczkami dookoła Bazyliki, oklejonymi plakatami wyborczymi partii Fatah z twarzą Jasera Arafata, podczas gdy z pobliskiego sklepiku z pamiątkami Eleni śpiewa "Do wiedzenia, mój kochany, do widzenia". Tak, pora wracać do Jerozolimy, a przed nami jeszcze smutny rytuał przekraczania muru, żołnierze z gotową do strzału bronią, psy, skanery, wykrywacze metalu, ziemia niczyja... Tak tu blisko, a tak daleko...

Galeria: 

Jerozolima - Bazylika Grobu Bożego, IV-XII wiek

Bazylika Grobu Bożego to niewątpliwie najważniejsza świątynia szeroko rozumianego chrześcijaństwa. Tu, jak wierzą miliony wiernych na całym świecie, znajduje się Golgota, Grób Chrystusa oraz miejsce, w którym znaleziono relikwie Krzyża Świętego. Bazylika to miejsce niezwykłe, nieogarnialne na raz, to swoisty mikrokosmos, w którym skumulowały się znaczenia sakralne chrześcijaństwa.

Monumentalny kościół wciśnięty między wąskie uliczki starej Jerozolimy ma długą i bogatą historię. Miejsce jego ulokowania wiąże się z szeroko zakrojonymi pracami "archeologicznymi", jakie podjęto na zlecenie cesarzowej Heleny. Celem badań było odnalezienie miejsca kaźni i pochowania Chrystusa. I cel został osiągnięty. Co więcej, skała, którą dzisiaj czci się jako Golgotę, najprawdopodobniej jest Golgotą. Ta sześciometrowa skała powstała w wyniku eksploatacji kamieniołomu i w czasach rzymskich wykorzystywana była jako miejsce straceń. W jej okolicy znajdował się też cmentarz. To w okolicach tej skały cesarzowa Helena odnalazła trzy krzyże, z których jeden okazał się mieć cudowne właściwości. Na tym miejscu cesarz Konstantyn ufundował ogromny kościół, a w zasadzie trzy kościoły - kościół Męki Pańskiej (z Golgotą), kościół Krzyża Świętego (z miejscem znalezienia krzyża) i kościół Zmartwychwstania (z Grobem Chrystusa). Kościół ucierpiał po raz pierwszy w VII wieku, w czasie najazdu Persów, po czym został zrekonstruowany. Następnie - razem z całym Bliskim Wschodem - Jerozolimę opanowali Arabowie. Kościołowi zagwarantowano bezpieczeństwo i funkcjonował dalej. Ale kolejne wieki nie były dla konstantyńskiej świątyni zbyt szczęśliwe - w IX wieku kościół ucierpiał z powodu trzęsienia ziemi, w X wieku z powodu pożaru. Najgorsze jednak spotkało kościół w XI wieku, za panowania Fatymidów. Wtedy to kalif al-Hakim nakazał zburzenie kościoła. Kiedy wreszcie zawarto pokój między kalifem a Biznacjum możliwe stało się odbudowanie bazyliki, jednak nie w jej pierwotnej formie. Przebudowę kontynuowali krzyżowcy, którzy w 1099 roku zdobyli Jerozolimę. Z tego okresu pochodzą m.in. monumentalna, romańska fasada czy edykuł Grobu Bożego. We wnętrzu dokonano też licznych przebudów. W kolejnych wiekach bazylika, wraz z Jerozolimą, przechodziła z rąk do rąk. Za czasu panowania Mameluków ukształtował się podział wnętrza bazyliki między wyznania chrześcijańskie, nie ustawał też ruch pielgrzymkowy. W XIX wieku kościół zniszczył pożar, po którym dokonano restaruacji z typową dla dziewiętnastego wieku dezynwolturą, pozbawiając go wielu cennych dekoracji. W XX wieku bazylikę nęka seria trzęsień ziemi, z którymi walczą najpierw brytyjskie władze mandatowe, a później Jordańczycy. Od czasu wojny sześciodniowej (1967) Bazylika, jak i cała Jerozolima, znajduje sie na terytorium państwa Izrael.

Trafiliśmy do Bazyliki Grobu Bożego w zasadzie prosto z samolotu. O piątej rano zostawiliśmy plecaki w hostelu (a mieszkaliśmy dosłownie w samym centrum Starego Miasta, na uliczce św. Marka, wszystkim polecamy Citadel Hostel) i ruszyliśmy w miasto. Przez opustoszałe o tej godzinie uliczki dzielnicy chrześcijańskiej i arabskiej, w dzień tętniącym życiem suku, trafiliśmy tu. Na obszerny placyk przed Bazyliką. Drzwi były otwarte. Z wewnątrz dobiegał śpiew. Weszliśmy do kościoła nieco oszołomieni, przywitał nas zapach kadzidła i kakofonia śpiewów dobiegających z róznych części kościoła. To w wydzielonych dla siebie częściach poranne nabożeństwo odprawiali prawosławni i katolicy, Ormianie i Syryjczycy, Koptowie i Etiopczycy. Cóż za szczęście - o takiej nieludzkiej porze kościół był prawie pusty - czyli, co najważniejsze - nie było w nim turystów, tłoczących się zwykle w długiej, wyznaczonej przez barierki kolejce do edykułu Grobu Bożego. Zwiedzanie zatem czas zacząć.

Nie sposób opisać bryły Bazyliki Grobu Bożego w trzech zdaniach. Nie da się nawet zobaczyć całej bryły kościoła z żadnego miejsca, nie da się jej obejść - po prostu nie da się jej wypreparować z tkanki miasta, z którym od wieków żyje w symbiozie. Klucząc po wąskich uliczkach jerozolimy nagle orientujemy się, że jesteśmy na przykład na... dachu Bazyliki, gdzie urządzono koptyjskie eremy. Kościół składa się z wielu ementów, dostawianych przez lata, dobudowywanych w kolejnych fazach, a nawet jego pierwotne założenie jest skomplikowane, bo objąć musi trzy najważniejsze miejsca - Grób, Golgotę i miejsce znalezienia Krzyża.

Wchodząc przez monumentalny portal do Bazyliki na wprost mamy Kamień Namaszczenia, na którym złożone miało być ciało Chrystusa po śmierci. Kamień namaszczany jest wonnymi olejkami i z czcią całowany przez wiernych wchodzących do kościoła. Po prawej stronie od wejścia znajduje się Golgota, zabudowana kaplicą (a w zasadzie kaplicami), do których wchodzi się po schodkach. Główna kaplica z ołtarzem Ukrzyżowania jest prawosławna, obok znajdują się łacińskie ołtarze Przybicia do krzyża i Matki Boleściwej. Poniżej Golgoty znajduje się tzw. "Grób Adama". Na lewo od wejścia znajduje się tzw. rotunda, czyli okrągła przestrzeń sklepiona kopułą, z edykułem Grobu Bożego, otoczonym monumentalną kolumnadą. Sam edykuł to niewielki, prostokątny budynek mieszczący dwa pomieszczenia - Kaplicę Anioła i Grób właściwy. Na tyłach edykułu znajduje kaplica koptyjska.

Na wprost od wejścia, na prawo od rotundy znajduje się coś w rodzaju trójnawowego kościoła właściwego, z chórem greckim i łacińskim. Jeszcze dalej na prawo, po schodkach schodzi się do kaplicy Św. Heleny, która jest własciwie kryptą, posadowioną na masywnych filarach. To jedna ze starszych części kościoła. Jeszcze niżej, schodząc po schodach, których ściany zdobią tysiące wyrytych przez pielgrzymów krzyżyków, schodzimy do kaplicy Znalezienia Krzyża Św.

To tylko główne pomieszczenia, które składają się na Bazylikę Grobu Bożego - jest tu szereg kaplic, również wielopoziomowych, od północy przylega do Bazyliki kościół i klasztor franciszkanów. Wszystko to sprawia nie do końca realne wrażenie labiryntu.

Klucząc między masywnymi, romańskimi filarami, przechodząc róznymi tajnymi przejściami z kaplicy do kaplicy, z których każda jest inna, bo opiekuje sią nią inne wyznanie, dochodzimy do wniosku, że Bazylika Grobu Bożego, to coś więcej, niż tylko suma składających się na nią części - kaplic, wyznań, styli architektonicznych, wśród których swoje miejsca ma też romanizm. To przestrzeń sama w sobie. Wyjątkowa. Jedyna.

PS. Rewelacyjne zdjęcia panoramiczne z Bazyliki Grobu Bożego obejrzeć można pod tym linkiem.

Galeria: 

Jerozolima - kościół pod wezwaniem św. Anny z XII wieku

Kościół św. Anny znajdujemy w pobliżu Bramy św. Szczepana, zwanej również Bramą Lwią. Kościół zbudowali w XII wieku krzyżowcy, na miejscu starszej świątyni z V wieku, stojącej - jak przekazywała tradycja - w miejscu domu Joachima i Anny, rodziców Marii, matki Jezusa. Miejsc w Jerozolimie uznawanych za dom rodzinny Marii jest więcej, każde wyznanie ma swoje ulubione, a najprawdopodobniej Joachim i Anna mieszkali w Nazarecie. Po odbiciu Jerozolimy przez Saladyna kościół został zamieniony na szkołę teologiczną, a potem popadł w zaniedbanie. W XIX wieku został przekazany Francuzom, którzy przywrócili go do dawnej świetności.

Bryła kościoła św. Anny jest zwarta, kanciasta i surowa, jak na architekturę krzyżowców przystało. Ścian pozbawione są ozdób, jedynie przez fasadę zachodnią biegnie samotny fryz. Do wnętrza prowadzi prosty, ostrołukowy portal z gładkim tympanonem i ledwie zarysowaną archiwoltą. Jedynym dekoracyjnym elementem jest obramowanie zachodniego okna, które flankują dwie kolumienki i bogato zdobiony ostrołuk. Kościół pozbawiony jest wież, nad skrzyżowaniem naw wznosi się niewielka kopuła.

Wnętrze kościoła jest równie surowe i klasycznie romańskie. Kościół św. Anny zatem to trójnawowa bazylika z transeptem, sklepiona krzyżowo, z kopułą na skrzyżowaniu naw. Nawa główna jest tylko odrobinę wyższa, niż nawy boczne, doświetlona niewielkimi okienkami. Potężna arkady międzynawowe mają łuki ostre. Ramiona transeptu sklepione są ostrołukowymi kolebkami. Krótkie prezbiterium zamknięte jest apsydą, po obu stronach prezbiterium, do transeptu otwierają się niewielkie apsydiolki. Tak jak na zewnątrz, wewnątrz również brakuje dekoracji i panuje żołnierska surowość. Jedyne elementy dekoracyjne, to kapiteliki kolumienek, które flankują niewielkie okienka doświetlające apsydy. Pod kościołem znajduje się niewielka krypta, o której wierzy się, że znajduje się dokładnie w miejscu domu Joachima i Anny.

Kościół oprócz swoich architektonicznych walorów ma również niezwykła akustykę - przekonaliśmy się o tym sami, kiedy koreańska grupa pielgrzymkowa zaczęła w kościele ćwiczyć psalmy. Było to niezwykłe przeżycie - również międzykulturowe.

Obok kościoła znajdują się bardzo ciekawe ruiny starożytnej sadzawki Betesda, przy której Jezus uzdrowił chorego w szabat. Rozległość ruin świadczy, że mamy do czynienia z nie byle jakim sanatorium, a nie niewielkim basenem, jak sobie to wyobrażaliśmy.

W kościele św. Anny można spędzić długie godziny, słuchając, jak dźwięki niosą się po romańskim murach. Ale tuż za murem tętni życiem stara Jerozolima, która ma nam jeszcze wiele do zaoferowania...

Galeria: 

Niemcy - Bawaria

Zapraszamy do Bawarii, krainy piwem płynącej, gdzie w miasteczkach jak z baśni braci Grimm kryją się prawdziwe, romańskie perły! W naszej pierwszej przygodzie z niemieckim romanizmem odwiedziliśmy między innymi Bamberg (z niezwykłą katedrą cesarską), Ratyzbonę (romańskie miasto, gdzie znaleźć można portal romański nawet przy wejściu do sklepu), Norymbergę (z niezwykłą kaplicą cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego). Bawaria nas urzekła, nie tylko czarem swoich alpejskich miasteczek i norymberskich pierników, ale też swoją bogatą, romańską historią. Zapraszamy do zwiedzania Bawarii razem z nami!

Bamberg - katedra pod wezwaniem św. Piotra i Jerzego z XIII wieku

Jadąc do Niemiec nie mogliśmy się doczekać Bambergu. Dlaczego? To proste, tu znajdziemy naszą pierwszą (jedną z siedmiu) katedrę cesarską, arcydzieło późnego romanizmu. Romanizmu w takiej skali jeszcze nie widzieliśmy. I pewnie długo nie zobaczymy...

Historia katedry w Bambergu sięga początków XI wieku. Katedrę ufundowali cesarz Henryk II i cesarzowa Kunegunda, jeszcze przed założeniem w 1007 roku biskupstwa w Bambergu. Katedrę konsekrowano w 1012 roku, ale nie dane jej było długo cieszyć się spokojem. Pierwszy raz spłonęła w 1081 roku, kiedy to pożar strawił drewniane stropy, dach i zniszczył freski wewnątrz kościoła. Katedra została przebudowana przez biskupa Ottona I, po czym, w 1185 roku znowu spłonęła. Wtedy zdecydowano się na zbudowanie katedry w zasadzie od nowa. Budowę rozpoczęto w 1215 roku, a budynek ostatecznie konsekrowano w 1237 roku, chociaż prace nad budynkiem trwały do końca XIII wieku. Od tamtej pory katedrze udało się uniknąć większych zniszczeń. Nie uniknęła jednak barokowej przebudowy w XVII wieku, w czasie której dostawiono wiele fikuśnych ołtarzy i - o zgrozo! - usunięto średniowieczne freski. Romański charakter wnętrzu kościoła przywróciła restauracja przeprowadzona na zlecenie króla Ludwika I Wittelsbacha. Od tamtej pory podziwiać można niezmącone romańskie piękno katedry, zarówno w jej klasyczną bryłę, jak i finezyjny detal rzeźbiarski.

Katedra w Bambergu to dwuuchórowa bazylika z transeptem w części zachodniej, posiadająca cztery wieże - dwie po stronie wschodniej i dwie po stronie zachodniej, flankujące apsydy kościoła. Proste i surowe ściany nawy głównej i naw bocznych kontrastują z bogato zdobionymi wieżami i apsydami. Wielopoziomowe fryzy arkadkowe, ząbkowe, zdobione guzełkami archiwolty ościeży okiennych, bogato dekorowane kapitele półkolumienek, lizeny, maszkaronowe rzeźby, ślepa galeryjka triforiów nad oknami apsydy wschodniej - od nadmiaru romanizmu też może rozboleć głowa. Już na zewnątrz kościoła widać, że stoimy w rozkroku między późnym romanizmem a wczesnym gotykiem. I tak jak wschodnia część jest jeszcze romańska (spokojniejsza, bardziej dostojna), tak zachodnia - a w zasadzie zachodni chór i zachodnie wieże - już eksperymentują z gotykiem w stylu francuskich katedr. Wystarczy porównać wieże wschodnie i zachodnie.

Do środka prowadzą cztery portale - dwa na ścianie północnej, dwa na wschodnich ścianach wschodnich wież kościoła. Pierwszy z nich, przy południowej wieży flankującej apsydę wschodnią, to tzw. Brama Adama. Portal sam w sobie jest niewielki, trójuskokowy, z masywną archiwoltą wyciętą w charakterystyczne zęby, bez tympanonu. To, co najciekawsze w tym portalu, to rzeźby, chociaż w zasadzie są już wczesnogotyckie. Stojące na kolumienkach, pod niewielkimi, misternie zdobionymi baldachimkami rzeźby Adama, Ewy i św. Piotra po prawej stronie oraz fundatorów - Henryka II i Kunegundy oraz św. Szczepana. Rzeźby są niezwykle realistyczne jak na przedstawienia średniowieczne, co szczególnie zwraca uwagę przy rzeźbach nagich pierwszych rodziców. Rzeźby znajdujące się w portalu to niestety kopie - oryginały można podziwiać w Muzeum Katedralnym.

Drugi portal - po północnej stronie wschodniej apsydy - to tzw. Brama Łaski. W przypadku tego portalu uskoków jest więcej, a archiwolta i kolumienki finezyjniej ukształtowane. Każdy wałek i każdy kapitel jest inny - zdobią je wzory geometryczne i guzły. Między archiwoltą a głowicami kolumienek o roślinnych dekoracjach odnaleźć możemy niewielkie popiersia apostołów. Tympanon tego portalu jest tympanonem fundacyjnym - znajduje się w nim płaskorzeźba przedstawiająca Matę Boską z Dzieciątkiem, adorowaną przez patronów kościoła - św. Piotra i Jerzego oraz fundatorów - cesarza Henryka II i cesarzową Kunegundę.

Podobieństwa do Bramy Łaski wykazuje tzw. Portal Książęcy, znajdujący się na północnej ścianie kościoła. Ten wielouskokowy portal o elegencko i dyskretnie dekorowanej zawiera niezwykły tympanon z przedstawieniem Sądu Ostatecznego. Po lewej stronie Chrystusa prezentującego rany znaleźli miejsce zbawieni oraz aniołowie, po prawej - potępieni. W przedstawieniu potępionych doszukać można się pewnej subtelnej krytyki społecznej - mamy tu przedstawicieli możnych, bogatych, a nawet kościoła. Postaci potępionych mają powykrzywiane ekspresyjnie twarze. Co innego zbawieni - uśmiechają się błogo i składają ręce do modlitwy. To jedne z niewielu średniowiecznych przedstawień postaci uśmiechających się - prawdziwy rarytas. Między kolumienkami portalu możemy odnaleźć przedstawienia proroków i apostołów. Co ciekawe, ci drudzy stoją na ramionach tych pierwszych, co symbolizuje następstwo tradycji. Po lewej stronie, na kolumienkach zachowały się też rzeźby anioła grającego na trąbie oraz Abrahama. Po obu stronach portalu, na kolumienkach i pod baldachimami znajdują się rzeźby (obecnie kopie) przedstawiające Eklezję (po stronie zbawionych) i Synagogę (po stronie potępionych). Atrubutem Eklezji jest korona, Synagoga ma zawiązane oczy, towarzyszą jej złamana włócznia i tablice mojżeszowe. To też kopie - oryginały znajdują się wewnątrz kościoła.

Ostatni portal - zwany Bramą św. Wita znajduje się na północnym ramieniu transeptu i jest zdecydowanie najskromniejszy, choć flankują go po bokach urocze ślepe arkadki zamknięte łukiem trójlistnym.

We wnętrzu kościoła również zauważyć można zmagania romanizmu z gotykiem - i tak jak nawa główna oraz wschodni chór to jeszcze romanizm, tak zachodni chór składnia się w stronę gotyku. Korpus nawowy jest trójprzęsłowy i sklepiony jest krzyżowo-żebrowo w systemie wiązanym - jednemu przęsłu nawy głównej odpowiadają dwa przęsła naw bocznych. Naga, wysoka i monumentalna ściana nawy głównej jest jeszcze klasycznie romańska, bez finezyjnych, wertykalnych podziałów ściany.

Wschodni chór jest znacznie podniesiony w stosunku do poziomu nawy głównej. Na wprost chóru znajduje się zejście do znajdującej się poniżej krypty, a po bokach zejścia - schody prowadzące na górę, do prezbiterium. Apsyda oświetlona jest dużymi, półkoliście zamkniętymi oknami. Poniżej znajduje się ślepa galeryjka trójlistnych arkadek. Prezbiterium sklepione jest sześciodzielnym sklepieniem krzyżowo-żebrowym, całość zamyka monumentalna koncha. Prezbiterium od naw bocznych oddzielają bogato zdobione rzeźbami apostołów (od południa) i proroków (od północy) przegrody chórowe. Poniżej wschodniego prezbiterium znajduje się sklepiona przysadzistym krzyżowo-żebrowym sklepieniem halowa krypta.

Zachodni chór, nieco mniejszy, ma już bardziej gotycką formę. Zamknięty jest wieloboczną apsydą, którą wieńczy nie koncha, ale ostrołukowe sklepienie krzyżowe. Okna apsydy są już ostrołukowe, ponad nimi znajdują się lunety. W znajdującej się po prawej stronie od zachodniego chóru kaplicy znajdują się relikwie świętych fundatorów - św. Henryka II i św. Kunegundy. Zachodnia krypta się nie zachowała, można tylko oglądać jej pozostałości.

"Na składzie" katedry w Bambergu pozostają różne ciekawe późnoromańskie i wczesnogotyckie dzieła sztuki rzeźbiarskiej. Najciekawszy to tak zwany Jeździec z Bambergu - pełnowymiarowa figura króla (po koronie wnosząc) na koniu, pierwsze od czasów antyku dzieło sztuki pomnikowej. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo, kogo owa rzeźba przedstawia - pretendentami do bycia Jeźdźcem z Bambergu są jak podaje Wikipedia - Konrad III, Henryk I Ptasznik, Henryk II, Fryderyk II Hohenstauf, oraz Stefan I Święty, król Węgier (prywatnie szwagier cesarza Henryka II). W czasach nazizmu Jeździec z Bambergu uchodził za wzór germańskiego piękna, choć nam wydał się niezbyt przystojny. Może to i dobrze, bo to znaczy, że nie mamy takiego gustu, jak naziści... Inne rzeźby to grupa Zwiastowania i Nawiedzenia, znajdująca się przy jednym z północnych filarów chóru wschodniego, w skład której wchodzą św. Elżbieta, Maria oraz anioł. W zachodnim chórze zaś można podziwiać wykonany z białego marmuru nagrobek papieża Klemensa II.

Z katedry w Bambergu wychodzimy z lekkim zawrotem głowy. Nie sposób przyswoić tyle romanizmu na raz, nie do takich dawek jesteśmy przyzwyczajeni - a przed nami przecież jeszcze inne zabytki romańskie Bambergu. Ale to nie przesyt, raczej lekkie upojenie, podobne do skutków przedawkowania frankońskiego wina - Frankenwein, produkowanego w okolicznych wioskach Würzburga. I jedno, i drugie - czyli katedrę w Bambergu oraz Frankenwein - serdecznie polecamy, przetestowaliśmy na własnej skórze :)

Galeria: 

Bamberg - klasztor karmelitów św. Teodora i Matki Bożej z XIII/XIV wieku

Klasztor karmelitów pod wezwaniem Św. Teodora i Matki Bożej kryje jeden z najcudowniejszych romańskich skarbów Bawarii - niezwykłe krużganki klasztorne, uważane za jedne z największych i najpiękniejszych romańskich krużganków w całych Niemczech.

Ale po kolei - klasztor karmelitów ufundowano w XIII wieku i wtedy zbudowano potężny, romański kościół, z którego do dzisiaj pozostało niewiele, a mianowicie zachodnia fasada, z jedną wieżą (pierwotnie były dwie) oraz zamurowanym portalem, zwanym "portalem lwów", od mocno zerodowanych rzeźb lwów, znajdujących się po bokach archiwolty, która ma ciekawy, grubo ciosany wykrój z charakterystycznymi "zębami". Wnętrze kościoła ma barokowy charakter i niestety nie widać po nim romańskiej historii. A szkoda.

Romańska perełka, czyli krużganki klasztorne, pochodzi z XIV wieku, z czasów przełomu romanizmu i gotyku. Zbudowano jest w stylu romańskim, aby przydać klasztorowi majestatu. Krużganki otwierają się na kwadratowy wirydarz misternie zdobionymi triforiami. Każda kolumienka jest inna, zdobiona motywami roślinnymi, zwierzęcymi, figuralnymi, przedstawiając mityczne stwory i sceny biblijne. Całość krużganków przekryta jest gotyckimi, ostrołukowymi sklepieniami krzyżowo-żebrowymi. W ścianach krużganków przetrwały pozostałości portalu oraz biforiów.

Po krużgankach klasztoru karmelitów można spacerować godzinami, rozszyfrowując kapitele kolumienek jak średniowieczne szarady. Ich sława jednych z najpiękniejszych jest w pełni zasłużona, a my - w pełni uwiedzeni ich czarem.

Galeria: 

Bamberg - kościół św. Jakuba z XI wieku

W położonym nad leniwą rzeką Regnitz Bambergu zabytków romańskich co nie miara - można by nimi obdarować średniej wielkości polskie województwo. Niewielki Bamberg to wśród bawarskich miast i miasteczek prawdziwy szczęściarz - udało mu się uniknąć losu Norymbergi czy Würzburga, który został praktycznie zmieciony z powierzchni ziemi przez alianckie bombardowanie w czasie II wojny światowej. Tutaj ocalało praktycznie wszystko.

Ocalał też mniej znany i mniej popularny wśród turystów kościół romański, którego nie raczy wymieniać nawet przewodnik Pascala. Trafiliśmy tu przypadkiem, w strugach deszczu kierując się z katedry w stronę centrum. Nie zmyliła nas barokowa fasada, bezbłędnie rozpoznaliśmy romański mur (między innymi po fryzie arkadkowym obiegającym uroczą apsydkę transeptu) i w poczuciu odkrywczej misji zagłębiliśmy się w nieco mroczne wnętrze.

Do kościoła wchodzi się przez sklepioną krzyżowo kruchtę. Już stąd widać, że przed nami urzekająco klasyczne romańskie wnętrze. Kolumnada prostych, masywnych kolumn o kostkowych kapitelach podpiera pobieloną ścianę z rzędem okien. Całość przekrywa strop. Nic dodać, nic ująć.

Służący pielgrzymom jako przystanek w drodze do Santiago de Compostella, pochodzący z XI wieku kościół św. Jakuba jest prostą, trójnawową bazyliką z transeptem, przekrytą stropem. Na zachodniej emporze dzisiaj znajdują się organy. Najprostsze, romańskie kolumny, nagie, pobielone ściany, wysokie mury transeptu, prostota drewnianego stropu - do ostatecznego efektu brakuje tylko prezbiterium, które akurat jest gotyckie. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Bawaria rozpieszcza - kościół św. Jakuba, jeszcze nie najbardziej znaczący i oszałamiający zabytek romański Bambergu i tak na nas, przybyszach z przeoranej przez barok Małopolski, robi niezwykłe wrażenie.

Galeria: 

Eichstätt - wieże katedry św. Salwatora, Najświętszej Marii Panni i św. Wilibalda z XII wieku

Eichstätt to miasto położone mniej więcej w połowie drogi z Norymbergi do Monachium. Żeby tam trafić, należy zjechać z autostrady E45 zjazdem w okolicach miejscowości Enkering na drogę B13. Eichstätt to miłe miasteczko, znane z katolickiego uniwersytetu i św. Walpurgii, która jest tutaj pochowana. To tutaj, w pobliskim klasztorze benedyktynów uzyskuje się słynący z uzdrowień "olej Walpurgii" (który okazuje się być wodą przesączającą się przez ściany krypty, obmywającą kości św. Walpurgii).

Początki katedry św. Salwatora, Najświętszej Marii Panny i św. Wilibalda - bo o niej będzie mowa - sięgają czasów samego św. Wilibalda (brata św. Walpurgii), czyli VIII wieku. Karolińsko-ottońskiemu kościołowi towarzyszył klasztor, zniszczony podczas najazdu Węgrów. Przebudowa kościoła w dojrzałym, romańskim stylu rozpoczęła się w XI wieku. Kościół był okazałą budowlą z transeptem, z prezbiterium zamkniętym apsydą. Z XII wieku pochodzą dwie romańskie wieże flankujące prezbiterium, których zdobienia zdradzają wpływy północnowłoskie. Przebudowę zakończono w XIV wieku, nadając wnętrzu kościoła charakter wczesnego i dojrzałego gotyku. Romańskie wieże kryją na parterze kaplice. Powyżej znajduje się pięć pięter.

W zasadzie z pierwotnego, romańskiego założenia pozostały tylko wieże, ale nie żałujemy, że zatrzymaliśmy się tu w drodze w bawarskie Alpy. Eichstätt to miłe miasteczko, a z klasztoru św. Walpurgii (który sam w sobie jest ciekawostką) rozciąga się przepiękny widok na okolicę.

Galeria: 

Fraueninsel - Torhalle z IX wieku

Wysepek na jeziorze Chimsee jest trzy. Na jednej z nich "szalony król" Ludwik II Bawarski zbudował pałac, który miał przyćmić Wersal. Ale nie na tą wyspę się wybieramy. Na Fraueninsel można dostać się promem z miejscowości Stock i Felden na południu jeziora oraz Bernau na północy. Już sam rejs to niezwykle przyjemne przeżycie, a na miejscu czekają nas nie lada atrakcje.

W skład ufundowanego w VIII wieku klasztoru (o nim więcej we wpisie na temat kościoła na Frauenisel) wchodzi ciekawy budynek - na poły świecki, na poły sakralny. To tzw. Torhalle, lub z polska - i jakże odkrywczo - "budynek bramny". Torhalle pochodzi z czasów karolińskich, z lat 850/860. To wybudowany z szarego, nieregularnego kamienia prosokątny, piętrowy budynek w kwadratową, mniejszą dobudówką po wschodniej stronie. Parter - to brama. Po obu stronach "otworu bramnego" znajdują się toporne biforia, wnętrze przejścia dzielą na trzy części przysadziste arkady o łuku prostym.

Na piętrze znajduje się kaplica św. Michała - to proste, prostokątne pomieszczenie, kryte stropem z niewielkim prezbiterium znajdującym się w owej dobudówce. Kaplicę oświetlają małe, rozglifione okienka. Ściany zdobią resztki fresków. Dzisiaj kaplica służy jako przestrzeń wystawowa - trafiliśmy akurat na jakże a propos wystawę przedmiotów liturgicznych i dzieł sztuki pochodzących z epoki renesansu karolińskiego.

IX wiek - to brzmi dumnie. I chociaż w życiu nie raz widzieliśmy i widujemy budynki starsze, niż Torhalle (starożytne ruiny, a nawet jedną bazylikę z czasów Justyniana), to myślimy o "budynku bramnym" niezwykle ciepło, jako o starszym, karolińskim bracie naszych ulubionych zabytków romańskich.

Galeria: 

Fraueninsel - klasztor benedyktynek z VIII/XI/XIII wieku

Klasztor na Fraueninsel, niewielkiej wysepce na bawarskim jeziorze Chimsee, ufundowany został w VIII wieku przez bawarskiego księcia Tassilo. Klasztor poświęcono w 782 roku, a w 788 roku wszedł w jego posiadanie Karol Wielki, następnie trafił w ręce jego wnuka, Ludwika Niemieckiego. Po najeździe Węgrów w XI wieku klasztor wchodzi w okres prosperity, który trwa do XV wieku. W XVIII wieku niestety klasztor zostaje gruntownie przebudowany...

Historia samych murów kościoła niknie w mrokach głębokiego średniowiecza - część murów zapewne pamięta czasy Karola Wielkiego, faktem natomiast jest, że w XI wieku kościół już stał. W XII i XIII wieku kościół został powiększony i przebudowany, zmiany wprowadził też gotyk i - oczywiście - barok.

Do kościoła prowadzi od południa bardzo ciekawy, grubo ciosany, uskokowy portal. Archiwoltę i kapitele kolumienek zdobią geometryczne wzory. Po obu stronach portal flankują masywne kolumny, stojące na bazach w kształcie potwornych twarzy. Na kolumienkach spoczywają maszkarony.

Kościół jest trójnawową bazyliką bez transeptu. Niskie, przysadziste arkady o pełnym łuku i masywne filary, które kiedyś dźwigały romańskie sklepienie, oddzielają nawę główną od naw bocznych. Nawa główna została poniesiona, kryje ją dzisiaj sklepienie gotyckie. Sklepienia krzyżowo-żebrowe przekrywają nawy boczne. Wewnątrz kościoła zachowało się wiele romańskich fresków, których tropienie w różnych punktach budynku powierzamy spostrzegawczości zwiedzającego.

Klasztor na Fraueninsel wiąże się z kultem św. Irmengardy, przeoryszy klasztoru z IX. wieku. Jej kult datuje się już na XI wiek, chociaż świętą została dopiero w XVIII wieku. Kaplica jej poświęcona znajduje się na tyłach prezbiterium. Tu pielgrzymi (pielgrzymki? bo pielgrzymują do niej głównie kobiety) zostawiają swoje dary. Widok dziecięcych rysunków obok srebrnych czy złotych wotów sprawia ciekawe wrażenie. Dominuje w nim głównie kontrast.

Obok kościoła stoi ciekawa, ośmioboczna dzwonnica, której dole dwa piętra pochodzą z XII wieku. Wyższe piętra dobudowano w wieku XV, a charakterystyczna cebula pochodzi z XVII wieku. Wieża stoi w miejscu dawnych, karolińskich zabudowań klasztornych.

Słodko tu, na tej mniszej wysepce, gdzie od ponad tysiąclecia milczące zakonnice wytwarzają podobno świetne miody, piwo a nawet nalewkę. Ale Bawaria to przecież kraina wspominanych już kontrastów. I tak na słodkiej mniszej wysepce, na porośniętym różami cmentarzyku śpi snem bynajmniej nie sprawiedliwego Generaloberst Alfred Jodl, stracony w Norymberdze...

Galeria: 

Heilsbronn - byłe opactwo cysterskie Najświętszej Marii Panny i św. Jakuba z XII wieku

Heilsbronn to niewielkie miasteczko w okolicach Norymbergi. Można tu łatwo trafić z Norymbergi kierując się albo drogą numer 14 (cały czas prosto, póki nie trafimy do Heilsbronn) lub autostradą numer 6, zjeżdżając z niej zjazdem w okolicach Hammerschmeide i Geischenhof. Nawet bez GPSa łatwo tu trafić, a będąc w Norymberdze warto zrobić sobie wycieczkę, chociażby po to, żeby po drodze napatrzyć się na sielskie, bawarskie wioski rodem z bajki o trzech świnkach.

Cysterskie opactwo w Heilsbronn zostało ufundowane w XII wieku przez świętego Ottona z Bambergu, który sprowadził tu cysterskich mnichów z Ebrach. W swoich czasach klasztor w Heilsbronn był niezwykle bogaty i nowoczesny (posiadał m.in. własny szpital dla pielgrzymów). Klasztor znajdował się pod opieką najpierw książąt Abenberg, a potem Hohenzollernów, burgrabiów Norymbergi, których pochówki (o wysokiej wartości artystycznej) dzisiaj znajdują się w kościele. Klasztor popadł w kłopoty w czasie reformacji, kiedy to jego opaci zaczęli skłaniać się ku naukom Lutra, po czym ostatecznie w XVII wieku klasztor został rozwiązany.

Do dzisiaj z dawnego klasztoru przetrwał kościół, znajdujący się nieopodal kościoła refektarz, kaplica szpitalna oraz fragmenty murów. Kościół całe szczęście zachował swój romański charakter, mimo licznych, gotyckich przebudów. Możemy dziś podziwiać piękno romańskich murów oraz detali rzeźbiarskich portali, fryzów arkadkowych i obramowań okiennych. Wnętrza kościoła - o którym wiedzieliśmy, że warte jest zobaczenia, przez swoje potężne arkady międzynawowe oparte na filarach o kostkowych kapitelach, podtrzymujące masywną, romańską ścianę z rozglifionymi okienkami - niestety nie udało nam się zobaczyć. Spóźniliśmy się... Radzimy zatem wybierać się do Heilsbronn w godzinach wczesnopopołudniowych lub porannych. Kościół jest pięknie odrestaurowany i utrzymany - aż miło popatrzeć.

Choć niepocieszeni, że nie zobaczyliśmy wnętrza, spędziliśmy w Heilsbronn urocze popołudnie, siedząc na ryneczku przy kawiarnianym stoliku, w otoczeniu miejscowych popijających popołudniowe piwo lub sznapsa. Żyć, nie umierać...

Galeria: 

Kastl - pobenedyktyński kościół św. Piotra z XI wieku

Coś bardzo nie chciało, żebyśmy przyjechali do Kastl... Chociaż wiedzieliśmy, gdzie chcemy dojechać i mniej więcej jak (z autostrady 6 należy zjechać na drogę numer 299 na południe - przy niej znajduje się Kastl), to nasz GPS uparcie nakazywał nam "zawrócić, jeśli to możliwe" i kilka razy próbował nas oszukać twierdząc, że "jesteś u celu". Ale mieliśmy również pomoce analogowe w postaci atlasu samochodowego Europy i udało nam się jakoś trafić na miejsce. Samo miasteczko wyglądało na wyludnione - spotkaliśmy tylko jednego, niezbyt reprezentacyjnie wyglądającego kota, który odprowadził nas kawałek, po czym demonstracyjnie zawrócił. Wspinaliśmy się dobre kilka minut na wzgórze, na którym stoi dawny klasztor benedyktynów z kościołem św. Piotra i - jakie było nasze zdziwienie ( po pierwsze było późno - powili zmierzchało, po drugie w dawnych zabudowaniach klasztornych dzisiaj znajduje się szkoła, a były przecież wakacje), kiedy pchnąwszy bramę okazało się, że jest ona... otwarta. Na szkolnych dziedzińcach również nie spotkaliśmy nikogo. Przygotowani byliśmy, że kościół zastaniemy zamknięty, przerabialiśmy to już przecież tyle razy. Ale - o dziwo - kościół również był otwarty. W środku panowały egipskie ciemności, udało nam się znaleźć włącznik światła w kruchcie i oświetlając sobie wnętrze lampą błyskową rozpoczęliśmy zwiedzanie...

Klasztor benedyktynów w Kastl został ufundowany w XI wieku, następnie w XVI wieku przeszedł w ręce jezuitów, potem kawalerów maltańskich, po czym po sekularyzacji został zamieniony na szkołę. Z romańskich czasów do dziś przetrwał kościół św. Piotra. Nosi on ślady gotyckich przebudów - dobudowań, ale generalnie jego forma pozostała niezmieniona. Kościół jest trójnawową bazyliką o nawach zakończonych apsydami. Masywne filary i kolumny międzynawowe podtrzymują arkady o pełnym łuku. W prezbiterium zachowało się sklepienie unikalne (ze względu na swoje rozmiary) sklepienie kolebkowe. W tym momencie wypada nam przeprosić za jakość dokumentacji fotograficznej tego wpisu - po pierwsze odwiedziliśmy Kastl w drodze powrotnej z Ratyzbony, a tam było co fotografować, poza tym musieliśmy sobie oświetlać mroczny obiekt lampą błyskową i po paru zdjęciach bateria odmówiła posłuszeństwa.

Od zachodu do kościoła dobudowano potężną, gotycką kruchtę, w której spotkała nas niecodzienna przygoda... W owej kruchcie pochowana jest księżniczka Anna, córka cesarza Ludwika IV, zmarła w podróży w 1319 roku w wieku lat trzech. Kiedy w XVIII wieku ekshumowano księżniczkę, okazało się, że zwłoki są zmumifikowane. Dziś mumia nie jest wystawiona na widok publiczny, obok nagrobka znajduje się tylko zdjęcie dziewczynki. Kiedy Michał na widok zdjęcia księżniczki zażartował - "popatrz, ufoludek", nagle potężny wiatr trzasnął drzwiami od kościoła, zerwała się burza, a lampa błyskowa odmówiła posłuszeństwa. Zostaliśmy sami w ciemnym kościele, w środku burzy, w towarzystwie rozzłoszczonej obcesowym potraktowaniem księżniczki.

Opuściliśmy Kastl w pośpiechu, uciekając w strugach deszczu z nawiedzonego kościoła. Może wrócimy tu kiedyś pamiętając o wyborze pory dnia i naładowaniu baterii. I na pewno nie będziemy komentować urody księżniczki Anny...

Galeria: 

Norymberga (Nürnberg) - kaplica cesarska z przełomu XII i XIII wieku

Norymberga - śliczne miasto średniowiecznych (chociaż podniesionych z ruin po alianckich bombardowaniach) uliczek, gotyckich kościołów, pierników znane z Albrechta Dürera (którego słynny autoportret można podziwiać w niedalekim Monachium, w Starej Pinakotece), Wita Stwosza i, hm, NSDAP, ale ten smutny fakt może przemilczymy - to niezwykle ważne dla średniowiecznej historii Niemiec miejsce. To między innymi stąd, z położonego na wzgórzu nieco ponad miastem Kaiserburgu, władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego zawiadywali połową Europy przez pięć wieków.

Wspomniany Kaiserburg został zbudowany jako rezydencja cesarza Henryka III i swoją historią sięga XI wieku. W XII wieku cesarz Fryderyk I Barbarossa i jego następcy uczynili z niego najbardziej okazałą rezydencję królewską ówczesnej Europy. To, co nas najbardziej interesuje w norymberskim zamku, to pochodząca z czasów Hohenstaufów, a więc z przełomu XII i XIII wieku kaplica cesarska - niezwykle oryginalne rozwiązanie wielopoziomowego kościoła przeznaczonego dla możnych i rodziny cesarskiej.

Kaplica rzuca się w oczy już od samego wejścia na dziedziniec - jej romańskie mury zdobi misterny fryz akradkowy a nad nim ząbkowy. Na murze umieszczono też kilka zniszczonych, romańskich rzeźb. Ale to, co najpiękniejsze - jest w środku. Zatem zupełnie zrozumiała była nasza rozpacz i zdenerwowanie, kiedy okazało się po wejściu do tego niezwykłego wnętrza, że... rozładowała nam się bateria w aparacie (cóż, spacer po Norymberdze był niezwykle owocny). Uprzejmie więc przepraszamy za jakość dokumentacji fotograficznej - zdjęcia robiliśmy telefonem i lustrzanką na czarno-białym filmie. Ale staraliśmy się, jak mogliśmy.

Wertykalne ukształtowanie przestrzeni wewnątrz kaplicy doskonale oddaje ówczesną hierarchię społeczną. Parter kaplicy, niższy, ciemniejszy, ze sklepieniem krzyżowym osadzonym na grubych i przysadzistych kolumnach, przeznaczony był dla szlachty i możnych o niższym statusie. Wyższe piętro - otwarte na parter centralnie umieszczoną, kwadratową dziurą w podłodze, przeznaczone było dla możnych bliższych rodzinie cesarskiej. Dla rodziny cesarskiej miejsce było zarezerwowane na zachodniej emporze, położonej jeszcze wyżej.

Sama kaplica (jej oba piętra) zbudowana jest na planie kwadratu, z niewielkim, prosto zamkniętym prezbiterium. Przestrzeń wewnątrz dzielą dwie pary kolumn (niższych, bardziej przysadzistych) na dole i dwie pary kolumn na górze (węższych, wyższych, bardziej filigranowych). Oba piętra przekrywają sklepienia krzyżowe. Prezbiterium otwiera się na nawę potężną, pięknie zdobioną archiwoltą. Kapitele kolumienek zarówno nawy dolnej, jak i górnej (dziwnie to brzmi, przyzwyczailiśmy się do nawy głównej i naw bocznych)są pięknie zdobione motywami roślinnymi i zwierzęcymi. W prezbiterium uwagę zwraca gotycki krucyfiks autorstwa Wita Stwosza.

Nie możemy sobie darować tej fotograficznej wpadki z cesarską kaplicą w Norymberdze. Cóż, przynajmniej mamy pretekst, żeby tu wrócić!

Galeria: 

Norymberga (Nürnberg) - kościół św. Sebalda z XIII wieku

Kościół św. Sebalda to najstarszy kościół Norymbergi. W przeszłości spełniał funkcję kościoła parafialnego. To, co dzisiaj możemy podziwiać, to arcydzieło sztuki konserwacji zabytków - Norymberga potwornie ucierpiała podczas II wojny światowej. Wszystkie jej kościoły - w tym kościół św. Sebalda - zostały pieczołowicie podniesione z gruzów.

Kościół św. Sebalda powstał w XIII wieku jako trójnawowa, dwuchórowa bazylika z transeptem, z dwuwieżową zachodnią fasadą. Szybko jednak w bryle kościoła zaczęły zachodzić zmiany, które powoli przeistaczały kościół św. Sebalda w kościół gotycki. Najpierw poszerzono nawy boczne, podniesiono wieże i apsydę zachodniego chóru. Na koniec rozebrano chór i w jego miejscu wybudowano potężne, halowe prezbiterium. Na koniec nie oszczędził kościoła też barok, który dodał swoje całe szczęście niezbyt nachalne trzy grosze.

Z zewnątrz niewielkich romańskich pozostałości należy szukać wśród wszędobylskiego gotyku. Apsyda zachodnia zdobiona jest lizenami i misternym fryzem arkadkowym. Fryz arkadkowy dostrzec można również pod samym dachem, nad oknami nawy głównej. Na południe od zachodniej apsydy znajduje się niewielki, uskokowy portal, z prostymi łukami archiwolty opartymi na dekorowanych w liście kapitelach kolumienek. W łuku archiwolty znajduje się rzeźbiony tympanon.

Wewnątrz zachodnia apsyda i nawa główna zachowały romański charakter. Potężne arkady międzynawowe mają już ostre łuki - ponad nimi, poniżej okien, znajdują się niewielkie tetraforia, oparte na masywnych, grubych a krótkich kolumienkach o ciekawych kapitelach. Szczególnie zwracają uwagę te rzeźbione w ludzkie twarze. Wiązkowe filary międzynawowe są masywne, podobnie jak służki sklepienne, na których opiera się krzyżowo-żebrowe sklepienie, którego przęsła oddzielone są wydatnymi gurtami.

Zachodnia apsyda dzisiaj ma gotyckie, wysokie okna i zamiast konchy - żebra. Poniżej okien zachowały się trójlistne nisze oparte na kolumienkach. Niewielkie biforia otwierają się na umiejscowione w wieżach kaplice.

Kościół św. Sebalda ma dla nas również znaczenie sentymentalne - tutaj, jako młodzi posiadacze kupionej kilka dni wcześniej lustrzanki cyfrowej odkryliśmy po raz pierwszy możliwości, jakie w mrocznych, romańskich wnętrzach daje ISO 1600 :)

Galeria: 

Ratyzbona (Regensburg) - bazylika św. Emmerama z VIII/XI/XII wieku

Kościół i opactwo św. Emmerama sięgają swoimi początkami VII i VIII wieku. Przykład św. Emmerama pokazuje, jak można zostać świętym męczennikiem z wyjątkowo głupiego powodu. Kim był zatem św. Emmeram? Frankijskim biskupem, który w VII wieku przybył do Bawarii, gdyż doszły go słuchy o przypadkach idolatrii, które miałyby tam mieć miejsce. Został przyjęty na dworze księcia bawarskiego Theodo I, gdzie szybko zyskał sobie opinię nobliwego i świątobliwego męża i działał jako misjonarz przez kilka lat. Kiedy córka księcia, Uta zwierzyła mu się, że została uwiedziona przez jednego z dworzan jej ojca i spodziewa się dziecka, św. Emmeram wpadł na genialny pomysł. Polecił dziewczynie, że kiedy wyjedzie do Rzymu, ma powiedzieć swojemu ojcu, że to on, biskup Emmeram, jest ojcem dziecka. Uta posłuchała rady świątobliwego męża, i kiedy ten wyruszył do Rzymu, przekazała ojcu radosną nowinę. Jak można się domyśleć, książę wpadł we wściekłość. I natychmiast wysłał pościg za nieszczęsnym biskupem. W miejscowości Helfendorf książęcy gniew dogonił biskupa, któremu natychmiast zgotowano wymyślne tortury ze skutkiem śmiertelnym. W taki to oto sposób biskup Emmeram został świętym.

Ciało świętego męczennika szybko sprowadzono do Ratyzbony i pochowano w kościele św. Jerzego. Do grobu świętego Emmerama zaczęły przybywać rzesze pielgrzymów - kościół św. Jerzego nie mógł ich wszystkich przyjąć. Opactwo św. Emmerama, klasztor benedyktynów zostało ufundowane w 739 roku. Bazylikę św. Emmerama zbudowano w miejscu wcześniejszego, wczesnochrześcijańskiego założenia kościelnego z czasów późnorzymskich, w zasadzie na jego planie. Założenie to - mimo późniejszych przebudów i zmian, pozostało w gruncie niezmienione. W apsydzie głównej znalazł miejsce nagrobek św. Emmerama, a na pozostałe święte pochówki miejsce zostało przeznaczone w okrągłej krypcie (Ringkrypta). Kościół zbudowano jako monumentalną, trójnawową bazylikę z trzema chórami (na zakończeniu nawy głównej i naw bocznych).

Samo opactwo odgrywało w średniowieczu wielką rolę w życiu ówczesnej Bawarii. Jego opaci byli orędownikami reformy monastycznej związanej z opactwem w Gorze. Św. Wolfgang w X wieku doprowadził też do rozdzielenie funkcji opata i biskupa Ratyzbony. Z klasztornego skryptorium wychodziły niezwykłe dzieła sztuki, jak chociażby Kodeks Uty, czy sakramentarz Henryka II, cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego. W XIII wieku klasztor uzyskał tytuł cesarskiego opactwa podległego tylko cesarzowi, a w XVIII wieku opaci uzyskali tytuł książęcy. W XIX wieku, po sekularyzacji, budynki klasztorne zostały przejęte przez książąt Thurn und Taxis (znane są dzisiaj jako Zamek Thurn und Taxis), a kościół stał się kościołem parafialnym.

Pierwsza znacząca znacząca przebudowa miała miejsce w 980 roku i polegała na dobudowaniu od wschodu jeszcze jednej krypty - krypty Ramwolda (błogosławionego opata). Dziś krypta Ramwolda nosi ślady barokowych ingerencji i zatraciła swój pierwotny charakter. Kolejna rozbudowa to rok 1049, kiedy to rozebrana zostaje zachodnia fasada i dobudowany potężny, wydzielony zachodni transept z własnym chórem oraz krytą św. Wolfganga. Choć dziś wystrój transeptu jest barokowy, to sam jego ogrom i surowość jego przestrzennej formy robi wrażenie. Kaplica św. Wolfganga to małe arcydzieło romańskiego stylu. Filigranowe, wieloboczne kolumienki podtrzymują sklepienie krzyżowe, a pod ścianą znajdujemy romański tron biskupi. Niestety w 1166 roku potężny pożar niszczy kościół i budynki klasztorne. Kościół zostaje podniesiony z ruin, odbudowany z pieczołowitą wiernością oryginałowi. Z okresu odbudowy kościoła pochodzi również imponująca hala wejściowa (Vorhalle - translate.google.com uroczo tłumaczy to słowo jako "ganek") złożona z czterech przęseł z masywnym filarem pośrodku, sklepiona krzyżowo. Kolejny pożar niszczy dach kościoła w XVII wieku. Wieża kościoła jest renesansowa. Swój obecny, barokowy wystrój, kościół otrzymał w XVIII wieku i od tego czasu wnętrze kościoła wygląda trochę jak ciastko z kremem.

Ale całe szczęście, nie wszystko pokryły barokowe stiuki i miłośnicy romanizmu mogą tutaj znaleźć niejedną perełkę, jak chociażby romańskie płyty nagrobne czy płaskorzeźby św. Emmerama i Chrystusa z XI wieku. Największe wrażenie robią wypreparowane spod tynku ściany oddzielające chóry boczne od chóru głównego, z biforiami, na których zachowały się resztki oryginalnych kolorów. Hala wejściowa, krypta św. Wolfganga, majestatyczny transept - również są w stanie powalić na kolana.

Pokrzepieni u źródeł romanizmu - bo przecież początki bazyliki sięgają czasów karolińskich - ruszamy na ulice Ratyzbony, gdzie czeka nas jeszcze niejedno małe, romańskie objawienie.

Galeria: 

Ratyzbona (Regensburg) - były klasztor Niedermünster z XII wieku

Do klasztoru Niedermünster trafiliśmy przypadkiem, zobaczywszy wystające nad okoliczne budynki romańskie wieże natychmiast podążyliśmy w tamtym kierunku. Przewodnik Pascala w ogóle o nim nie wspomina (wstyd!) o tym miejscu, a było ono niezwykle ważne dla średniowiecznej Ratyzbony.

Klasztor kanoniczek Niedermünster został ufundowany w 788 roku przez bawarskiego księcia Tassilo III, chociaż tradycyjnie jego powstanie wiąże się z osobą św. Erharda (ok. 700 roku). Jest on patronem klasztoru i tu spoczywają jego relikwie. Klasztor Niedermünster stał się wkrótce jednym z najbardziej wpływowych żeńskich zgromadzeń klasztornych w ówczesnych Niemczech. Pod koniec X wieku klasztor został gruntownie przebudowany przez księcia bawarskiego Henryka I, który również hojnie obdarował klasztor. Sam książę został tu pochowany, podobnie jak jego żona Judyta, która po jego śmierci przyjęła welon zakonny i została ksienią zgromadzenia. W czasach ottońskich klasztor, faworyzowany przez władców, obrastał w dobra materialne, uzyskiwał przywileje i zyskiwał potęgę. Wraz z ufundowaniem przez Henryka II katedry w Bambergu klasztor traci na znaczeniu. Ostatecznie klasztor zlikwidowano w XIX wieku. Kościół stał się kościołem parafialnym, a budynki klasztorne przejęło na biura biskupstwo Ratyzbony.

Dla klasztoru Niedermünster powstało również arcydzieło sztuki romańskiej - Kodeks Uty. Uta była w XI wieku ksienią klasztoru, w czasach reformy klasztornej, której centrum stał się Regensburg. Bogato zdobiony złotem ewangeliarz zawiera romańskie miniatury przedstawiające m.in. św. Erharda celebrującego mszę czy Utę ofiarowującą kodeks Maryi Dziewicy. Stąd pochodzi też słynny krzyż, ofiarowany przez królową Gizelę, córkę Henryka II a żonę węgierskiego króla Stefana I na grób matki, która również jest tu pochowana. Dziś niezwykły krzyż, arcydzieło romanizmu, znajduje się w monachijskim Residenz Museum.

Dzisiejszy kościół zastąpił ottońską bazylikę po pożarze w XII wieku (z pożaru ocalała krypta św. Erharda). Kościół jest prostą, dwuwieżową bazyliką bez transeptu, z prezbiterium zamkniętym apsydą. Po bokach prezbiterium znajdują się dwie kaplice, które otwarte były do prezbiterium biforiami. Do środka prowadzą dwa portale. Południowy - uskokowy (dwie kolumienki) o prostej archiwolcie, z gładkim tympanonem. Zachodni - mniej więcej podobny, z kapitelami kolumienek zdobionymi liśćmi akantu, z prostą archiwoltą i gładkim tympanonem.

Wnętrze kościoła zostało w XVII/XVIII wieku zbarokizowane (m.in. dodano barokowe sklepienia). Dziś spacerując po kościele można tropić romańskie pozostałości - biforia oddzielające kaplice boczne od prezbiterium. Wewnątrz zachowały się liczne pozostałości fresków - najwięcej w prezbiterium, szczególne wrażenie sprawia olbrzymi Chrystus Królujący na zachodniej ścianie.

Niezwykła jest Ratyzbona, z jej romańskimi skarbami porozrzucanymi od niechcenia po całym mieście, przycupniętymi tu i ówdzie. A każdy, jak mu się bliżej przyjrzeć, kryje za sobą wielką historię...

Galeria: 

Ratyzbona (Regensburg) - kościół św. Jakuba i św. Gertrudy z XII wieku

Jeszcze jedna bura dla przewodnika Pascala po Niemczech - kościoła św. Jakuba tam w ogóle nie ma. O jego istnieniu dowiedzieliśmy się z bardzo przydatnej ulotki "Grüß Gott in Regensburg", którą dostaliśmy w Muzeum Diecezjalnym w kościele św. Ulryka. Na zdjęciu zobaczyliśmy dwie romańskie wieże i niezbyt wyraźny zarys olbrzymiego portalu skrytego za szklano-metalową konstrukcją. Nasz kulawy niemiecki pozwolił nam wyczytać, że dawny klasztor benedyktynów i "Szkocki kościół" św. Jakuba to przykład wysokiej sztuki romańskiej, jeden z najcenniejszych zabytków południowych Niemiec. Zimny dreszcz przebiegł nam po plecach - a mogliśmy to przegapić...

Klasztor w Ratyzbonie zwany "Szkockim klasztorem" został ufundowany w XI wieku. Sprowadzono tu irlandzkich misjonarzy (w ówczesnej łacinie wielkiej różnicy między Szkotami a Irlandczykami nie dostrzegano), którzy w średniowieczu nieśli celtyckie odrodzenie chrześcijaństwa całej Europie. Szkockim benedyktynom klasztor został przekazany w XVI wieku. Pierwszy kościół klasztorny powstał w XI wieku i została z niego cześć wschodnia, z wieżami i apsydami. Kościół pod wezwaniem św. Jakuba i św. Gertrudy w dzisiejszym kształcie pochodzi z drugiej połowy XII wieku. To trójnawowa bazylika z transeptem - ale jednak dość nietypowa. Transept wylądował bowiem na zachodnim krańcu, a wieże - na wschodzie. Wieże posiadają dwa poziomy biforiów, a całość kościoła obiega delikatny fryz arkadkowy. Budynki klasztorne po licznych pożarach i przebudowach nie mają już w sobie niestety nic romańskiego.

Wnętrze kościoła jest proste i dostojne. Wysokie, monumentalne kolumny międzynawowe podtrzymują majestatyczną ścianę nawy głównej zwieńczoną drewnianym stropem. Nawy boczne sklepione są sklepieniami krzyżowymi. Prezbiterium i nawy boczne zamknięte są apsydami. Kościół oświetlają niewielkie, rozglifione okienka, a także uroczy czteroliść, który zainspirował nas fotograficznie, rzucając niezwykłą plamę światła na kolumnę i umieszczoną przy niej figurę Chrystusa. Kapitele kolumn są bogato i ciekawie zdobione w maski, dzikie zwierzęta, "dzikich ludzi" (skoro szkocki kościół, nasze skojarzenia od razu pobiegły w stronę kaplicy w Roslyn), motywy roślinne i geometryczne. Ciekawym zabytkiem sztuki romańskiej we wnętrzu kościoła są też umieszczone na belce tęczowej pochodzące z końca XII wieku figury tworzące grupę Ukrzyżowania.

Ale to, co najważniejsze, mieści się na zewnątrz. To niezwykły, ogromny, bogato dekorowany portal północny. Składa się on z samego uskokowego portalu z bogato dekorowanymi ościeżami, archiwoltą i tympanonem oraz szerokiego obramowania. Przestrzeń portalu (za co uważamy całość, razem z obramowaniem) podzielona jest w poziomie na trzy części, odpowiadające ościeżom, tympanonowi i temu, co powyżej. Strona lewa różni się też od prawej. Na dolnym lewym poziomie w centrum odnajdujemy rzeźbę Maryi z Dzieciątkiem w otoczeniu obejmujących się postaci ludzkich (mających symbolizować harmonię). Po prawej stronie znajdujemy za to dzikie bestie i najprawdopodobniej Antychrysta. Lewa strona zatem symbolizuje t dobro, a prawa - zło. Poniżej centralnych rzeźb po lewej stronie znajdujemy smoka połykającego lwa i wynurzającą się syrenę (symbol pokusy), a po prawej - krokodyla połykającego hydrę zawiniętą w glinę. Istnieje interpretacja, według której rzeźba ta odnosi się do średniowiecznej legendy o hydrze, która połknięta przez krokodyla niszczy go od środka (co z kolei zestawiano teologicznie ze zstąpieniem Jezusa do piekieł). Środkowa część portalu - z tympanonem - również odzwierciedla podział na dobro i zło - po lewej stronie mamy alegorie cnót, po prawej - przywar (co z kolei od razu skojarzyło nam się z kolumnami ze Strzelna). Sam tympanon przedstawia Chrystusa Królującego w otoczeniu św. Jakuba i św. Jana. Najwyższy poziom - ponad tympanonem - to najprawdopodobniej przedstawienie Sądu Ostatecznego. Sama archiwolta i kolumienki portalu zasługują również na uwagę. Bogate dekoracje figuralne, roślinne i geometryczne mogą zagwarantować kilka dobrych godzin fascynującego studiowania maniakom sztuki romańskiej.

Tak, portal Szkockiego Kościoła w Ratyzbonie można studiować godzinami, jet jak wielka księga pełna historii, których nie bardzo możemy zrozumieć, gdyż ich symbolika zatarła się i stała się niejasna. Co nie znaczy, że nie możemy się nimi zachwycać.

Galeria: 

Ratyzbona (Regensburg) - kościół św. Ulryka z XIII wieku.

Na Domplatzu w Regensburgu (inaczej - Ratyzbonie) króluje nieodmiennie olbrzymia, zapierająca dech w piersiach gotycka katedra. Niewielki, niski, bezwieżowy kościół w rogu placu łatwo pominąć, zapatrzywszy się wysoko na strzelisty gotyk. Ale gotyk nie odwróci naszej uwagi - kierujemy swe kroki prosto do św. Ulryka.

Kościół św. Ulryka powstał na początku XIII wieku jako kaplica pałacowa, a dzisiaj pełni funkcję muzeum diecezjalnego, z bardzo ciekawą (polecamy!) kolekcją sztuki sakralnej, od romanizmu do rokoka. Kościół ten to przykład stylu przejściowego, od romanizmu do gotyku. A sama jego forma jest przedziwna...

Do kościoła prowadzą dwa portale - zachodni (dwudzielny, o prostej archiwolcie i dwóch parach kolumienek po bokach) oraz południowy (o tympanonie z przedstawieniem Chrystusa i aniołów po jego prawej i lewej stronie. Tympanon od dołu podtrzymują dwie rzeźbione postacie). Dziś do środka wchodzi się przez portal zachodni, do kruchty, gdzie kupić można (a nawet trzeba) bilety do muzeum. A potem - wchodzimy do wnętrza, które jest podobne absolutnie do niczego - do żadnego innego romańskiego wnętrza, jakie kojarzymy.

Nawa główna - choć mamy pewne wątpliwości, czy można nazwać ją nawą główną - jest szeroka i wysoka, kryta stropem. Nawy boczne oddzielają niskie, przysadziste arkady o łuku ostrym. Nawy boczne są sklepione sklepieniami krzyżowo - żebrowymi. I w zasadzie nawy boczne obiegają kościół dookoła. Bo prezbiterium znajduje się na piętrze. Poziom empory również obiega kościół dookoła - mamy tu nawy boczne, emporę zachodnią oraz - prezbiterium. Wszystko sklepione sklepieniami krzyżowo - żebrowymi. Ponad górnym piętrem wznosi się jeszcze wysoka, oświetlona poziomem okien ściana nawy głównej, zwieńczona monumentalnym stropem. W taki to ciekawy a skomplikowany sposób zorganizowana jest przestrzeń w kościele św. Ulryka. Nasze skojarzenia szły w stronę sali gimnastycznej.

Kościół w swej długiej historii był wielokrotnie polichromowany, resztki tych polichromii - w tym romańskich - można znaleźć w różnych punktach kościoła.

Po kościele św. Ulryka można chodzić w kółko - dosłownie i w przenośni. Jego dziwaczna, ale interesująca forma intryguje, a wystawa sztuki sakralnej naprawdę wciąga. Ale w Ratyzbonie czeka nas jeszcze wiele intrygujących zabytków romańskich, więc ruszamy w dalszą drogę, w poczuciu, że romanizm też potrafi zaskakiwać.

Galeria: 

Ratyzbona (Regensburg) - przy ulicy

Ratyzbona to miejsce niezwykłe. Idąc po prostu ulicą natykamy się co rusz na jakieś romańskie pozostałości. Tu biforium, triforium, tam portalik, tu apsydka. Tak po prostu. Tak od niechcenia. Tak przy ulicy.

Pierwszym, zwracającym uwagę zabytkiem z czasów romańskich jest most - Steinerne Brücke (czyli po prostu Kamienny Most, dodajmy na Dunaju), wybudowany w latach 1135-1146. Był on ufortyfikowany, broniły go na jego krańcach dwie wieże, z których zachowała się jedna, mieszcząca dzisiaj muzeum. Most ten stał się wzorem sztuki budowania mostów na długie lata, stanowi też pierwowzór mostu Karola w Pradze.

W okolicach mostu natykamy się na pierwszy, konfundujący zabytek romański - kościółek zamieniony na... kamienicę (a w zasadzie jego mury weszły w skład muru kamienicy, która jest znacznie większa i wyższa, niż kiedyś był kościół). To dawna kaplica św. Jerzego z XII wieku. Zbudowany z czerwonego kamienia, z fryzem arkadkowym i lizenami zdobiącymi apsydę, z uroczym, niewielkim portalikiem stanowi intrygujący przystanek przy ulicy. Wewnątrz, na parterze znajduje się sklep odzieżowy.

Kolejny kościółek, to tzw. Kreuzkapelle im Bach, czyli kaplica domowa, z której został w zasadzie tylko portal, zdradzający pokrewieństwo ze szkockim kościołem św. Jakuba. Musieliśmy sprawić ekspedientkom znajdującego się wewnątrz sklepu sporo radości, fotografując się zawzięcie przed sklepem.

Na koniec Herzogshof, czyli pałac książęcy, dzisiaj zamieniony na... hotel, z uroczymi biforium, triforium i tetraforium. Dużo dalibyśmy za noc w tym hotelu, ale chyba jednak nie tyle, ile stoi w cenniku. Pozostało nam przyglądanie się z zewnątrz. Nieopodal - potężna, obronna romańska wieża.

Ratyzbona zaskakuje, dopada swoim romańskim splendorem w najmniej oczekiwanym momencie. Po ulicach Ratyzbony chodzimy lekko skołowani, zastanawiając się, co nas czeka za następnym rogiem. Opuścimy Ratyzbonę z lekkim zawrotem głowy, chociaż nie z przesytem.

Galeria: 

Ratyzbona (Regensburg) - reklikty pierwszej katedry z IX-XII wieku

Piękna i majestatyczna katedra św. Piotra w Ratyzbonie zachwyca swoim gotyckim pięknem. Ale dla nas ważniejsze, niż gotyckie witraże, a nawet sam uśmiechnięty Archanioł Gabriel, są podziemia katedry kryjące romańskie pozostałości.

Pierwsza katedra w Ratyzbonie powstała w VIII wieku w miejscu dzisiejszego kościoła Niedermünster. Pierwsza katedra w miejscu dzisiejszej została zbudowana w czasach Karolingów i rozbudowana w XII wieku osiągając imponujące rozmiary - była to olbrzymia (większa niż ta obecna, gotycka) bazylika z transeptem i atrium. Ale niestety nie miała szczęścia - w XII wieku spłonęła dwa razy. Wtedy podjęto decyzję o jej rozbiórce i wybudowaniu nowej, gotyckiej.

To, co dzisiaj możemy oglądać w podziemiach katedry to pozostałości krypty jej poprzedniczki - bazy kolumn i same, zachowane kolumny, o kapitelach zdobionych w formę krzyża przypominającego obłą, plecioną swastykę (który skojarzył się nam od razu ze swastyką z Kruszwicy).

Może to i niewiele, jak na pozostałości majestatycznej, karolińskiej katedry, która kiedyś musiała olśniewać swoim ogromem. Ale dla nas każdy romański kamień jest ważny!

Galeria: 

Rumunia

Zapraszamy do Rumunii, gdzie czekają nas romańskie skarby - transylwańskie warowne kościoły kryjące tajemnice zakonów rycerskich, od wieków wykorzystywane przez miejscowych do obrony przed najeźdźcami. Rumunia to niezwykły kraj cudownych, bezpośrednich ludzi, malowanych monastyrów, najlepszego bimbru na świecie, mamałygi, która o dziwo okazała się bardzo smaczna i romańskich cudeniek zagubionych wśród pól i wzgórz, gdzie dojechać można nierzadko tylko drogą gruntową lub dojść na piechotę. Zapraszamy na romańską wyprawę w nieznane!

Acas (węg. Akos) - pobenedyktyński kościół z przełomu XII/XIII w.

To była już ostatnia prosta przed przejściem granicznym w Satu Mare, kiedy z piskiem hamulców zatrzymaliśmy się miejscowości Acas. Naszą uwagę przykuł wielki, monumentalny ceglany kościół romański, stojący jakby nigdy nic, w środku nigdzie, gdzieś po drodze z Kluż-Napoca do Satu Mare (dodajmy - E81). Długo chodziliśmy, przecierając oczy, zaglądając przez zamknięte na głucho ogrodzenie zastanawiając się - nie dowierzając - czy rzeczywiście mamy do czynienia z romanizmem, czy z jakimś poślednim "neo". Kartkowany nerwowo przewodnik milczał. Lokalnego opiekuna tego kościoła też się nam nie udało znaleźć - była pora poobiedniej sjesty. Zrobiliśmy swoje wyciągając szyje i ręce z aparatem ponad ogrodzenie i - pojechaliśmy dalej, świętować pierwszą rocznicę ślubu w malowniczym Tokaju, przy kieliszku jakiegoś dobrego wina.

Z naszych późniejszych internetowych poszukiwań dowiedzieliśmy się, że budowla jest rzeczywiście romańska (cóż, nasz instynkt nas nie zmylił), wniesiona na przełomie XII i XIII wieku przez benedyktynów. To tyle, resztę musieliśmy dopowiedzieć sobie sami.

Kościół w Acas to monumentalna bazylika bez transeptu, zamknięta od wschodu apsydą, od zachodu - dwuwieżową fasadą. Ściany naw, apsydy oraz wież zdobi fryz arkadkowy. Wieże mają dwa poziomy (oddzielone fragmentami fryzu arkadkowego) biforiów o klasycznych, kostkowych kapitelach. Wieże wieńczą ceglane hełmy z uroczymi mansardkami po każdej stronie. Okna poniżej biforiów to wąziutkie szparki, pozostałe okna nawy głównej i bocznej (ściana północna) są klasycznie rozglifione. Do kościoła prowadzą trzy portale - jeden od strony zachodniej, przez niewielką kruchtę o spadzistym dachu, jeden od strony północnej, bardzo prosty, o gładkim tympanonie, a drugi, analogiczny - od południowej. Z tych trzech portali bardziej autentycznie wyglądają północny i południowy. Od strony północnej kościół ma okna tylko w nawie głównej, ściana nawy bocznej jest gładka, przedłużona na apsydę (czyżby tutaj przylegały pomieszczenia klasztorne?). Niestety nie udało się nam zrobić zdjęć strony północnej, ani wejść do wnętrza (to by było dopiero ciekawe!).

Trudno polecać Acas amatorom rumuńskich zabytków romańskich ze względu na jego niedostępność. A może to my mieliśmy pecha? Zapraszamy zatem romańskich podróżników do Acas - i do podzielenia się wrażeniami i zdjęciami wnętrza. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

Galeria: 

Alba Julia (niem. Wiessenburg lub Karlsburg, węg. Gyulafehervar, staropol. Białogród Julijski) - katedra św. Michała z XIII wieku

Do Alba Julia trudno nie trafić - to jedno z większych i starszych miast Transylwanii. Historia tego miasta sięga czasów rzymskich, kiedy to za czasów cesarza Trajana założono tu osadę Apulum, która wkrótce zostanie stolicą prowincji. W XI wieku usytuowano tu biskupstwo misyjne, Alba Julia była też stolicą Księstwa Siedmiogrodu. Dziś do Białogrodu Julijskiego, bo tak brzmi staropolska nazwa stolicy Siedmiogrodu, dojechać można drogą E81 z Klużu i Satu Mare.

Katedrę św. Michała, jeden z najpiękniejszych zabytków romańskich Rumunii, odnajdujemy na terenie barokowej twierdzy Alba Carolina, jednej z niewielu zachowanych w tak dobrym stanie cytadeli europejskich. Na miejscu dzisiejszej katedry w X wieku stała mała rotunda, której fundamenty możemy dziś oglądać w nawie południowej, następny etap do bazylika z XI wieku zbudowana przez króla Władysława I Świętego, zniszczona przez najazd tatarski. Na jej miejscu w XIII wieku rozpoczęto budowę obecnej katedry. W pracach budowlanych w pewnym momencie nastąpiła przerwa, niedokończony kościół podupadł. Budowę zakończył architekt Jan Saint-Die, już w stylu gotyckim. Do tego etapu budowy należy już wielobocznie zamknięte prezbiterium i dość oryginalnie rozwiązana fasada zachodnia.

Katedra św. Michała to klasycznie romańska trójnawowa bazylika z transeptem. Ramiona transeptu od wschodu zakończone są apsydami, apsydą miało również być zakończone prezbiterium. W projekcie przewidziane były dwie wieże zachodnie, jednak dziś stoi jedna (i do tego zapakowana w plastik, w renowacji). Wewnątrz kościół zachował się w prawie idealnym stanie, doceniamy fakt, że nie ma tutaj wszędobylskiego, dominującego u nas baroku. Potężne sklepienia krzyżowe opierają się na masywnych, wiązkowych filarach i wysokiej ścianie nawy. Kapitele filarów i kolumienek zdobione są motywami liściastymi i guzełkami przywodzącymi na myśl kościół w Spisskiej Kapitule. Arkady międzynawowe mają już ostrołukowy wykrój. Najbardziej misterne zdobienia wewnątrz znajdujemy w apsydach transeptu. Północną apsydę obiega misterna galeryjka kolumienek spiętych łukami trójlistnymi. Kapitele kolumienek zdobią guzełki. Wnęki wypełnione były freskami, których fragmenty zachowały się do dzisiaj. Powyżej galeryjki - trzy rozglifione okienka. Południowa apsyda też zdobiona była freskami. Tutaj z kolei nad oknami (również trzy rozglifione okienka), oddzielając konchę sklepienia od ściany, znajduje się fryz arkadkowy, a nad nim - fryz ząbkowy. W szczytowych ścianach transeptu znajdują się rozety i dwa poziomy rozglifionych okienek. Takiego majestatycznego i misternego wnętrza romańskiego jeszcze nie widzieliśmy, a fakt, że jest ono tak świetnie zachowane budzi w nas euforię, podziw i lekkie uczucie zazdrości - takich wnętrz niestety nie ma w Polsce.

Na zewnątrz katedra św. Michała to zaskakujący festiwal kamieniarki. W najmniej oczekiwanych miejscach odnajdujemy tu wklejone jakby z innej bajki rzeźby, poukrywane w załomach apsydy zwielokrotnione fryzy-fraktale. Ale może po kolei. Północna ściana szczytowa transeptu ozdobiona jest czterema rzeźbami - od lewej św. Szymon Gorliwy (z piłą), św. Piotr (z kluczem) i pasyjka - umęczony Chrystus. Ponad Chrystusem - potwór : gryf? lew? Ta figura doskonale pasuje do ściany północnej, która w symbolice średniowiecznej oznaczała stronę zła i często obfitowała w figury zwierząt i potworów. Północna apsyda też ma swój "potworny" akcent - znajdujemy tu figury walczących smoków oraz dziwną figurę satyra lub "dzikiego człowieka" z brodą, który trzyma w rękach własną głowę. Apsyda zdobiona jest lizenami, pod okapem fryz arkadkowy o misternym wykroju arkadek oraz poniżej - niezwykle misterny i skomplikowany fryz o ornamencie roślinnym. Kolumienki wyznaczające lizeny mają głowice zdobione guzełkami. Południowa apsyda jest jeszcze bardziej bogato zdobiona. Tuż pod okapem apsydy mamy fryz ząbkowy, dalej - zwielokrotniony fryz arkadkowy, poniżej jeszcze jeden fryz ząbkowy. Kolumienki wyznaczające lizeny są jeszcze bardziej skomplikowane. Tu też znajdujemy ciekawe i tajemnicze rzeźby. Jest to mianowicie lew spoczywający na krowie w sposób budzący nieco konfuzji. Może jest to wizualizacja biblijnego proroctwa "lew z jagnięciem razem leżeć będą"? Jesteśmy wszelako po stronie południowej, czyli przeciwnej do złowrogiej strony północnej. Rzeźby mogą sobie tu pozwolić na nieco luzu.

Na ścianie południowej znajdujemy trójkolumnowy, uskokowy portal o gładkim tympanonie. Kolumny i wałki archiwolty są bogato zdobione ornamentami geometrycznymi i roślinnymi. Drugi portal znajduje się w ścianie również południowej nawy. Tutaj zachował się tympanon przedstawiający Trójcę Św. Tutaj również mamy trzy pary bogato zdobionych kolumienek spiętych trzema wałkami archiwolty. Kolumienki obu portali mają guzełkowo-liściaste kapitele. Cały kościół obiega fryz arkadkowy a ponad nim ząbkowy, na niedokończonej wieży na różnych poziomach znajdujemy fryz arkadowy o ostrołukowych arkadkach. Nieukończona, dwuwieżowa fasada zakładała biforia, dziś możemy obserwować pierwszy poziom biforiów, z kolumienką o guzełkowatym kapitelu.

Katedra pod wezwaniem św. Michała to miejsce niezwykle ważne dla historii Rumunii, Węgier, Polski. Tu spoczywają Izabella Jagiellonka i Jan Zygmunt Zapolya oraz członkowie rodziny Hunyady (w tym Jana Hunyady). Szczególnie dobrze chłonie się tę historię, kiedy wczesnym rankiem, gdy jeszcze nie ma turystów, zwiedza się ten niesamowity kościół przy akompaniamencie śpiewu towarzyszącego nabożeństwu odprawianemu w sąsiednim, prawosławnym Soborze Koronacyjnym.

Galeria: 

Avrig (niem. Felck, węg. Felek) - kościół z XIII w.

Niedaleko Sibiu, nad rzeką Olt leży miasteczko Avrig. Łatwo tu trafić, gdyż leży przy głównej drodze z Sibiu do Braszowa (E68). Warto się tu zatrzymać w drodze z jednej transylwańskiej metropolii do drugiej, chociażby po to, aby popodziwiać panoramę gór Fogaraskich, najwyższego pasma Karpatów Południowych. Zresztą Fogarasz towarzyszy nam przez całą drogę z Braszowa do Sibiu umilając drogę spędzoną głównie w korkach spowodowanych remontami trasy.

Do Avrig docieramy o zachodzie słońca. Sympatyczna żona pastora wpuszcza nas jeszcze do ogrodu i kościoła, gdzie w towarzystwie dzieci podziwiamy to, co zostało z romańskich czasów. Kościół w Avrig zbudowali w XIII wieku saksońscy koloniści. W XVII wieku otoczono go murem, tworząc z niego namiastkę transylwańskich kościołów obronnych. Dzisiaj najciekawszy w kościele w Avrig jest portal - zdobią go dwie pary kolumienek spięte dwoma wałkami archiwolty. Gładki tympanon wypełnia późniejsza inskrypcja w języku niemieckim, zewnętrzny łuk archiwolty znaczą ślady dawnej dekoracji malarskiej. Kolumienki mają bogato zdobione motywami roślinnymi kapitele. Nad kolumienkami znajdują się też rzeźby - te po prawej stronie portalu to postacie: świętych, fundatorów (?), te po lewej są już zupełnie nierozpoznawalne (chociaż można się domyślić, że to również były... postacie).

We wnętrzu nie znajdujemy wiele romańskich pozostałości. Kruchta wieżowa zachowała krzyżowe sklepienie, prezbiterium nie, chociaż ukryte w rogach pozostałości łuków pozwalają się domyślić, że tu również znajdowało się sklepienie krzyżowe. W prezbiterium zachowała się mała piscina, po bokach nawy zaś - charakterystyczne dla transylwańskich kościołów wnęki. Na stronie internetowej regionu Avrig czytamy, że pierwotnie była to bazylika. Trochę nie chce nam się w to wierzyć.

Żegnamy się z rodziną pastora i wracamy na trasę, szukać noclegu w okolicach przeżywającego turystyczny boom Sibiu. Znajdujemy pachnący smołowanym drewnem pensjonat zagubiony u podnóży majestatycznych gór Fogarasz. Jest ciepły, letni wieczór, jest weranda i butelka wina przywieziona jeszcze z Eger. Żyć, nie umierać...

Galeria: 

Cisnadie (niem. Heltau, węg. Nagydisnód) - kościół pod wezwaniem św. Walpurgii

Okolice Sibiu to zagłębie romańskich zabytków. Obok niepozornego kościółka w Avrig i niesamowitej, najstarszej świątyni Transylwanii w Cisnadioarze, znajdujemy tu również obronny kościół pod wezwaniem św. Walpurgii w Cisnadie. Do miasteczka Cisnadie (niem. Heltau) trafić można zjeżdżając z głównej drogi E82 zaraz za Sibiu w prawo, zanim jeszcze droga rozgałęzi się w drogi E68 (do Braszowa) i E81 (do Rimnicu Vilcea).

Przy wejściu do kościoła wita nas grupka przedsiębiorczych nastolatków pełniących funkcję obsługi turystycznej. Wszyscy są bardzo mili i bardzo starają się wypaść profesjonalnie. Sprzedają bilety, pocztówki, a około szesnastoletni Sergiu zostaje naszym przewodnikiem. Całkiem niezłym angielskim opowiada powikłane losy kościoła i prowadzi do najciekawszych miejsc. Kościół pod wezwaniem św. Walpurgii (jakie to transylwańskie!) zbudowali sascy koloniści na przełomie XII i XIII wieku. Pierwotnie była to trójnawowa bazylika o prezbiterium zamkniętym apsydą, z apsydami bocznymi zamykającymi nawy boczne. Patrząc na bryłę kościoła doskonale można prześledzić drogę podnoszenia prezbiterium (w celach obronnych dobudowano tu 4 piętra - ten sam los spotkał pozorny transept). Kościół w XV wieku został silnie inkastelowany, stąd masywne "wieże" pozornego transeptu. Kościół otoczono murem obronnym, obudowano "budowlami towarzyszącymi" (szkoła, kaplica, plebania na czas oblężenia) tworząc z niego małą fortecę na użytek miejscowej ludności.

Nad kruchtą zachodnią kościoła wznosi się masywna wieża z jednym poziomem (ale za to podwójnych) biforiów o prostych, kostkowych kapitelach. Poniżej biforiów znajdujemy jedynie wąskie, strzelnicze okienka. Do kościoła od strony zachodniej prowadzi prosty portal. Pojedynczą parę kolumienek (a raczej dość masywnych kolumn) spina jeden wałek archiwolty. Tympanon się nie zachował. Kapitele kolumn zdobią charakterystyczne, zwinięte w "S" woluty i plecionka- podobne znajdziemy w Cisnadioarze i - o dziwo, w pozostałościach krakowskiego kościoła św. Gereona. W prezbiterium zachował się obszerny i dobrze zachowany fragment fresku.

Obchodząc kościół dookoła znajdujemy tu i ówdzie wyglądające spod gotyckich przeróbek romańskie pozostałości - kilka zamurowanych rozglifionych okienek, ślady podniesienia apsydy wschodniej, dobrze zachowaną apsydę południową i ślady przerobionej na zakrystię apsydy północnej. W środku kościół zachował pierwotny bazylikowy układ. Nawy boczne kryte są sklepieniem krzyżowym, podobnie jak kruchta i prezbiterium. Podniesiona apsyda sklepiona jest gotyckim sklepieniem żebrowym (przebito tu również okna na duże, gotyckie). Nawa sklepiona jest szeroko rozpiętym sklepieniem krzyżowo-żebrowym.

Apsyda południowa została w czasach późniejszych zamurowana, stworzono z niej skarbczyk. Wejście do niej sprytnie ukryto za barokową boazerią, prowadzi nas do środka Sergiu. Tam możemy podziwiać oryginalnie zachowane sklepienie apsydy. W kruchcie znaleźć za to można leżące odłogiem tajemniczy kamień pochodzący z czasów imigracji saskiej (a więc z XII wieku), z przedstawieniami ludzkiej twarzy i postaci, oraz pozostałości XIII wiecznego krzyża.

Abstrahując od romańskiego niewątpliwie charakteru tego miejsca, obronny kościółek pod wezwaniem św. Walpurgii w Cisnadie to niezwykle miłe miejsce - zadbane, zagospodarowane, dające przy tym niezłe wyobrażenie o tym, jak wyglądały saskie kościoły obronne Transylwanii. W drodze z lub do Sibiu warto zatrzymać się tutaj przynajmniej na chwilę. Po prawej stronie od lewego okienka - krzyżyk konsekracyjny.

Galeria: 

Cisnadioara (niem. Michelsberg, węg. Kisdisnód) - kościół pod wezwaniem św. Michała z XIII wieku

Do Cisnadioary trafiamy z Cisnadie. Tutaj, na całkiem wysokim wzgórzu, które już z samego naturalnego ukształtowania terenu nadało temu miejscu walory obronne, stoi kościół pod wezwaniem św. Michała - najstarszy kościół Transywlanii.

Klucze dostać można w domu 202 przy głównym placu, u pani mówiącej pięknym siedmiogrodzkim niemieckim - to potomkini saskich kolonizatorów. W towarzystwie innych niemieckich turystów wspinamy się na wzgórze, otwieramy zardzewiałym kluczem bramę w murze obronnym, budzimy śpiących w okolicach północnej apsydy przy wygasłym ognisku niemieckich harcerzy (odkrywamy w Transylwanii głębokie i nieuświadomione pokłady naszego niemieckiego, zaniedbanego od czasów studenckich) i rozpoczynamy romańską ucztę.

Kościółek w Cisnadioarze to całkowicie i w niezmienionym kształcie zachowana budowla o najbardziej klasycznym romańskim układzie. Dosyć krótka i niewysoka bazylika bez transeptu, o prezbiterium i nawach bocznych zamkniętych apsydami. Brakuje tylko zachodnich wież, które runęły, zostały rozebrane lub w ogóle ich nie wybudowano. Wszystkie okna zachowały rozglifienia, żadne nie zostało przebite lub zamurowane. Kościół zbudowany jest z nieregularnego, łamanego kamienia, co jeszcze dodaje mu uroku, daje wrażenie archaiczności. Całość sprawia wrażenie, jakby czas zatrzymał się tu w XIII wieku.

Do środka prowadzą dwa portale - obecnie używany, północny bez dekoracji oraz zachodni, który - dla odmiany - dekorowany jest bardzo bogato. Rozłożysty portal poszerzony jest jeszcze o dwie pary ślepych arkadek opartych na filigranowych kolumienkach zwieńczonych kostkowymi kapitelikami z misterną plecionką. Główny uskokowy portal zdobi cztery pary kolumienek spiętych wałkami archiwolt z gładkim tympanonem. Kapitele kolumienek zdobią znane z Cisnadie i przywodzące na myśl krakowski kapitel z kościoła św. Gereona plecione woluty ukształtowane w literę "S". Dwie z czterech głowic kolumienek zdobią u dołu liście akantu, dwie - półkola, przy czym zdobione w ten sposób kapitele układają się naprzemiennie. U góry, w załomie woluty widzimy tajemnicze twarze, przypominające te z portalu w Sandomierzu. Archiwolta wciąż nosi ślady dekoracji malarskiej. Ten portal, misterny i zaskakujący, bo odbiegający od romańskich standardów (przez pary ślepych arkadek) jakie znamy, stanowi najbardziej wyrazisty, kontrastujący z resztą, element tego kościoła. Poza portalem, kościoła tego nie zdobi żadna dekoracja rzeźbiarska.

Wnętrze kościoła jest zupełnie puste. Niestety również zaniedbane. W dachu widać prześwity, przez które zapewne w czasie deszczu nieźle się leje. Nieprzeszklone okna pozasłaniane są czarnymi i czerwonymi szmatami sprawiając wrażenie, jakby odbywała się tu jakaś czarna msza, albo przynajmniej koncert zespołu Gorgoroth. Uspokaja nas brak zaschniętej krwi na posadzce. Kościół powinien być kryty stropem, którego brakuje - zadzierając głowę do góry, zobaczymy tylko dach. W przęsłach nawy bocznej wypadających pod nieistniejącymi wieżami i w prezbiterium mamy zaś sklepienie krzyżowe - to wzmocnienie konstrukcji wskazuje, że wieże były przynajmniej planowane. Wnętrze jest tynkowane, przybrudzony i zszarzały tynk miejscami odchodzi płatami. Nawy boczne od nawy głównej oddzielają przysadziste arkady oparte na dwóch prostych filarach. Ponad nimi wznosi się gładka ściana z rozglifionymi okienkami. Nawy boczne wieńczą apsydy - w apsydzie północnej znajdujemy uroczy oculus, w południowej - niewielkie okienko.

Obszerne prezbiterium również zamknięte jest apsydą z trzema rozglifionymi oknami. Na łuku tęczowym, ponad prostą, drewnianą belką tęczową zachowały się ślady bogatej dekoracji malarskiej o żywych kolorach. Dziś na środku prezbiterium stoi prosty ołtarz, a ściany dookoła wyłożone są płytkami z nazwiskami niemieckich żołnierzy poległych w I wojnie światowej tworząc swego rodzaju miejsce pamięci.

Wnętrze - w swej surowości, a nawet opuszczeniu sprawia niesamowite wrażenie, przyprawiając o lekki dreszczyk przechodzący po kręgosłupie. Brakuje tylko gnieżdżących się w wieży nietoperzy i garbatego Igora pobrzękującego kluczami. Aż zaczyna się zazdrościć niemieckim harcerzom, którzy tymczasem wygrzebawszy się ze śpiworów niemrawo krzątają się koło pobojowiska po wieczornej popijawie, że spędzili noc w tym niesamowitym miejscu.

Galeria: 

Densus - cerkiew pw. św. Mikołaja, zbudowana z pozostałości rzymskiego miasta, XIII wiek

Jeśli uważasz, że wiesz już wszystko (a przynajmniej wiele) o architekturze romańskiej i nic Cię już nie zaskoczy - pojedź do Densus.

Droga do Densus była naprawdę upiorna - najpierw niewyobrażalny korek na drodze E68 (Timisoara-Alba Julia), potem ruiny opuszczonego kombinatu stojącego w szczerym polu niczym Nowa Huta po katastrofie nuklearnej, a na koniec stado szarżujących gęsi. Denus leży około 13 kilometrów na zachód od Hateg, przewodnik Bezdroży podpowiada - należy kierować się drogą na Carneberes (droga nr 68, nie mylić z E68) i w miejscowości Totesti skręcić w prawo. Densus co prawda nie ma na mapie (jak zresztą wielu miejscowości, dróg i innych obiektów w Rumunii), ale drogowskazy "Biserica Densus" doskonale prowadzą nas na miejsce. A miejsce - jest niezwykłe.

Ci, którzy znają twórczość Terry'ego Pratchetta doskonale wiedzą, kim jest Igor. Igor to stworzenie żyjące w zamieszkałej przez wampiry krainie Uberwald, zajmujące się usługiwaniem szalonym naukowcom i śmiertelnie bladym hrabinom o niezdrowych skłonnościach oraz eksperymentowaniem z biotechnologią. Igor zatem składa się w większości z części zamiennych, poskładanych ze starych znajomych, rodziny, a czasem przypadkowych ofiar szalonych naukowców i hrabin, mistrzowsko, ale niekoniecznie estetycznie poskładanych w całość. Nie powinno dziwić u Igora sześć palców, czy szew idący prosto przez czoło. Czy spotkaliśmy w Transylwanii Igora? Tak. W Densus.

Świątynia w Densus - czyli nasz Igor - to trzynastowieczna cerkiew zbudowana na wzór romańskiego kościółka z pozostałości rzymskiego miasta Ulpia Traiana (Sarmizegeutusa). Ta niesamowicie wyglądająca budowla ma w sobie rzymskie rury kanalizacyjne (dzisiaj - okrągłe otwory okienne), ołtarze (dziś postawione jeden na drugim tworzą filary), płyty (tworzące sklepienie kopuły), lwy (wmurowane po bokach apsydy) i kolumny (dziś stojące przy ścianie północnej). Spod fresków wyglądają łacińskie inskrypcje, obok Boga Ojca i cherubinów mamy tu wilczycę kapitolińską. Przeszczep się udał, pacjent żyje, wygląda tylko nieco groteskowo. I fascynująco.

Do środka wpuszcza nas starszy pan sprzedający pocztówki. Chętnie kupilibyśmy coś, ale nie mamy drobnych. Dostajemy folderek za darmo. Dziadek kręci głową pokazując na aparat - nie można robić zdjęć. Potem zmienia zdanie widząc naszą bezgraniczną fascynację. Puszcza oko, gestem zachęca do zrobienia zdjęć. Tylko żebyśmy koniecznie sfotografowali ikonę świętego Mikołaja. Robi się ujmująco rozmowny, nie przejmując się, że nie rozumiemy ani słowa.

[img_assist|nid=289|title=|desc=Rzut kościoła w Densus|link=none|align=right|width=300|height=188]Wnętrze maleńkiej cerkwi w Densus stoi na czterech filarach zbudowanych z postawionych jeden na drugim rzymskich ołtarzy. Częściowo zatynkowane i ozdobione freskami służą za romańskie filary. Spod tynku widać jednak fragmenty rzymskich inskrypcji zdradzając ich pochodzenie. Na tych filarach opiera się prymitywna kopuła, nad nią zaś znajduje się wieża zdobiona tym, co miejscowi budowniczowie znaleźli w ruinach Sarmizegeutusy. Prezbiterium to niewielka apsyda oddzielona dzisiaj od maleńkiej nawy prostym ikonostasem wykonanym z desek, ozdobionym obrazami i plastikowymi kwiatami. Wewnątrz - ołtarz okryty ceratą i niesamowite freski. Ściany wnętrza pokrywają urzekające wizerunki, z których część ma wydrapane oczy. To ślady agresji symbolicznej o podłożu ikonoklastycznym, pozostałość po najeździe tatarskim. Okienka są rozglifione, na wieży imitacja biforium (z braku elementów zakończonych półkoliście, mamy po prostu dwudzielne okno). Całość obiega ułożony misternie z cegieł fryz.

Do środka prowadzi proste wejście (portal to chyba za dużo powiedziane...), nad nim prostokątna wnęka z fragmentami fresku. Dookoła ruiny czegoś w rodzaju narteksu i zakrystii. Obok niewielki cmentarz, wśród grobów poniewiera się jeszcze sporo rzymskich pozostałości (cmentarz historii i mało wyszukana metafora czy rezerwuar części zamiennych dla naszego Igora?).

Wizyta w Densus pozostawia romańskiego podróżnika w poczuciu fascynacji i zarazem konfuzji. Okazuje się, że nasze wyobrażenie sztuki romańskiej należy zrewidować, a przynajmniej utworzyć wewnątrz niego kategorię "dziwne". Małe romańskie Archiwum X, właśnie na potrzeby zabytków takich, jak Densus.

Densus to zatem lektura obowiązkowa. Być w Transylwanii i nie spotkać ani jednego Igora to niedopatrzenie!

Galeria: 

Harman (niem. Honigberg, węg. Szaszhermany) - kościół obronny pw. św. Mikołaja z XIII w.

Około 12 kilometrów od Braszowa w stronę Bacau (droga numer 11) leży miasteczko Harman. Trafić tu nietrudno, kościółek widoczny jest z trasy. To kolejny zabytek Transylwanii wiązany z cysterskim opactwem Carta. Jak niedaleki Prejmer, wykazuje więc specyfikę cysterskiej przejściówki od romanizmu do gotyku.

Kościół pod wezwaniem św. Mikołaja jest kościołem warownym, otoczonym murami już w XIII wieku. Po wewnętrznej stronie muru zachowało się kilka cel refugialnych służących za schronienie dla miejscowej ludności. Obok właściwego muru obronnego dostępu do kościoła broni zewnętrzny mur i fosa. Do środka prowadził rozebrany już most zwodzony.

Kościół powstał w XIII wieku (1240 r.) jako bazylika z prezbiterium zamkniętym apsydą. Do prezbiterium przylegały od północy i południa kaplice sklepione beczkowo. Do dziś zachowała się jedna, południowa, północna została zamieniona na zakrystię. W późniejszych czasach kościół kilka razy przebudowywano (podniesiono sklepienie, przebito okna). Nawę główną od naw bocznych oddzielają masywne arkady z równie masywnymi półkolumnami zwieńczonymi głowicami o ornamencie roślinnym. Sklepienia w nawach bocznych zachowały oryginalne, ostrołukowe, szeroko rozstawione sklepienie krzyżowe, można tu znaleźć również romańskie zworniki. Prezbiterium oddziela od nawy potężny łuk tęczowy o półkolistym wykroju, oparty na półkolumnach-filarach o misternych kapitelach. Prezbiterium sklepione jest krzyżowo, zamknięte apsydą. Dzisiejsze okna apsydy są przebite, na zewnątrz widać ładnie wyeksponowane zamurowane rozglifione okienka. Wiele takich śladów rozglifionych okienek, poukrywanych w różnych miejscach, można znaleźć wewnątrz i na zewnątrz kościoła. W południowej kaplicy sklepionej beczkowo zachowały się dwa piękne biforia.

Na temat wieży znaleźliśmy sprzeczne informacje. Tablica przed kościołem informuje, że wieża pochodzi z XIII wieku, przewodnik "Bezdroży" podaje XIV wiek. Portal zachodni jest już mocno ostrołukowy, kilkouskokowy, ale o bardzo prostym kształcie i tympanonie wypełnionym freskiem przedstawiającym anioła. Wygląda już na gotycki, co potwierdzałoby tezę z przewodnika.

Jak większość kościołów obronnych Transylwanii, kościółek w Harman jest zadbany i zagospodarowany turystycznie. Warto wstąpić tu będąc w Braszowie, a w okolicy jest przecież również Prejmer - jeden z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych kościołów obronnych Transylwanii.

Galeria: 

Herina (węg. Harina, niem. Mönchsdorf) - kościół z XIII wieku

Herina to bardzo niewielka miejscowość na północy Transylwanii. To całkiem niedaleko drogi na Bystrzycę, 5 km od miejscowości Sărăţel. W samej miejscowości Herina należy przygotować się na mały offroad - podjazd na wzgórze, na którym stoi kościół nie należy do najłatwiejszych. Ale dla podróżujących po Rumunii miłośników romańszczyzny Herina to przystanek obowiązkowy.

O kościółku Herinie mówi się, że to najpiękniejszy zabytek romański Transylwanii (nie licząc może Alba Julia). I niewątpliwie coś w tym jest. Kościół w Herinie zachował się w doskonałym stanie, w praktycznie niezmienionym, romańskim kształcie. Kościół stoi samotnie na wzgórzu, skąd roztacza się piękny widok na sielską i spokojną okolicę. Pobielone ściany kościoła aż lśnią w popołudniowym słońcu (mieliśmy tego dnia niezwykłe szczęście do pogody).

Kościół w Herinie to całkiem sporych rozmiarów (jak na Rumunię) bazylika emporowa, z potężnym masywem zachodnim (mogącym uchodzić wręcz za rodzaj westwerku), zamknięta apsydą. Do środka prowadzą dwa uskokowe portale - zachodni i południowy. Oba są dosyć proste i podobne, z gładkim tympanonem i prostymi formami kapiteli i archiwolty. Zachodnia fasada jest bogato zdobiona lizenami oraz fryzami - arkadkowymi, ząbkowymi. Fryz geometryczny wieńczy też ściany nawy głównej. Lizeny z fryzem arkadkowym zdobią zaś apsydę. Wieże kościoła są asymetryczne - północna wieża jest nieco niższa. Wieże zdobią biforia i triforia (przy czym wieża południowa ma dwa poziomy triforiów). Kapitele kolumienek biforiów i triforiów to najklasyczniejsze, filigranowe kapitele kostkowe. Zachowały się wszystkie rozglifione okienka.

Co do wnętrza, to możemy polegać jedynie na przewodniku Bezdroży (świetny przewodnik, który towarzyszy nam już w kolejnej wyprawie po Rumunii bezbłędnie prowadząc do tego, co najciekawsze, nawet jeżeli mieści się w zabitej deskami wiosce na końcu świata). Próbowaliśmy odnaleźć posiadacza klucza do kościoła, ale nam się nie udało. W wiosce nie spotkaliśmy żywej duszy, poza dziewczynką, która nie bardzo wiedziała, o co nam chodzi. Bariery językowej nie przełamały nawet niezwykle ułatwiające komunikację z dziećmi cukierki. Kościół w Herinie to czteroprzęsłowa bazylika emporowa, z emporą zachodnią mieszczącą się w quasi-westwerku. Ponad masywnymi arkadami międzynawowymi znajduje się empora o przysadzistym, płaskim łuku arkady. Całość kryta jest stropem. Prezbiterium jest podniesione, pod nim znajduje się krypta. Pobielone wnętrze jest surowe i pozbawione dekoracji. Jaka szkoda, że nie udało nam się go zobaczyć!

Obeszliśmy kościółek w Herinie kilka razy, podumaliśmy trochę siedząc pod drzewem, z widokiem na romańskie cacuszko zagubione wśród pól Transylwanii. Mimo smutnego faktu, że nie udało nam się zobaczyć wnętrza kościoła, to i tak bardzo warto było tu przyjechać. Polecamy wszystkim!

Galeria: 

Prejmer (niem. Tartlau, węg. Prazsmar) - kościół obronny z XIII w.

Niedaleko Braszowa w stronę Buzau (droga numer 10) trafiamy do wioski Prejmer, gdzie znajdujemy jeden z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych kościołów obronnych Transylwanii - pokrzyżacki i jednocześnie pocysterski kościół pod wezwaniem Świętego Krzyża.

Historia tego miejsca jest bardzo ciekawa - budowę kościoła rozpoczęli w 1218 roku Krzyżacy, planując tę świątynię na planie krzyża greckiego, z wielokątnie zamkniętymi ramionami. Nad skrzyżowaniem naw wznosi się masywna sześcioboczna wieża. Po wypędzeniu z Siedmiogrodu przez króla Andrzeja II niemieckich rycerzy (którzy, jak wiadomo, przenieśli się stąd na Prusy Wschodnie), kościół przejęli cystersi z Carta. Wtedy rozbudowano kościół w typowym dla cystersów stylu przejściowym (późnoromańskim-wczesnogotyckim). Sześciodzielne sklepienia krzyżowe, okrągłe okienka z maswerkami i kaplice po bokach transeptu to właśnie ich dzieło.

Kościół w Prejmer to jedna z najsilniejszych i niezdobytych nigdy transylwańskich warowni . Po licznych przebudowaniach twierdza składa się dziś z murów obronnych o grubości 4,5 metra i wysokości 12-14 metrów. Po zewnętrznej ścianie murów znajdowały się cele dla miejscowej ludności, w których chroniono się podczas oblężenia - jest ich sumie 270 na czterech poziomach. Wewnątrz warownia przypomina zatem całkiem spory motel. Na osi wejścia dobudowano dodatkowe dwa dziedzińce, w których mieściły się m.in. szkoła, piekarnia i inne instytucje wiejskiego samorządu.

Kościół mimo gotyckich przebudowań zachował pierwotny kształt i masywne, surowe piękno. Rozbudowana została nawa główna, która dziś różni się od transeptu i prezbiterium. W transepcie i prezbiterium zachowały się masywne filary, na których opierają się żebrowe sklepienia. Żebra sklepień i kamieniarka filarów są dzisiaj dosyć zniszczone, co jednak tylko dodaje im uroku. W wielu miejscach wewnątrz i na zewnątrz natrafiamy na rozglifione okienka, część z nich została zamurowana, część przedłużona w czasie gotyckiej rozbudowy. Kolejną część okien przebito wstawiając duże, podłużna gotyckie ona z maswerkiem. Obficie zachowały się cysterskie czteroliście.

Zabudowania kościoła w Prejmer doskonale pokazują jak wyglądały i jak funkcjonowały transylwańskie kościoły obronne, które były swego rodzaju przedsiębiorstwem, a w zasadzie spółdzielnią miejscowych chłopów założoną w celu wspólnej obrony - z braku obrony ze strony jakiejś wyższej instancji w rodzaju miejscowego suwerena. A że przez wieki ziemie te przemierzały wzdłuż i wszerz różnego rodzaju wojska, czasem równie krwiożercze, co mityczne transylwańskie wampiry, to inwestowano w te twierdze, tworząc z nich niezdobyte fortece. Prejmer jest więc miejscem, gdzie w przyjemnych, spacerowych warunkach można się wiele nauczyć nie tylko o trudnej politycznej historii tych ziem, lecz i o pasjonującej historii ludzkiej przemyślności i inwencji.

Oprócz tego to miejsce niezwykle urokliwe - zatem gorąco polecamy!

Galeria: 

Rădăuţi (pol. Radowce) - cerkiew św. Mikołaja z XIV wieku

Położone na Bukowienie Radowce to całkiem spore jak na miejscowe warunki miasteczko (zatem łatwo tu trafić), z korzeniami sięgającymi XIII wieku. Miasteczko w czasach kształtowania państwa mołdawskiego przez chwilę było stolicą państwa Bogdana I, który to ufundował interesującą nas cerkiew św. Mikołaja i w niej spoczywa. Najstarszy, murowany zabytek Mołdawii...

Można by zapytać - dlaczego bizantyjska cerkiew (i to z XIV wieku) interesuje miłośników romanizmu, takich jak my? Otóż cerkiew św. Mikołaja to ciekawy przypadek pożenienia architektury Wschodu i Zachodu. Do zbudowania cerkwi zastosowano tutaj romański układ bazylikowy, chociaż zmodyfikowany na potrzeby cerkiewnego podziału przestrzeni wewnątrz kościoła. Dało to niecodzienny, niepodobny do niczego efekt...

Cerkiew św. Mikołaja, jak to cerkiew, składa się z prezbiterium (ukrytym za carskimi wrotami), nawy i przednawia. Ale - prezbiterium zamknięte jest apsydą, a nawa i przednawie (które zwykle stanowią po jednym, dużym, niepodzielonym wewnętrznie pomieszczeniu) - mają układ bazylikowy. Masywne arkady międzynawowe podtrzymują sklepienie kolebkowe, co ciekawe, nawa główna, choć wyższa niż boczne, nie jest doświetlona oknami, co sprawia, że wewnątrz panuje półmrok. Nawy boczne są niewielkie i wąskie. Między nawą a przednawiem - jak to w cerkwi - znajduje się ściana, ale otwór łączący nawę z przednawiem jest tu zdecydowanie większy, niż w innych cerkwiach Bukowiny. W XVI wieku kościół dorobił się przedsionka oraz gotyckiego wykończenia kamieniarskiego okien. Wnętrze pokrywają piętnastowieczne freski z fundacji Stefana Wielkiego.

Cerkiew w Radowcach to nieoczekiwany romański akcent na bogatej w niezwykłe, malowane monastyry Bukowinie. Ciekawostka, na którą na pewno warto zwrócić uwagę.

Galeria: 

Santamarie Orlea (węg. Oraljaboldogfalva) - kościół z ok. 1270 r.

Na drodze E79 (z Oradea do Targu Jiu), trzydzieści kilometrów na południe od rozjazdu na Timisoarę i Sibiu, trzy kilometry za miasteczkiem Hateg, zaraz za rozjazdem na Caransebes, na przedpolu wysokiego pasma Karpatów, leży niewielka miejscowość Santamarie Orlea. Jesteśmy w regionie, gdzie prawosławne cerkwie w głębokim średniowieczu budowano jak romańskie kościoły. I taką właśnie cerkiew-niecerkiew znajdujemy tu w samym środku wioski.

Kościół, a w zasadzie cerkiew, a w zasadzie zbór kalwiński w Santamarie Orlea - w przeciwieństwie do innych transylwańskich kościołów, które są bardzo ładnie zadbane i zagospodarowane turystycznie - wygląda na smutny i opuszczony. Popękane ściany, poniewierające się wśród chaszczy fragmenty kamieniarki, odłażący tynk i łatane cegłą dziury. A szkoda, bo kościółek jest pod romańskim względem całkiem nieźle zachowany - ostała się tutaj bryła bez większych ingerencji późniejszych stylów, a w środku podobno (bo nie udało nam się odnaleźć opiekuna kościoła) zachowały się cenne malowidła.

Kościółek w Stanamarie Orlea to budowla z masywną wieżą zachodnią, niewielką nawą i prezbiterium zamkniętym prostą ścianą. Do kościółka prowadziły dwa portale - zachodni oraz południowy. Portal zachodni zachował ciekawą dekorację. Dwie pary kolumienek spina archiwolta dekorowana guzełkami w kształcie gwiazdek. Na pozostałych wałkach archiwolty zachowały się resztki dekoracji malarskiej o żywych kolorach (podobnie dekorowane były też kolumienki). Tympanon jest gładki, misternie wykrojony w rogach. Kapitele kolumienek są dziś tak zniekształcone, że trudno opisać ich kształt. Nad portalem zachował się fragment fryzu zdobionego motywami roślinnymi. Portal południowy jest bardzo prosty, zdobi go jeden wałek okalający ościeże (kiedyś najprawdopodobniej malowany na czerwono). Tympanon jest gładki, zachował resztki dekoracji malarskiej pozwalające domyślać się tam postaci o głowach otoczonych aureolą (Trójca Święta?).

Zachowały się wąskie, rozglifione okna, choć ich wykrój jest już ostrołukowy, lekko trójlistny. Masywną wieżę kościoła zdobi jeden poziom bardzo prostych biforiów i jeden poziom misternie zdobionych triforiów. Kapitele kolumienek triforiów mają ciekawy, geometryczny kształt, zdobione są językami, które pokrywa ornament ząbkowy.

Nie jest to może najciekawszy przykład transylwańskiego romanizmu (chyba rozpieściła nas ta Rumunia, oferując na każdym kroku zabytki, jakich nie uświadczy się w Polsce), ale wracając z Densus w stronę Sibiu lub Alba Julia warto tu wstąpić. Choćby po to, żeby pozazdrościć trochę Rumunii faktu, że przyzwoicie zachowany romanizm jest tu prawie tak często spotykany, jak u nas wiejski barok.

Galeria: 

Viscri (węg. Szaszfeheregyhaza, niem. Deutschweisskirch) - Kapitel z pierwszego kościoła z XII w.

Podróżujących do Viscri czeka trudna jazda gruntową drogą wśród wzgórz. Najlepiej wyposażyć się w samochód terenowy, z braku takowego ostatecznie może być dużo cierpliwości i mocne nerwy (szczególnie, jeśli mija nas rozpędzona Dacia Gruchot kierowana przez wąsatego gospodarza). Z trasy Sighisoara-Braszów (E60) skręcamy w prawo przed Rupea (trzeba wypatrywać skromnego znaku). Tu kończy się asfalt. Po drodze zobaczymy lisy, sokoły, gwarantowane pół godziny jazdy przez sam środek nigdzie. Wcześniej, na samym początku, przejeżdżamy przez romską wioskę - fascynujący, choć trochę zatrważający przykład współczesnego nomadyzmu.

Viscri to urocza saska wioska, w której czas zatrzymał się na przełomie wieków. Nie da się tu inaczej dojechać niż drogą gruntową, wszystkie domy to stare drewniane saskie zagrody, bardzo ładnie utrzymane i pomalowane na żywe kolory. Na środku wioski pasą się konie i bawią się dzieci. Mieszkańcy twierdzą, że sami nie chcą tu asfaltu, wraz z którym pojawiły by się tłumy turystów, autokary na niemieckich blachach i ostateczny kres świętego spokoju. Dziś wioska jest w stanie "obrobić" około pięćdziesięcioro turystów dziennie, więcej nie chce i nie ma zamiaru. A ci, co tu trafiają, to już wyselekcjonowana grupa najtwardszych, którzy gotowi są poświęcić amortyzatory, żeby dotrzeć do tego niezwykłego miejsca.

Najcenniejszym zabytkiem wioski jest kościół obronny, od którego Viscri zaczerpnęło swą niemiecką nazwę: Deutschweisskirch - (niemiecki biały kościół) z powodu bielonych wapnem murów. Kościółek w Viscri wraz z umocnieniami obronnymi jest malutki i bardzo "ludowy" - tym różni się od dużych i mocno ufortyfikowanych kościołów w Medias, Biertan czy Prejmer (które mają w sobie coś miejskiego). Pierwszy kościół w Viscri zbudowała w XII w. wspólnota szeklerska, jeszcze przed kolonizacją saską. Była to bezwieżowa, salowa świątynia. Do dzisiaj została z niego tylko pojedyncza kolumienka (najprawdopodobniej podtrzymująca emporę), która dzisiaj służy za chrzcielnicę. I to tyle. Dzisiejszy kościół jest dużo późniejszy, choć jego ludowy charakter dodaje mu wrażenia archaiczności. W XIII wieku Sasi dobudowali do romańskich murów wieżę, a w XVII w. wzniesiono fortyfikacje. Sklepienia wymieniono na drewniany strop.

Kościołem opiekuje się pani Caroline Fernolend, transylwańska Niemka, dla której opieka nad kościółkiem stała się sensem życia. Bardzo ładnie utrzymany i zagospodarowany (pomieszczenia przylegające do murów obronnych kryją muzeum życia codziennego transylwańskich Sasksończyków) jest jednym z najbardziej uroczych miejsc w Transylwanii, jakie widzieliśmy. W niezmienionej od wieków nawie gawędzimy o kresie kultury saskiej w Rumunii, która przetrwała Ceaucescu, a eroduje w wolnej Europie. Świetnie władający niemieckim Sasi wyjeżdżają do Niemiec, opuszczając rodzinne wioski. Tutaj została ich garstka, która jednak zarzeka się, że nigdzie się stąd nie ruszy. Rozglądając się po popołudniowej okolicy, gdzie czas jakby się zatrzymał, nie sposób się dziwić.

Podróż do Viscri co prawda nie obfituje w romańskie rewelacje, ale jest podróżą w czasie, o przynajmniej sto lat w przeszłość. Wrażenia - niezapomniane!

Galeria: 

Skandynawia - na dalekiej północy

Skandynawia to cudowna kraina lasów, jezior i fiordów, gdzie do dziś Saamowie przepędzają stada reniferów, a największym zagrożeniem drogowym jest łoś. Chrześcijaństwo dotarło tu dosyć późno, co nie znaczy, że nie można odnaleźć tu romańskich zabytków, szczególnie na południu. Ale im dalej na północ - tym bardziej dziko (chociaż znaleźliśmy romański kościółek nawet za kołem podbiegunowym). Przyjechaliśmy do północnej Szwecji i Norwegii podziwiać piękno przyrody - ale nie mogliśmy oprzeć się też naszej romańskiej pasji... Poniżej kilka znalezisk - może nie najbardziej efektownych, ale za to bardzo północnych!

Norwergia - Bodø - kościół z XIII wieku

Lofoty pożegnały nas szczerząc wyszczerbione zęby szczytów, kiedy prom z Moskenes zostawiał za sobą spieniony kilwater. Jesteśmy w Norwegii, właśnie przejechaliśmy cudowny archipelag wysp na których suszy się sztokfisza i celebruje viking pride i wciąż jesteśmy na północ od koła podbiegunowego. Prom przybija do Bodø, sporego miasta w Nordlandzie,a my kierujemy się prosto na jego przedmieścia, do Bodin. Czego tu szukamy? Romańskiego kościółka.

Bodin Kikre to najdalej wysunięty na północ kościół romański, jaki widzieliśmy (być może najdalej na północ wysunięty kościół romański ever, jeśli ktoś z Was znajdzie inny - dajcie znać!). Oczywiście trafiliśmy na... pogrzeb, więc musieliśmy uwinąć się w środku szybko, żeby nie przeszkadzać pogrążonej w żalu rodzinie zmarłego. Kościółek jest niewielki, kloczuszkowaty, z prostokątną nawą i zakończonym prostą ścianą prezbiterium. Ciekawie rozwiązane jest sklepienie - to potężna, drewniana kolebka. Wewnątrz niewiele pozostało z czasów, które nas interesują - odrobina wygrzebanego spod tynku portalu, pobielone ściany.

Pokręciliśmy się chwilę wokół kościoła starając się nie rzucać się w oczy. Kościółek w Bodø może nie jest szczytem romańskiej finezji, ale jest zdecydowanie świadkiem historii tych ziem. A my pomknęliśmy dalej, by przez płaskowyż Saltfjellet i południową Laponię dotrzeć z powrotem nad Morze Bałtyckie.

Galeria: 

Szwecja - Botkyrka - kościół św. Botvida z XII wieku

Botkyrka to pierwsze miejsce, w którym zatrzymaliśmy się w Szwecji. Miejscowość ta to w zasadzie przedmieście Sztokholmu, położone niedaleko miasta o swojsko brzmiącej nazwie Södertälje. Spodziewaliśmy się, że - jak w powieści Larssona - zaraz wyjedzie nam zza zakrętu gang motocyklowy Svavelsjö MC i pogna do jakiegoś opuszczonego magazynu torturować Bogu ducha winne dziewczyny.

Zbudowany z kamienia kościół widać już z daleka, masywna wieża góruje nad krajobrazem. Chociaż z czasów romańskich zostało niewiele, to na pewno warto zatrzymać się tu w drodze do Sztokholmu. Kościół wybudował niejaki Björn ku czci swojego zmarłego brata Botvida (później świętego). Pierwszy kościół był oczywiście drewniany, po czym w drugiej połowie XII wieku zastąpiono go murowanym. Już na przełomie XII i XIII wieku dokonano pierwszej rozbudowy - dodano romańską (jeszcze) wieżę (która zawaliła się w XVIII wieku i została odbudowana). W okresie gotyku powiększono prezbiterium w kierunku wschodnim, dodano kruchtę i zakrystię. Z tego czasu pochodzą też sklepienia gwiaździste. Tak więc z czasów nas interesujących zostały tu tylko gołe mury nawy. Zawsze coś.

Na co warto zwrócić uwagę? Na średniowieczny nagrobek usytuowany w pobliżu kruchty i na dwa kamienie runiczne. Jeden z nich zawiera frapujący fragment większego wizerunku, który nam skojarzył się z gigantycznym wężem opasującym Midgard (czyli Ziemię) w mitologii nordyckiej - Jormungandem. Ciekawostką w tym kościele jest też tzw. "babiniec", zwany w Szwecji dla odmiany vapenhuset, czyli "składem broni" (na pewno dobrze by się tu czuła Lisbeth Salander). Średniowieczni Szwedzi zostawiali tu swoje uzbrojenie, które z różnych powodów mieli przy sobie, na czas mszy. Wyjście do kościoła w średniowiecznej Szwecji bywało nie lada wyprawą, która mogła trwać nawet kilka dni - odwiedziliśmy na dalekiej Północy "wioskę kościelną", zbudowaną dla okolicznej ludności, która do kościoła podróżować musiała dłużej niż dzień. Rodziny z okolicy miały tu swoje "kościelne dacze", w których nocowały w czasie, kiedy przyjeżdżały na msze. Wiele społeczności miało też swoje "łodzie kościelne", którymi cała społeczność raz na kilka niedziel udawała się do najbliższego kościoła.

Botkyrka to nasz pierwszy przystanek - a tylu ciekawych rzeczy zdążyliśmy się tu dowiedzieć. Ruszamy dalej, w poszukiwaniu innych śladów średniowiecza, a przede wszystkim w poszukiwaniu nietkniętej przyrody, spokoju i harmonii.

Galeria: 

Szwecja - Gamla Uppsala - kościół z XI/XII wieku

Był ciepły, letni dzień, jakieś trzydzieści stopni w cieniu (podczas gdy w Polsce nasi informatorzy donosili, że zimno i pada, zimno i pada). Szwecja powitała nas piękną pogodą i prawie tropikalnym upałem. Arktyczne temperatury przygotowała dla nas na potem (koło podbiegunowe, Kiruna - spanie w namiocie w deszczu przy trzech stopniach powyżej zera: bezcenne). Cieszymy się więc chwilą w jednym z najważniejszych dla historii Szwecji miejsc - w starej Uppsali.

Stara Uppsala (czyli Gamla Uppsala) była znana już w czasach przedhistorycznych. Począwszy od III i IV wieku, kiedy to stała się pierwszą siedzibą lokalnych władców, w tym znanych z sag królów z rodu Ynglingów (nazywanych "królami Uppsali", co znaczyło wówczas tyle, co "królami Szwecji"). Najprawdopodobniej właśnie do tych na poły mitycznych, na poły historycznych królów należą usypane w tym miejscu kopce - tzw. "kopce królewskie" (Kungshögarna). Adils, Ane Stary oraz Ingjald Illråde - to imiona królów, których przygody rozsławiły sagi, a którzy spoczęli być może właśnie w tych kurhanach. Kurhany - bo to bez wątpienia kurhany, w których odnaleziono wiele cennych przedmiotów oraz ślady po pogrzebowym stosie - pochodzą z około VI wieku. Mniejsze, liczniejsze, mogą należeć do drużyny rycerzy/wojów oraz ich rodzin. Założyć Starą Uppsalę miał według duńskiego kronikarza Saxo Gramatyka sam Odyn. Inną - nie mniej mityczną wersję - podaje islandzki kronikarz Snorri Sturluson: tu bóg Freyr założył pogańską świątynię wokół której wyrosła osada. Zarówno Saxo Gramatyk, jak i Adam z Bremy wspominają o składanych tutaj ofiarach z ludzi (Adam z Bremy miał je widzieć na własne oczy). Świątynia poświęcona była trzem Bogom, a byli to Odyn, Thor i Freyr. Tutaj odbywały się też plemienne wiece zwane Tingami, rodzaj zgromadzenia starszych, podczas których omawiano ważne dla kraju sprawy, wybierano wodzów i podejmowano (najczęściej w oparciu o wróżby) decyzje.

Ale świat się zmienił i przyszedł czas, kiedy pogańskie świątynie zostały zburzone, starzy królowie i bogowie odeszli w mityczną przeszłość, a przewrócone kamienie runiczne posłużyły za fundamenty pod nowe świątynie - chrześcijańskie. Stara Uppsala nie przestała być jednak ważna - na gruzach (a raczej trocinach) starej świątyni powstała nowa. Archeolodzy doliczyli się przynajmniej kilku wcześniejszych, drewnianych poprzedniczek kamiennej świątyni, która stoi do dzisiaj. Kościół powstał tutaj na przełomie XI i XII wieku i stał się lokalnym centrum kultu, szczególnie, że to właśnie tutaj spoczęło ciało króla-męczennika, świętego Eryka. W 1164 stara Uppsala została stolicą arcybiskupstwa, a rozwijający się kult św. Eryka, który został patronem Szwecji, ściągał tu rzesze pielgrzymów. Wkrótce niewielka (bo część kościoła zniszczonego w czasie pożaru trzeba było rozebrać) świątynia przestała wystarczać ruchowi pielgrzymkowemu, a rosnące w siłę królestwo potrzebowało bardziej reprezentacyjnej katedry. Arcybiskupstwo oraz relikwie św. Eryka przeniesiono więc nieopodal, do miejscowości zwanej Östra Aros, której nazwa wkrótce została zmieniona na "Uppsala", wtedy to osada w pobliżu królewskich kopców zaczęła być nazywana "Starą Uppsalą" i tak pozostało do dzisiaj.

Sam kościół sprawia wrażenie archaicznego i surowego. Nam - to przez surowy, słabo obrobiony kamień - przypomina kościoły okolic Kujaw - Strzelno, Kościelec koło Inowrocławia, sam Inowrocław. Dzisiaj z dawnej świątyni pozostało tylko prezbiterium i dawne skrzyżowanie naw wraz z wieżą. Nawa główna, z najprawdopodobniej dwuwieżową fasadą oraz skrzydła transeptu zakończone apsydami zostały rozebrane po XIII-wiecznym pożarze. To, co pozostało, zachowało mniej więcej swój romański kształt. Okna zostały powiększone, szczyty podniesione, jednak bryła kościoła pozostała w dużej mierze nietknięta. Wnętrze zostało pobielone oraz pokryte polichromiami w XV wieku. Przysadziste, szerokie sklepienie krzyżowe o wąskich przęsłach wygląda bardzo klasycznie romańsko. Biorąc pod uwagę, że obecny kościół to tylko prezbiterium i skrzyżowanie naw, można wyobrazić sobie świątynię w całości - musiała budzić respekt i być naprawdę wielka. Nie mieliśmy szans wyżyć się fotograficznie wewnątrz kościoła - akurat zaczęły się przygotowania do pogrzebu (takie nasze fatum, zdarzyło nam się to nie pierwszy i nie ostatni raz), więc woleliśmy dyskretnie się wycofać.

Sam kościół, jak i otaczające go kopce są bardzo dobrze zagospodarowane, opisane, pięknie utrzymane, co nas w Szwecji specjalnie nie dziwi, ale zawsze warto podkreślić ten fakt myśląc o stanie i dostępności naszych zabytków romańskich. Pospacerowaliśmy w sielskim krajobrazie mijając porośnięte wesołą trawką kopce, gdzie pod stertą kamieni i piachu śpią okrutni, mityczni władcy, składający tu niegdyś ofiary z ludzi ku czci Odyna, Thora i Freyra. Wyrzuciliśmy puste butelki po wodzie do kosza na odpady nadające się do recyklingu, skórki od banana do kosza na kompost, przeszliśmy przez ulicę w oznaczonym miejscu i nie przekraczając ograniczenia prędkości ruszyliśmy dalej na północ. Witamy w Skandynawii, krainie krwawej przeszłości i nudnej, ale jakże wygodnej, teraźniejszości.

Galeria: 

Szkocja

St. Andrews - katedra i kościół św. Regulusa (st. Rule Church), XI-XII w.

Do St. Andrews trafiliśmy przypadkiem - fabryka whisky, którą mieliśmy odwiedzić razem z naszymi niemieckimi przyjaciółmi okazała się za daleko, więc na zakupy zatrzymaliśmy się właśnie tu. Wszyscy rozeszli się w celu zaopatrzenia w szkocki, złoty i płynny skarb narodowy do pobliskich sklepów, a my posnuliśmy się w stronę malowniczych ruin, które zamajaczyły nam gdzieś wśród zabudowań miasteczka. Tak trafiliśmy do opactwa St. Andrews, które było w czasach średniowiecza religijną stolicą Szkocji. Tu bowiem spoczywały sprowadzone przez św. Regulusa relikwie patrona Szkocji św. Andrzeja. Dojechać tu można z Edynburga drogą nr 921 do Kirkcaldy, a potem drogą 915 już prosto do St. Andrews.

Historia miejsca kultu w tym miejscu rozpoczyna się około VI w. n. e., kiedy to misjonarze św. Kolumbana chrystianizują te ziemie. Oficjalnie król zamieszkujących tu Piktów przyjął chrześcijaństwo na początku VIII wieku. Pierwszy kościół (zrujnowany) zbudowali celtyccy pustelnicy w IX wieku. W X wieku w St. Andrews ustanowiono biskupstwo, które w tym samym wieku zostało głównym biskupstwem Szkocji. Budowę kolejnego kościoła - pod wezwaniem św. Regulusa (ang. st. Rule) - rozpoczęto w 1070 roku, już po poddaniu Szkocji normańskim najeźdźcom Wilhelma Zdobywcy. Pozostałości tego kościoła można podziwiać do dziś. Św. Regulus to postać tajemnicza, o której wielu historyków twierdzi, że w ogóle nie istniała. Zresztą jego imię jest dość podejrzanie znaczące i wskazuje na legendarność postaci. Według legendy był to żyjący w IV w. n.e. mnich z Patras w Grecji, gdzie przechowywano szczątki św. Andrzeja. Pewnego dnia mnichowi we śnie ukazał się anioł uprzedzając, że cesarz Konstantyn chce zabrać relikwie do Konstantynopola i nakazując wywieźć szczątki świętego na kraniec świata. Św. Regulus tak też zrobić i wylądował miejscowości Kilrymont (dziś St. Andrews). W XII wieku do St. Andrews sprowadzają się Augustianie. To początek opactwa, które było najprężniejszym ośrodkiem życia religijnego w Szkocji, stąd na przykład szły w świat produkowane niemal przemysłowo kamienne krzyże celtyckie, których pozostałości można obejrzeć w miejscowym muzeum.

Augustianie przejmują kościół św. Regulusa, przebudowują i dostosowują do potrzeb rosnącego ruchu pielgrzymkowego. Rozpoczyna się również budowa nowej, największej w Szkocji katedry. Trwała ponad 100 lat, ale i tak nie był to koniec -burze i pożary raz po raz niszczyły katedrę. Ostatecznie budowla została poświęcona w 1318 roku w obecności króla Szkocji Roberta Bruce'a. Nie był to jednak koniec pechowych "wypadków" katedry, która raz po raz ulegała różnym zniszczeniom, aby wreszcie, w czasie reformacji dokonał się jej ostateczny upadek. Opuszczone opactwo niszczało, waliły się kolejne ściany ogromnego założenia. Do naszych czasów dotrwała fragmentarycznie zachowana fasada, ściana wschodnia i częściowo ściana południowa. Całość otacza cmentarz. Dziś ruiny opactwa to miejsce spotkań miejscowych studentów oraz spacerów mieszkańców miasteczka. Widok, zwłaszcza w morskiej mgle znad pobliskiego wybrzeża - sensacyjny i zapierający dech.

Interesujący nas kościół pod wezwaniem św. Regulusa po przebudowie augustiańskiej, był podłużną budowlą, z długą nawą główną, nad którą wznosiła się masywna wieża, krótkim prezbiterium i dwuwieżową fasadą. Część na zachód od wieży była zapewne dobudowana właśnie przez Augustianów. Do kościoła prowadziły portale po stronie zachodniej i południowej (niezachowane). Do dziś zachowała się masywna wieża z jednym poziomem biforiów (można ją zwiedzać, z góry roztacza się niesamowity widok na całe opactwo i wybrzeże), cześć wschodnia nawy z rozglifionymi okienkami oraz łuk tęczowy prowadzący do prezbiterium. Zwiedzanie i wejście na wieżę jest dość kosztowne - poświęciliśmy resztki funduszy odłożone na whisky. Warto było.

Z opactwa, będącego w swym założeniu budowlą romańską, zachowało się kilka niewielkich portali z dekoracją kamieniarską i trójlistnie wykrojonymi tympanonami. Katedra również planowana była jako budowla romańska i w swych starszych częściach romańską pozostaje, jednak liczne przebudowy związane z "wypadkami przy pracy" podczas budowy wniosły już specyfikę gotycką.

W kraju whisky, spódniczek w kratę i mrocznych zamczysk, romantyczne ruiny opuszczonego opactwa to punkt obowiązkowy każdej wycieczki. Wybierając zatem mroczne ruiny do odwiedzenia namawiamy na St. Andrews - nie dość, że mroczne, romantyczne, to jeszcze romańskie.

Galeria: 

Słowacja

Przyzwyczailiśmy się myśleć o Słowacji jako o kraju gorących źródeł, stoków narciarskich, do niedawna jeszcze tanich alkoholi i uroczego języka, który w naszych uszach może brzmieć zabawnie. Ale - okazuje się - wśród gór i pagórków Słowacji znaleźć można niezwykle ciekawe, romańskie zabytki, zagubione po wioseczkach, ukryte w cieniu ich młodszych, gotyckich braci. Śladem tych niepozornych z pozoru budynków ruszyliśmy ochoczo i przekonaliśmy się, że Słowacja to kraj przyjazny romańskim poszukiwaniom. Słowacja nas zaskoczyła. I może nas jeszcze nie raz zaskoczyć...

Banská Bystrica - relikty romańskie w kościele Najświętszej Marii Panny

Pierwsze wzmianki o Bańskiej Bystrzycy pochodzą z XIII wieku, z tego okresu pochodzi też zabytek, z którego jednak wiele nie zostało jeśli chodzi o romańskie pozostałości. Kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny - dziś zasadniczo gotycki - był początkowo małym, salowym kościółkiem z prezbiterium zamkniętym apsydą, z wieżą zachodnią i emporą w wieży. Liczne gotyckie przebudowy (a w zasadzie rozbudowy, które przekształciły kościółek NMP w całkiem sporą świątynię) dokładnie zatarły jej pierwotny, romański kształt. Dziś obserwować możemy jednie dwa poziomy biforiów zdobiące znacznie podwyższoną wieżę. I to niestety tyle.

Ruszamy zatem z Bańskiej Bystrzycy, choć miło się siedzi w ogródku, pod parasolem i ze szklaneczką czegoś zimnego, na poszukiwanie czegoś lepiej zachowanego. Szukać nie trzeba daleko - po drodze na Węgry - Ilija, z pięknie zdobionym portalem i romańskimi freskami.

Galeria: 

Batizovce - Kościół z XIII w.

Jadąc z Popradu drogą na Liptovsky Miklas odbijamy w prawo w miejscowości Svit i znajdujemy się w niewielkich i sennych Batizovcach, u podnóża Tatr. Trafiamy tu na jeden z bardzo typowych dla tego regionu kościołów późnoromańskich (niektórzy pewnie kłóciliby się, że są wczesnogotyckie, ale my wiemy swoje). W 1767 r. przebudowany w stylu barokowym, a wcześniej modyfikowany na modłę gotycką, powstał w XIII w., wzniesiony w stylu romańskim. Składa się, jak większość jemu podobnych z płasko zamkniętego prezbiterium, nawy i wieży.

Zewnętrze nie sugeruje z pozoru jego romańskości, oprócz zachowanego dobrze, acz zamurowanego portalu, który prowadził do nawy od strony południowej (dziś wchodzi się przez kruchtę wieżową). Kolumienki portalu łączy motyw liści, a łączy je pojedynczy, masywny wałek archiwolty. W prosty tympanon wpisany jest trójliścienny relief.

Na zewnątrz zwraca też uwagę odsłonięty spod barokowych tynków i umieszczony dość wysoko fresk przedstawiający Ukrzyżowanego z adorującymi go Marią i św. Janem, a grupę otacza spora liczba postaci i symboli (jak ręka z ognistym mieczem oraz swojsko wyglądająca kaczka). Dynamiczna postać Chrystusa nawiązuje raczej do gotyku, zatem całkiem amatorsko pozwolimy sobie zaliczyć fresk do stylu przejściowego. Budzi on z pewnością skojarzenia z kościołem w miejscowości Żehra

Wewnątrz niepodzielnie króluje barok, za to w prezbiterium oglądamy przepiękne i klasyczne sklepienie krzyżowo-żebrowe o profilu przysadzistego ostrołuku - forma jakże typowa dla okresu przejściowego. Ściany i sklepienie prezbiterium pokrywają późnoromańskie freski - na ścianie północnej widnieje scena wskrzeszenia (pośrodku widoczny jest Chrystus).

Batizovców nie można ominąć goszcząc w słowackich Tatrach. Kolejną ciekawostką tego kościoła jest prawdopodobnie najstarszy na Spiszu dzwon, odlany w XIV w. w Spiskiej Nowej Wsi. Dodajmy jeszcze, że w pobliskim Popradzie na rynku można zjeść wyborną zupę czosnkową.

Galeria: 

Bijacovce - kościoł z połowy XIII w.

By trafić do Bijacovców wystarczy za Levocą, kierując się na Presov, na wysokości Spiskiego Zamku skręcić w lewo. Warto, bo widok na Hrad roztacza się stamtąd przepiękny. Na miejscu, na wzgórzu odnajdujemy wczesnogotycki kościół (zbudowany w XIII w., zapewne pierwotnie w stylu przejściowym romańsko-gotyckim), a obok niego romańską rotundę. Tyle, że... całkowicie zatynkowaną na biało i przykrytą dzwoniastym, gontowym daszkiem z barokową sygnaturką. Do rotundy prowadzi prościutki portal, ale wewnątrz znajdziemy również tylko tynk. My zaglądaliśmy przez okna (przeprute w baroku, nawet na rozglifienia nie ma co liczyć). Miejsce ciekawe i malownicze bardzo, ale romańskie walory znajdą tu tylko fanatycy.

Galeria: 

Chrast' nad Hornadom - kościół Najświętszej Trójcy (relikty tetrakonchosu)

Żeby tu dojechać samochodem, trzeba trochę pokombinować - najlepiej wyruszyć ze Spiskiej Nowej Wsi w kierunku Krompachów, a następnie w Spisskym Hrusovie odbić w prawo na drogę wymagającą cierpliwych resorów. Jest też linia kolejowa, pociągiem może okazać się nawet łatwiej. A warto ze wszech miar.

Znajdujemy tutaj najstarszy kościół romański (a więc i najstarszy w ogóle) na Słowacji. Niezwykły także w formie - wieża z lekko ostrołukowymi biforiami znajduje się nad prezbiterium o trzech apsydach, dziś tworzących w rzucie przyziemia trójliść. Prawdopodobnie pierwotnie miał on kształt rotundy o czterech apsydach, tzw. tetrakonchosu. Aż żal dodawać, że wszystko zatynkowane jest na żółto.

Wprawdzie dodano tu owalne barokowe okienka, ale na ścianie jednej z apsyd widnieje też rozglifione okno romańskie.

W najbliższym otoczeniu kościoła odnajdujemy tajemniczą, przełamaną płytę z wizerunkiem krzyża o zaokrąglonych końcach ramion i rozwidlonego u dołu. Źródła donoszą, że kamień pochodzi jeszcze z czasów Księstwa Wielkomorawskiego, a więc z VII wieku!

Chrast' jest miejscem bardzo malowniczym, leży nad rzeką Hornad, bardzo tu spokojną, gdy porównać ją z jej górnym biegiem w nieodległym Słowackim Raju.

Galeria: 

Hrabušice - kościoł z XIII wieku z romańskim portalem

Hrabušice odnajdujemy u stóp północno-zachodniej części Słowackiego Raju. To dobra baza wypadowa w to malownicze miejsce, niedaleko stąd do szlaków na przełom Hornadu. Jest tu też natomiast XIII-wieczny, pierwotnie romański kościół (przebudowany na modłę gotycką w XV wieku).

Zbudowany w formie bardzo charakterystycznej dla regionu (prezbiterium-nawa-wieża; dziś prezbiterium jest klasycznie gotyckie). Na południowej ścianie nawy znajduje się pięknie zachowany i zakonserwowany, acz zamurowany portal uskokowy o pojedynczej parze kolumn z gładkimi kapitelami, przechodzącymi w masywny wałek archiwolty. W tympanonie zachował się przepiękny, barwny fresk. Przedstawia on scenę ukrzyżowania, Chrystusa adoruje Matka Boska i św. Jan oraz inni święci, u stóp samego krzyża znajduje się zaś czaszka (Golgota to wszelako "Wzgórze czaszki").

Na wieży widnieją dwa poziomy biforiów. Górny poziom to klasyczne romańskie okienka przedzielone kolumienką z kapitelem zdobionym guzami. W dolnych biforiach kolumienka rozwija się w maswerki - co nawiązuje już do gotyku. Na wieżę zdołaliśmy wejść (po prostu drzwi były otwarte) - to jednak wyprawa dla niebojących się filigranowych drewnianych schodków, demonicznej konstrukcji uruchamiającej dzwony i ptasiej grypy (gnieżdżą się tam chyba wszystkie gołębie ze Spiszu). Pod okapem dachu wieży widać natomiast zatynkowany fryz arkadkowy.

Do Hrabušic warto wpaść dla samego portalu kościoła. A miłośnicy gotyku znajdą tu również skrzydłowy ołtarz świętych Wawrzyńca i Szczepana, wykonany w XVI w. w pracowni słynnego Mistrza Pawła z Lewoczy - kolegi Wita Stwosza, zresztą - naszym skromnym zdaniem - zdolniejszego. A potem koniecznie na szlaki Słowackiego Raju!

Galeria: 

Ilija - kościoł pw. św. Idziego z XIII wieku

Zanim trafiliśmy do wioski Ilija, zgubiliśmy się kilka razy. Jeżdżąc w kółko w tę i z powrotem po drodze nr 525 z Bańskiej Szczawnicy (dobra rada - przed stacją benzynową skręcić w wieś Sitnianska) i szukając zjazdu na kręte, górskie dróżki, omal nie zrezygnowaliśmy z szukania kościółka pod wezwaniem św. Idziego. I to byłby dopiero błąd!

Kręta dróżka nienajlepszej jakości, ale za to jakże urokliwa, prowadzi nas ku podnóżu wzgórza cmentarnego, na szczycie którego odnajdujemy maleńki, romański kościółek. Kościółek z zewnątrz nie prezentuje się okazale - przebite w baroku okna, w wydłubanym barbarzyńsko tynku wołają o pomstę do nieba kable schodzące się do skrzynki wmurowanej beztrosko na samym środku apsydy. Całość bielona, ale wapno odchodzi płatami. Ze wzgórza roztacza się piękny widok na okoliczne pagórki, jest bardzo cicho i bardzo spokojnie.

Kościołem opiekuje się pani Jozefina Pecnikowa (numer domu 9) i u niej należy pytać o klucze. Warto, bo to co najciekawsze w Ilija, to wnętrze.

Pochodzenie kościółka historycy datują na 1254 rok i wiążą z zakonem benedyktynów, archeolodzy odkryli tutaj ponadto fundamenty jeszcze jednej budowli - może klasztoru? W trakcie swojej historii kościółek był przebudowywany, między innymi w dobie baroku, kiedy to dobudowano do kościółka wieżę i zakrystię, przebito okna.

Wieża kryje najcenniejszy skarb kościółka w llija - bogato zdobiony, uskokowy portal z misterną kamieniarką. Portal zdobią trzy pary kolumn odsuniętych od siebie prostokątnymi filarkami. Całość spina masywna archiwolta, na której wałkach podziwiać można pozostałości dekoracji malarskiej. Zwraca uwagę misternie pleciony wałek środkowy - drugi od wewnątrz. Nie zachowały się wszystkie kolumny portalu, ale z tego, co pozostało można wysnuć wniosek, że odcinały się czerwonym kolorem kamienia od piaskowcowych filarków. Archiwoltę wypełnia gładki tympanon o trójlistnym wykroju. Uwagę zwraca kamieniarka kapiteli - po prawej stronie kolumienki mają kształt liściastych kielichów, z guzełkami przypominającymi muszelki. Lewa strona jest bardziej frapująca - tutaj odnajdujemy motywy zwierzęce w postaci dziwnych - dwuciałych a jednogłowych stworzeń (walczących gryfów, smoków?) - maszkaronów. Czyżby północna strona portalu oddawała znaną romańską dychotomię stron świata - dobrego, jasnego południa i mrocznej, tajemniczej północy, domeny demonów, potworów i diabłów? Bazy kolumienek są tak zniszczone, że nie sposób odgadnąć ich pierwotnego kształtu. Całość - tak misterna i bogata, że aż zadziwiająca w tak malutkim, zagubionym wśród wzgórz kościółku - robi piorunujące wrażenie.

Ale to nie koniec atrakcji, jakie ma dla nas Ilija. Oto bowiem wnętrze. Kształt wnętrza (nie licząc poprzebijanych okien i wystroju będącego rajdem przez wszystkie epoki) zachował się doskonale - mała nawa, ściana tęczowa, apsyda. Na ścianie północnej, wypreparowany spod tynku - fragment fresku przedstawiającego ledwo widoczną twarz - Chrystusa? Fresk ujęty jest z góry i dołu namalowanym, czarno-zielonym "fryzem ząbkowym" u dołu - geometrycznym w góry.

Ale to wciąż nie koniec - łuk tęczowy zdobią bowiem ujęte w okrągłe medaliony przedstawienia świętych. Puste miejsca między czerwono obwiedzionymi medalionami wypełniają motywy roślinne - zielone liście. Fresk jest znakomicie zachowany i bardzo ładnie wyeksponowany.

Kościółek w Ilija, tak malutki, z pozoru niepozorny, to więc nie lada cacko dla miłośników architektury romańskiej. I nie tylko, bo ze względu na jego niepodważalną wartość, został wpisany na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Dla zwiedzających romańską Słowację - przystanek obowiązkowy.

Galeria: 

Rimavske Janovce - pobenedyktyński kościoł p.w. Jana Chrzciciela z XIII w.

Z Polski to kawał drogi, ale wyprawa to niezwykła i malownicza. Przedzieramy się przez Wołowskie Wierchy, zostawiając Słowacki Raj z jednej, a Rudawy Słowackie z drugiej strony. Następnie przez Gemer, na południe, ku granicy węgierskiej. To tereny, które Węgrzy zwykli uważać za swoje. Z Rimavskej Soboty jedziemy jeszcze dziesięć kilometrów na południe drogą 531, by znaleźć się w Rimavskich Janowcach.

Znajdujemy tu niezwykły zabytek - XII-wieczny, klasycznie romański, pobenedyktyński kościół, który z zewnątrz nie zmienił się wcale. Ma nawet romańską sygnaturkę. Jakaż odmiana po zbarokizowanych inwalidach polskiego romanizmu. Uszkodzony w XVI w. został odnowiony w 1751, a następnie w 1832 r. Najpoważniejszych szkód doznał w 1857 r., kiedy spłonął przyległy doń klasztor. Kościół odnowiono niedługo później, w latach 1875-76.

Był kościołem klasztornym benedyktynów, o jednej pokaźnej nawie krytej stropem, prezbiterium szerokim jak nawa, zakończonym apsydą i ciekawym rozwiązaniu części zachodniej: kościół rozszerza się tam, tworząc rodzaj pseudo-dwuwieżowej fasady. Samych wież jednak nie ma.

Zbudowany z szarego ciosu kościół jest zdobny w przepiękne dekoracje kamieniarskie. Pod okapem dachu na całej długości nawy oraz apsydy znajduje się fryz arkadkowy, a powyżej niego - ząbkowy. Szczyt wschodni ponad apsydą zdobiony jest również arkadkami, pod którymi znajdują się małe okienka, a wszystko wieńczy fryz diamentowy. Ściana apsydy podzielona jest zaś lizenami. W szczycie ściany zachodniej znajdują się trzy wąskie i podłużne okna, nad nimi - arkadki, całość zaś również i tu zamyka fryz diamentowy.

Wszystkie okna są tu oryginalne. W korpusie kościoła i apsydzie - rozglifione, w pseudo-wieżach prostokątne, bardzo wąskie, obronne. Nad portalem zachodnim znajduje się zaś okrągłe okno - oculus. Co ciekawe, okien nie znajdziemy po północnej stronie korpusu nawy. Tutaj bowiem znajdował się zniszczony w XIX w. pożogą klasztor. Jego osmalony kształt cały czas widoczny jest na tej ścianie.

Od zachodu do wnętrza prowadzi uskokowy portal - prosty, bez kolumienek. Zdobią go dwa wałki w uskokach oraz gładki tympanon z wizerunkiem Baranka Bożego. Ślad po drugim, zamurowanym portalu, znajdujemy na ścianie południowej.

Kto chce obejrzeć wnętrze, musi odnaleźć panią Annę Fačkovą, w domu nr 56 (tel. 047 56 77 301). Uwaga, bo we wsi zmieniała się numeracja, domy zresztą numerowane są chyba według kierunków wiatru. Zachował się w kościele romański układ wnętrza, na półściankach oddzielających prezbiterium od nawy odnajdziemy dwie wnęki. Całe wnętrze pokryte jest neogotyckimi, XIX-wiecznymi freskami. Ładnie odrestaurowany jest kasetonowy strop.

Rimavske Janovce, mimo że leżą z daleka od miejsc popularnych wśród polskich turystów, to jednak ze wszech miar warte są zobaczenia. Ostrzegamy tylko, że w Gemerze, inaczej niż na Spiszu, o jakichkolwiek udogodnieniach dla turystów nie ma co marzyć. Hranulki albo wyprażany syr dostaniemy co najwyżej w Rimavskej Sobocie, w mniejszych wsiach trudno liczyć nawet na potraviny. Polecamy więc zabrać kanapki i dotrzeć tam koniecznie!

Tym bardziej, że z powrotem wracać można przez Sivetice. Ale to już inna historia...

Galeria: 

Rákoš - kościoł z XIII wieku

Dość trudno tu trafić - trzeba w Jelšavie odnaleźć drogę nr 526 i krętą trasą przez wyżyny Gemeru kierować się na Hnuštę. Rákoš znajdziemy po ok. 30 km - zaraz po wjeździe do miejscowości trzeba odbić po prawej stronie na kierującą się w górę niepozorną dróżkę - zanim na to wpadliśmy, objechaliśmy Rákoš dwa razy. A wszystko w strugach ulewnego deszczu.

Kiedy się z tym już uporamy, trafimy na wzgórzu na niepozorny późnoromański kościółek z 2 połowy XIII wieku. Jest dziś w opłakanym stanie, acz trwają przy nim jakieś prace konserwatorskie. Jest to jednonawowy kościółek bez wieży, z prezbiterium zamkniętym apsydą. Na ścianach nawy znajdują się podłużne, lekko rozglifione i półkoliście zamknięte okna (jedno ewidentnie rekonstruowane, widać obok niego ślady po dużym, przebitym później). Takie samo okno znajduje się też na ścianie apsydy. Do wnętrza prowadzi od południa niewielki, ostrołukowy portali bez ozdób. Brzydkie ślady na ścianach wokół niego każą nam się zastanowić, czy nie było tam ongiś kruchty.

Zbudowany z ciosu kościół pokryty jest zniszczonym tynkiem, na południowej ścianie zachowały się resztki czerwonego fresku przedstawiającego Chrystusa (?). Więcej fresków - jak twierdzi przewodnik Pascala, znajduje się wewnątrz - tego jednak nie dane nam było sprawdzić osobiście. Wieś wydawała się wymarła a rzęsisty deszcz nie zachęcał do poszukiwań kościelnego.

Trochę smutno nam było, gdy wyjeżdżaliśmy z Rákošy - to ze względu na opłakany stan kościółka znajdującego się zupełnie z dala od tras turystycznych. Mamy nadzieję, że nie rozsypie się całkiem.

Galeria: 

Spišsky Hrad - romański pałac i donżon z XIII w.

Wystarczy z Popradu kierować się na Prešov. Kilkanaście kilometrów za Levočą zobaczymy niezwykły widok. Nad sennym miasteczkiem Spišské Podhradie góruje monumentalne zamczysko - najrozleglejsze w tej części Europy. Ruiny rozciągają się na 4 hektarach wzgórza o wysokości 600 m. npm. Mieszkali tu już Celtowie. Pierwsze wzmianki o zamku pojawiają się w XII w. Ponoć podczas najazdu tatarskiego w 1241 r. tu właśnie chronili się mieszkańcy Spiszu.

Zamek spiski to przekrój historii architektury od XII do XVII wieku. Interesujące nas, a więc pochodzące z czasów romańskich zabytki, odnajdujemy na górnym zamku. To przede wszystkim ogromny, zawieszony nad przepaścią pałac. Ruiny noszą ślady wielu późniejszych przebudów, co doskonale widać po ilości i różnorodności okien. Są wśród nich też dwa biforia, jedno proste, drugie z kolumienką o kapitelu zdobionym guzłami, podobnie jak w pobliskiej Spišskiej Kapitule. Kolejnym zabytkiem z czasów romańskich na górnym zamku jest tzw. donżon czyli wieża mieszkalno-obronna, o okrągłej podstawie i lekko zwężającym się ku górze kształcie. W ramach zwiedzania można wspiąć się na sam szczyt - widok niezapomniany. Tym bardziej, że wrażenie robią już same schody umieszczone w grubości muru. Z XIII wieku pochodzą także fortyfikacje górnego zamku. Dodajmy jeszcze, że pierwszy donżon na Spiskim Zamku znajdował się niżej - zarys jego przyziemia można oglądać na podzamczu. Było to w czasach, gdy cały zamek składał się w zasadzie z tej wieży mieszkalnej (zobacz rycina obok).

Bardzo przyjemne wrażenie robi to, jak zamek został zagospodarowany. Wzniesiono tu repliki średniowiecznej zabudowy drewnianej, która w sezonie służy za stragany, przy których można nawet postrzelać z łuku. Idealne miejsce do przyjazdu z dziećmi, a i dorośli miłośnicy architektury na pewno nie będą się nudzić. Zwłaszcza, że w pobliżu jest Spišská Kapitula oraz Żehra. Wszystkie te zabytki wraz z zamkiem, figurują wspólnie na liście Dziedzictwa Światowego UNESCO.

Warto zobaczyć też: www.slovakheritage.org

Galeria: 

Spišská Kapitula - katedra św. Marcina

Trafić tu nietrudno, bo mówimy o jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc na Słowacji. U stóp Spiskiego Zamku leży miasteczko Spišské Podhradie. Wystarczy z Popradu kierować się na Prešov, minąć Levočę (a najlepiej zatrzymać się tu w katedrze św. Jakuba i zobaczyć gotyckie rzeźbiarstwo Mistrza Pawła) i niebawem odbić w prawo. Po przeciwległej niż zamek stronie miasteczka piętrzy się drugie wzgórze - nazwane imieniem św. Marcina, a na nim Spišska Kapitula - siedziba biskupa spiskiego, zwana "Słowackim Watykanem".

To urokliwy zespół urbanistyczny, miasteczko kościelne otoczone XIV- wiecznymi murami. Jest tu seminarium i malownicze uliczki z widokiem na Spissky Hrad, ale przede wszystkim potężna katedra św. Marcina. Dziś gotycka, ale jej dwuwieżowa fasada zachodnia zachowała romański kształt z XIII wieku. Oglądamy tu dwa poziomy biforiów o głowicach kolumienek zdobionych guzłami. Przestrzenie ścian wieży dzielone są lizenami i fryzami arkadkowymi (o nieco wyostrzonych łukach arkadek). U dołu, osadzony w zdobionej arkadkami wimperdze, znajduje się piękny uskokowy portal, gdzie głowice kolumienek łączą się w zygzak dekorowany guzłami - takimi samymi jak w biforiach i - dodajmy - jak w biforium na Zamku Spiskim.

Romański jest również drugi portal, północny - dzisiaj ukryty w kruchcie. Jest węższy, mieści jednoskrzydłowe drzwi, ale ma podobną dekorację. Niestety, nie pozwolono nam go sfotografować. Żeby fotografować wnętrza kościołów na Słowacji, trzeba mieć zgodę biskupa, a najlepiej samego Papieża... Nie mamy pojęcia, co takiego do ukrycia mają słowackie Kościoły. Najpewniej monopol na pocztówki.

Romański charakter ma kruchta wieżowa, gdzie zachowały się masywne sklepienia krzyżowo-żebrowe i filary wiązkowe. Nawa kościoła była podwyższona, warto zwrócić uwagę na filary - mniej więcej dwóch trzecich wysokości zachowały się pierwotne ich głowice, ujawniając oryginalną wysokość nawy. Romańska jest także rzeźba z 2 połowy XIII w., którą zobaczymy zaraz po wejściu przez północny portal - sfotografowana przez nas z narażeniem się na słowacką anatemę - to Leo Albus, Biały Lew o ujmująco błogim uśmiechu. Kościół był wielokrotnie przebudowywany, znajdujemy tu więc wszelkie możliwe style. Warto dodać, że był on regotycyzowany - w 1873-89 usunięto zeń barokowe dodatki. Podobnie stało się we wnętrzu, które dziś mieści kolekcję pięknych, filigranowych gotyckich ołtarzy.

Pięknie tu i spokojnie, Słowacki Watykan to miejsce, gdzie znakomicie się odpoczywa. Odwiedzając Spiski Zamek, trzeba tu koniecznie zajrzeć.

Kapituła Spiska figuruje na liście Dziedzictwa Światowego UNESCO.

Galeria: 

Spišská Stara Ves - romańskie płaskorzeźby z XII w.

Spišská Stará Ves znajduje się zaraz za przejściem granicznym w Niedzicy. W tej sennej miejscowości, oprócz masowo odwiedzanych przez Polaków potravin, odnajdujemy kościółek, przy którego bocznym wejściu wmurowano wtórnie romańskie płaskorzeźby. To przedsmak tego, co wielbiciela romańszczyzny czeka na Spiszu.

W okrągłych polach znajdują się dwie tajemnicze twarze. Płaskorzeźba po prawej stronie przedstawia brodatą postać z - być może - tonsurą zakonną. Zagadkowe są motywy roślinne, które ją okalają. Postać po lewej, nieco gorzej zachowana, otacza nimb z promieniami - tak przedstawiano Chrystusa, wszelako nasza postać mogłaby być Duchem Świętym - domyślamy się tak po promieniach skierowanych w dół.

Jeśli jednak ktoś z Państwa zna znaczenie tych płaskorzeźb, będziemy zobowiązani :) Tymczasem zachęcamy do odwiedzenia Starej Wsi Spiskiej w drodze na Spisz, albo przynajmniej podczas wypadu na narty w te rejony.

Galeria: 

Spišský Stvrtok - kościół św. Władysława z XIII w.

Miejscowość o prawie niemożliwej do wymówienia nazwie leży tam, gdzie rozwidla się droga z Popradu na Levocę i Nową Wieś Spiską. Stamtąd też prowadzą trasy dojazdowe pod Słowacki Raj. A w samej miejscowości leży kościół św. Władysława. Doskonale widać go jeszcze z trasy, a zwraca uwagę niezwykłą dobudowaną doń gotycką kaplicą. Romańskie są tutaj okna wieży - świadczą o tym, że powstał jeszcze przed najazdem tatarskim na Spisz. Reszta kościoła to już wczesny gotyk, wieżę wzniesiono w stylu przejściowym.

Wieża ma dwa poziomy biforiów. W każdym z nich znajduje się kolumienka o ozdobnym kapitelu, dekorowanym guzłami. Wieżę wieńczy typowy dla słowackiego gotyku hełm w kształcie iglicy z bocznymi iglicami, podobny do tego z gotyckiej katedry w Bardejovie. Nadaje on całości sympatyczny, rustykalny charakter.

Nie sposób natomiast nie wspomnieć o niezwykłej gotyckiej Kaplicy Zapolskich. Powstała w 1473 r. i uznawana jest za najpiękniejszą kaplicę gotycką Słowacji. Z zewnątrz wygląda, jakby ktoś wyciął segment francuskiej katedry i porzucił go na Spiszu, obok małego słowackiego kościółka.

Bardzo malownicze to miejsce i choć może romańszczyzny tu nie za wiele - warto zrobić przystanek w drodze do Spiskiego Zamku.

Galeria: 

Šivetice - rotunda p.w. św. Małgorzaty z XIII w.

Z Rimavskej Soboty kierujemy się na wschód ku miasteczku Tornal'a, przed którym odbijamy na Jelšavę, na drogę 532. Przed Jelšavską Teplicą znajduje się mała wioska Šivetice. Tu kierujemy się w lewo, na gruntową drogę prowadzącą na cmentarz. Na środku cmentarza, na który wchodzimy przez zabytkową barokową bramę, stoi zabytek bezcenny, według nas Grand Prix słowackiego romanizmu (ex equo z Rimavskimi Janovcami).

Jest to wielka rotunda z XIII wieku. Zbudowana jest z drobnej cegły, jej ściany zdobią wąskie ślepe arkady wydzielone lizenami. Rotundę mogli postawić joannici, na co wskazuje wybór jako patronki św. Małgorzaty. I nietypowe zdobienia elewacji, co zakon maltański najwyraźniej lubił (por. Stara Zagość). Jest to rotunda z tzw. apsydą wewnętrzną, niewidoczną na zewnątrz, oddzieloną od części dla ludu łukiem tęczowym. W tylnej części znajdowała się pierwotnie empora.

Całe wnętrze rozświetla tylko pięć rozglifionych okien: dwa nad portalem, a trzy na przeciwległej ścianie - w prezbiterium. Do środka prowadzi portal, wokół którego wyraźne są ślady wyburzonej kruchty. Jest to portal uskokowy, bez kolumn, o archiwolcie zdobionej solidnym wałkiem. Na tympanonie znajdują się resztki fresku - na nasze oko przedstawiającego zmartwychwstanie. Drzwi do kościoła - ku naszemu bezbrzeżnemu zdumieniu - okazały się zapraszająco otwarte. Wokół nie było nikogo. Na pohybel powszechnym na Słowacji zakazom fotografowania wnętrz, rozstawiliśmy statyw (fotografując, broń Boże bez lampy błyskowej!). Spędziliśmy tam dobrą godzinę.

Bo wewnątrz odnajdujemy prawdziwe cuda. Cała rotunda pokryta jest freskami z różnych epok, natomiast na ścianie apsydy, wokół prezbiterium, odnajdujemy te najważniejsze. Pochodzą z XIII w. Dolny pas fresków przedstawia Pasję - od ostatniej wieczerzy po złożenie do grobu i zmartwychwstanie. Górny - to legenda o św. Małgorzacie Antiocheńskiej - apokryficznej dziewicy i męczennicy, która za niewyrzeczeni się chrześcijaństwa została skazana na spalenie, potem na ugotowanie - ale modlitwy uchroniły ją od śmierci. Wreszcie, zginęła przez ścięcie.

To wprost nieprawdopodobne, że tak niezwykły zabytek stoi niepilnowany, a co więcej - tak rzadko odwiedzany. Polecamy gorąco wyprawę do rotundy św. Małgorzaty. Wrażenia niezapomniane!

Galeria: 

Żehra - Kościół p.w. Ducha Św. z XIII w.

Nie wolno pominąć tego miejsca, gdy jest się na Spiszu. Drogowskazy poprowadzą tutaj ze Spiskiego Zamku. Tutejszy kościół p.w. Ducha Świętego figuruje wraz z zamkiem i Spiską Kapitułą na liście Dziedzictwa Światowego UNESCO. Słynie z bodaj najokazalszych fresków na całej Słowacji.

Kościół, jak podają źródła z 1245 r., ufundował imć hrabia Jan. Budowę ukończono w 1275 r. Jest on prostą budowlą, dokładnie jak większość spiskich świątyń złożoną z nawy, prosto zamkniętego prezbiterium i wieży z biforiami. Budowano go w stylu przejściowym, późnoromańskim i wczesnogotyckim. Wielokrotnie go następnie modernizowano - ma dziś nawet cebulasty hełm wieży, wewnątrz zaś dobudowano w nawie gotyckie sklepienie oparte na jednym filarze. Z zewnątrz oglądamy biforia wieży oraz ładne podłużne rozglifione okienko prezbiterium z trójlistnym maswerkiem.

Dziś do środka wchodzi się przez wieżę, pierwotny romański portali zabudowano kruchtą. Uskokowy portal ma kształt ostrołuku, dobrze widać na jego przykładzie styl przejściowy. Ościeże wieńczą dwie pary kapiteli z motywem roślinnym. Na gładkim tympanonie zachował się fresk przedstawiający ukrzyżowanie. Freski o motywach geometrycznych zdobią też archiwoltę.

Do wewnątrz wchodzimy, odnalazłszy opiekunkę (kustosza - jak się tu mówi) - kościoła. Adres jest na tabliczce przy prowadzących na kościelne wzgórze schodach. Pani kustosz otworzy za niewielką opłatą, ale zdjęć robić nie pozwoli, choć próbowaliśmy ją zawzięcie korumpować. Nic z tego. Dlatego, pomni na nasz manifest, bez mrugnięcia okiem umieszczamy w tej galerii cztery zdjęcia z przewodnika dostępnego na miejscu do kupienia.

Bo właśnie wnętrze jest w Żechrze najważniejsze. Cały interior pokrywają malowidła romańskie i gotyckie, zdradzające inspiracje włosko-bizantyjskie. Najstarsze są tu tzw. zacheuszki, czyli krzyżyki konsekracyjne wymalowane na ścianach (w formie krzyża wpisanego w okrąg) - to miejsca, gdzie konsekrujący świątynię kapłan namaszcza krzyżmem ściany. Z XIII wieku pochodzi również fresk z portalu. XIV-wieczne freski odnajdujemy w prezbiterium i na ścianie łuku tęczowego. Na krzyżowo-żebrowym sklepieniu prezbiterium widnieje bodaj najciekawszy: po północnej stronie widzimy postać z trzema twarzami. Oznaczać ma ono ni mniej ni więcej, lecz Trójcę Świętą. Po przeciwnej stronie widzimy Abrahama i 12 plemion Izraela.

Drobiazgowe opisanie wszystkich tych fresków wymagałoby osobnej strony internetowej, zamiast tego zachęcamy, by zobaczyć je na własne oczy. My mieliśmy mnóstwo szczęścia - gdy tam byliśmy, barokowe ołtarze zostały akurat wywiezione do konserwacji. Widzieliśmy czyste wnętrze i freski na co dzień niedostępne, bo ukryte za barokiem. Zakaz fotografowania bolał jak nigdy...

Żehra - obecność obowiązkowa!

Zobacz też: www.slovakheritage.org

Galeria: 

Turcja - Stambuł

Konstantynopol, dzisiaj znany jako Stambuł. Jedna ze stolic świata, gdzie wykuwała się współczesna cywilizacja, gdzie bizantyjscy cesarze układali kanony wiary chrześcijańskiej, gdzie mieszały się herezje, Wschód z Zachodem. Gdzie powstał styl architektoniczny, który stał się punktem odniesienie dla całego zachodniego średniowiecza, ale i dla świata Islamu. Gdzie obok wspaniałych dzieł bizantyjskich budowniczych Izydora z Miletu i Antemiusza z Tralles stoją ich wspaniałe, młodsze siostry - meczety Mimara Sinana. Zapraszamy do spaceru pachnącymi orientalnymi przyprawami uliczkami i ulicami Stambułu, gdzie co jakiś czas zza rogu wygląda kopułka lub minaret... Zaliczamy Stambuł do "Romańskiej Europy", bo bez Stambułu/Konstantynopola romańskiej Europy po prostu by nie było. Zapraszamy!

Stambuł - bazylika Hagia Sophia z VI wieku

Królowa może być tylko jedna. I oto ona - Hagia Sophia. Niech to posłuży za wstęp.

Po raz pierwszy objawiła nam się, gdy przemoczeni do ostatniej nitki próbowaliśmy odnaleźć się w zupełnie dla nas nowym Stambule i trafić do naszego hostelu. Wyrosła przed nami niczym zikkurat, wielka, jakby trochę żywa przez swą nieregularność, przez wyglądające jak narośla dobudówki, przypory, półkopuły i minarety, dostojna i milcząca. Chwilę później, gdy już rozwiesiliśmy przy kominku wszystkie przemoczone ciuchy z plecaka, pałaszując pyszne, cudownie proste i aromatyczne jedzenie, które zamówił nam gospodarz naszego hostelu i grając w szachy (bo na zewnątrz pruło żabami) patrzyliśmy na nią, jak skrzy się w deszczu, pięknie oświetlona, dominująca nad miastem jak święta góra. Kiedy przestało, poszliśmy się przywitać (mieszkaliśmy przecież tuż za rogiem), a następnego dnia z samego rana ustawiliśmy się karnie w kolejce po bilet. A potem był już tylko opad szczęki i długie godziny posłusznego dreptania wzdłuż wyłożonych marmurami ścian, żeby nie przegapić żadnej ze wspaniałości.

Historia tego niezwykłego cudu architektury, który od prawie półtora tysiąca lat wciąż zachwyca i wzbudza konsternację (jakim cudem to jeszcze stoi?), jest kwintesencją historii tego kawałka antycznego świata. Pierwsza świątynia pod wezwaniem Mądrości Bożej stanęła tu, w miejscu dawnej, pogańskiej świątyni Artemidy w 360 roku. Jej budowę rozpoczął w 326 roku cesarz Konstantyn Wielki. Była to klasyczna bazylika konstantyńska, kryta drewnianym stropem. Spłonęła w czasie zamieszek wywołanych wygnaniem patriarchy Konstantynopola Jana Chryzostoma i nic, nawet najdrobniejszy relikt z niej nie pozostał. Drugi kościół, wzniesiony przez cesarza Teodozjusza II w 415 roku też długo nie posłużył - został zniszczony i spalony w 532 roku, w czasie zamieszek Nika, co wpisało się niekoniecznie złotymi zgłoskami w podwaliny historii stadionowego chuligaństwa (przypominamy, że zamieszki wywołali fani zwaśnionych drużyn startujących w wyścigach rydwanów). Z drugiego kościoła pochodzi fryz przedstawiający dwanaście baranków (symbolizujących dwunastu apostołów), który dzisiaj możemy podziwiać przed wejściem do bazyliki, więcej się niestety nie zachowało.

Jak na cesarza obdarzonego przydomkiem "Wielki", Justynian zabrał się do odbudowy, a w zasadzie do wzniesienia kościoła na nowo, z odpowiednim rozmachem. Wymarzył sobie budowlę, której świat nie widział, która zachwyci wszystkich i będzie zachwycać po wieki wieków. I należy przyznać, że mu się udało. Do tego trudnego i niezwykłego dzieła zatrudnił dwóch "naukowców" - mechanikoi, czyli uczonych w nauce i matematyce późnego antyku. Byli to Antemiusz z Tralles (matematyk i fizyk) oraz Izydor Starszy z Miletu (geometra i mechanik). Mówi się, że obaj nie mieli wcześniej do czynienia z budownictwem i do zadania podeszli teoretycznie, tworząc model geometryczny, który zgodnie z ówczesnym stanem wiedzy, powinien ustać. Tak rozpoczęła się trwając pięć lat budowa, gigantyczne przedsięwzięcie logistyczne, wymagające ściągnięcia z całego ówczesnego świata tego, co najcenniejsze - zielonego marmuru z Tessalii, porfiru z Egiptu, czarnego kamienia z Bosforu, żółtego kamienia z Syrii, a także - nikogo to wtedy nie dziwiło, chociaż nas może szokować - antycznych kolumn ze świątyni Artemidy w Efezie. Świątynia została poświęcona z wielką pompą 27 grudnia 537 roku. Naprawdę musiała wtedy robić wrażenie - jej kopuła długo pozostała największą istniejącą kopułą na świecie, o średnicy 31 metrów (tak naprawdę jest ona odrobinę eliptyczna) i wysokości prawie 50 metrów. Dzieło cesarza, do którego w trakcie budowy kościoła przemawiać miał anioł boży udzielając wskazówek, zostało ukończone. Obliczenia Antemiusza i Izydora sprawdziły się, rzeczywistość zweryfikowała pozytywnie ówczesny stan wiedzy geometrycznej (i w sumie to wiele się on tamtej pory nie zmienił), kopuła trzymała się na gigantycznych acz filigranowych pendatywach, rozkładając swój ciężar na ściany, filary i kolumny.

Ale niestety geometria nie pomoże, gdy do gry wchodzi geologia. A konkretnie sejsmika. Kościół nie postał w spokoju przez dwadzieścia lat, gdy trzęsienia ziemi przyczyniły się do zawalenia wielkiej kopuły. Odbudował ją Izydor Młodszy, powiększając przy tym kopułę do wysokości 55,6 metrów. Kościół pokryto bezcennymi, skrzącymi się złotem mozaikami o charakterze geometrycznym i tak kościół szczęśliwie przetrwał do kolejnej dziejowej zawieruchy, czyli epoki ikonoklazmu (VIII/IX wiek), kiedy to z wyposażenia kościoła zniknęły wszystkie ikony i przedstawienia figuralne. Koniec epoki ikonoklazmu to kolejne katastrofy dla bazyliki - wielki pożar i trzęsienia ziemi. Zniszczenia, jakich doznał kościół dały jednak pretekst do udekorowania go na nowo, w duchu nowej ideologii. Wtedy to powstały majestatyczne mozaiki o charakterze figuralnym - Hodegetria w apsydzie, mozaika w tympanonie, mozaika w tympanonie południowym, mozaiki Ojców Kościoła. X wiek przyniósł kolejne trzęsienie ziemi i kolejne zawalenie kopuły, jednak szybko sobie z nim poradzono. Bazylika bogaciła się o kolejne mozaiki, których zwieńczeniem jest monumentalne Deesis w południowej galerii.

Z kolejnej katastrofy jednak Hagia Sophia się już nie podniosła. A wszystkiemu winni, oczywiście, katolicy. w 1204 roku zmanipulowani przez weneckiego dożę Dandola, krzyżowcy IV krucjaty, wygłodniali łupów i rzezi, wdarli się do cierpiącego już na pewne objawy uwiądu starczego bizantyjskiego Konstantynopola i urządzili sobie tam krwawe łowy. Hagia Sophia została splądrowana, wszystko, co wartościowe - złoto, kosztowności, ale i zgromadzone tu przez pokolenia cesarzy relikwie zostały rozkradzione i rozwleczone po Europie. Kronikarze donoszą, że do wyrywania wartościowych elementów wyposażenia ze ścian użyto mułów, a żeby dopełnić obraz upadku, rozzuchwaleni rycerze sprowadzili tu ladacznicę, która zasiadła na tronie patriarchy tańcząc i parodiując ortodoksyjną liturgię. Bazylikę uczyniono katolicką katedrą, ale łacinnicy najwidoczniej czuli, że są tu tylko na chwilę, bo zupełnie nie inwestowali w zdewastowany i zniszczony przez nich samych kościół. W 1261 roku Hagia Sophia wróciła w ręce Biznatyjczyków, ale w stanie urągającym jej godności. Mimo wysiłków cesarzy, nie udało się zachować bazyliki przed coraz to większym upadkiem. Ziemia trzęsła się dalej, a cesarzom coraz trudniej było utrzymać w dobrej kondycji nie tylko bazylikę, ale i kurczące się imperium. Mieli większe zmartwienia, niż pojawiające się w kopule rysy i pęknięcia.

I wreszcie - stało się. w 1453 padły nadwyrężone już przez Krzyżowców mury Teodozjusza. Do miasta wkroczyły wojska Mehmeda Zdobywcy, przypieczętowując to, co już się stało - cesarstwo przestało istnieć. Odszedł do lamusa ostatni relikt antycznego świata, który przetrwał średniowiecze, żeby umrzeć razem z nim. Nowy władca kazał uprzątnąć zdewastowany kościół i to właśnie tu udał się na pierwszą piątkową modlitwę po zdobyciu miasta. Wkrótce zaroiło się tu od nowych budowniczych pieczołowicie przekształcających cesarską bazylikę w sułtański meczet. Rysy i pęknięcia zostały załatane, a wszystkie mozaiki z wyjątkiem Matki Boskiej w apsydzie i serafinów w pendatywach, zostały pokryte tynkiem. Posadzka pokryta została dywanami, powstał też drewniany minaret. Dodano mimbar (podwyższenie dla imama czytającego w piątek Koran), mihrab (wnękę wskazującą kierunek Mekki). W XVI wieku za Hagię Sophię zabrał się Mimar Sinan, nadworny architekt kilku następujących po sobie sułtanów, dodając minarety, wzmacniając konstrukcję kopuły, żeby już nigdy się nie zawaliła. Budowla wywarła na architekcie takie wrażenie, że do końca życia był pod jej wpływem, starając się w swoich realizacjach powtórzyć efekt znany z tego miejsca. Z czasów sułtanów pochodzi również wydzielona w południowej nawie biblioteka, loża sułtańska, medaliony z pięknie kaligrafowanymi imionami Proroka i kalifów prawowiernych oraz olbrzymie świece po bokach mihrabu przywiezione przez Sulejmana Wspaniałego z kampanii węgierskiej. Zmieniało się też otoczenie kościoła, obrastając w dodatkowe budynki - mauzolea sułtanów (pierwsze powstało w danym baptysterium), medresa, fontanna do rytualnych ablucji. W XIX wieku meczet poddano gruntownemu remontowi. Zatrudniono do tego włoskich architektów, braci Fossati. W budynku połatano pęknięcia, rysy, ustabilizowano kolumny i ściany. Zdjęto tynki odsłaniając zachowane mozaiki, po czym... zatynkowano je z powrotem. W 1934 roku, po rewolucji Ataturka, Hagia Sophia została ustanowiona muzeum. Z posadzki zdjęto dywany, ze ścian tynk odsłaniając zachowane mozaiki i konserwując je. Od tamtej pory działa tutaj prężne muzeum, które codziennie odwiedzają tysiące zwiedzających. Wśród nich znaleźliśmy się też my.

Kształt kościoła to ośmiokąt, z wpisanym weń kwadratem, z wpisanym w tenże kwadrat kołem. Wystarczy w naroża ośmiokąta wpisać półkola i podzielić go na nawy i będziemy mieć rzut Hagii Sophii. Do kościoła wchodzimy przez zachodni narteks, w którym zachowały się oryginalne drzwi. Olbrzymia hala nawy głównej robi niesamowite wrażenie. Wrażenie przestrzeni jest przytłaczające, kopuła wydaje się być tak wysoko, że stanowi coś na kształt złotego nieba (wrażenie potęgują zawieszone nisko żyrandole). Głosy odbijają się od ścian i wracają z echem. Wnętrze jest tak wielkie, że ma się wrażenie, że złotą apsydę z niesamowitym wizerunkiem Hodegetrii przesłania mgiełka. Trudno to wnętrze objąć na raz. Również fotograficznie - mimo, że wewnątrz nie jest wcale tak ciemno, zdjęcia wychodzą bure, nawet na podkręconych do oporu parametrach czasu i przesłony.

Pod mimbarem śpi w najlepsze przedstawiciel dumnego rodu Stambulskich Wszarzy nic sobie nie robiąc z tłumów turystów i oficerów ochrony spacerujących ze znudzonym wyrazem twarzy w tę i z powrotem powtarzając jak mantrę "No flash, no flash, please" (niestety trzeba to ludziom cały czas powtarzać, nawet w takich miejscach). Apsyda, z wydającym się filigranowym, widzianym stąd, wizerunkiem Hodegetrii, pięknie zamyka przestrzeń. Monumentalne ściany naw wydają się prawie nic nie ważyć, gdy patrzy się na nie z odległości, oparte na kilku zaledwie kolumnach o kapitelach zdobnych w monogram cesarza. Ściany zdobią marmury układane specjalną techniką - bloki marmuru rozcinano na pół i rozkładano jak książkę, co dawało ciekawe, symetryczne wzory. Nawy boczne wydają się ciasne, w porównaniu z wielką jak hala sportowa nawą główną. Spacerujemy w cieniu kolumn zwiedzając wystawione w nawie południowej arcydzieła arabskiej kaligrafii. W jakiś przedziwny sposób wydają się tutaj bardzo na miejscu.

Na emporę wchodzimy wąskim pasażem w grubości muru. Widok z góry jest jeszcze bardziej wspaniały, szczególnie gdy stanie się w oznaczonym zielonym marmurem miejscu, gdzie stał tron imperatora. Zachodnia empora - cesarska - dzisiaj świeci pustkami, ale widok stąd jest olśniewający. Z obu symetrycznych galerii ciekawsza jest ta południowa, gdzie za marmurowym przepierzeniem zwanym "Drzwiami nieba i piekła" odbywały się synody biskupów (w jakiś dziwny sposób nazwa ta również wydaje się bardzo na miejscu). To w południowej galerii znajdują się bowiem najpiękniejsze mozaiki w całym kościele.

Bo przecież mozaiki to wielki skarb Hagii Sophii. Żeby nie rozpisywać się o nich zbyt drobiazgowo (je trzeba przede wszystkim zobaczyć), wymienię je tylko pokrótce. Zaczynając od wejścia, napotykamy tu, nad drzwiami imperialnymi, w tympanonie wizerunek cesarza Leona IV adorującego królującego Chrystusa. Sąsiednie wejście zdobi zaś przedstawienie ofiarowania przez Konstantyna Konstantynopola, a przez Justyniana kościoła Hagia Sophia, Matce Boskiej. W apsydzie znajdziemy wspomnianą Hodegetrię, arcydzieło sztuki bizantyjskiej, o delikatnych, spokojnych rysach twarzy z cieniem uśmiechu i cudownych, harmonijnych proporcjach. Została ona stworzona tak, żeby patrzeć na nią z dołu. Kiedy spojrzeć na nią z boku, z samego końca galerii lub na robione z bliska zdjęcia, coś się nie zgadza, proporcje wariują, a całość wydaje się nieco niesymetryczna. Ale to właśnie kunszt bizantyjskich mistrzów, którzy doskonale wiedzieli, skąd patrzeć będą na mozaikę ludzie i jak wywołać u nich odpowiedni efekt. Następnie, w północnej galerii znajdziemy prawie niewidoczny wizerunek cesarza Aleksandra z X wieku. Na samej górze, ponad galerią północną znajdziemy niewielkie wizerunki Ojców Kościoła. W południowej galerii zaś trafiamy na największe arcydzieło - Deesis z XII wieku. Odsłonięty duży fragment olbrzymiej mozaiki przedstawiającej Chrystusa Pantokrara w otoczeniu Matki Boskiej i Jana Chrzciciela. Rysy twarzy wszystkich postaci wydają się wręcz idealne. Spokojny i dostojny Chrystus, przepełniony bólem Jan Chrzciciel, skromna i nieco zrezygnowana Maria. Naprzeciwko mozaiki warto zwrócić uwagę na wtopiony w posadzkę grób doży Dandola. Aż ma się ochotę przydepnąć... W południowej galerii znajdziemy też pozostałości po najstarszych, geometrycznych mozaikach z VI wieku. Na samym końcu galerii znajdujemy mozaikę Komenów z XII wieku przedstawiającą cesarza Jana II Komena z żoną Ireną adorujących Matkę Boską z dzieciątkiem oraz mozaikę cesarzowej Zoe, przedstawiającą cesarzową Zoe z mężem (to ona była cesarzem i rządziła krajem) ofiarowujących dary Chrystusowi. Całości dopełniają serafiny w pendatywach kopuły. Dwa wschodnie są oryginalne, dwa zachodnie zostały domalowane przez braci Fossati. W czasach Islamu anioły miały zasłonięte twarze.

O bazylice Hagia Sophia można opowiadać godzinami, tak jak godzinami można po niej chodzić, wracając po własnych śladach i zawsze znajdując coś nowego. To absolutnie fundamentalne dzieło dla średniowiecznej (a siłą rzeczy i każdej innej) architektury, miejsce tak gęste od kulturowych i historycznych znaczeń, że wydaje się zaginać czasoprzestrzeń i powodować zaburzenia grawitacji. To pewnie dlatego większość naszych spacerów po Stambule kończy się rytualną rundką wokół Hagii Sophii, w towarzystwie, a jakże, Stambulskich Wszarzy. I pewnie tu jeszcze wrócimy. Nie raz.

Galeria: 

Stambuł - kościół Hagia Eirene z IV wieku

Niezainteresowani mogą nie zwrócić uwagi na ten niezbyt rzucający się w oczy budynek znajdujący się na pierwszym dziedzińcu pałacu Topkapi. Po wspaniałościach fontanny Ahmeta III i Bramy Imperialnej, a mając w perspektywie Diwan, Harem i Sanktuarium, gdzie przechowuje się płaszcz Proroka, suknię Fatimy (oprócz tego miecz Dawida i laskę Mojżesza) można w w dzikim pędzie przejść obok niego obojętnie. Ale nie my, czujni poszukiwacze romańskich i bizantyjskich pamiątek. Bo ten surowy budynek z drobnej, rudej cegły to tak naprawdę najstarszy kościół Konstantynopola - kościół Pokoju Bożego, Hagia Eirene.

Kościół powstał za panowania Konstantyna w IV wieku, na miejscu pogańskiej świątyni. W czasie zamieszek wywołanych przez zwalczające się grupy kibiców drużyn startujących w wyścigach rydwanów (zjawisko kibolstwa znane więc jest już od tysiącleci, całe szczęście dzisiaj kończy się na zdemolowanych stadionach i autobusach, a nie na spaleniu całego miasta) w VI wieku został spalony i odnowiony, podobnie w VIII wieku po trzęsieniu ziemi, jednak jego kształt pozostał właściwie bez zmian. Po zdobyciu miasta prze Turków kościół jako zbrojownia Janczarów wszedł w skład kompleksu pałacowego Topkapi. W ostatnich dziesięcioleciach zamieniony został na muzeum, które podobno można zwiedzać po uprzednim umówieniu się (jednak nie dotarliśmy do informacji z kim ani gdzie należy się umówić). Kościół używany jest też jako sala koncertowa (z powodu bardzo dobrej akustyki) i tak najłatwiej się do niego dostać - podczas koncertu. Nie mieliśmy jednak tego szczęścia i w czasie naszego pobytu w Stambule nie trafił nam się żaden koncert w Hagia Eirene. A szkoda, bo z opisów i zdjęć wnętrze kościoła jest o wiele ciekawsze, niż jego zewnętrze.

Kościół z zewnątrz - jak zresztą wszystkie bizantyjskie kościoły - to wielka bryła składająca się z ceglanych, przeszkolnych monumentalnymi oknami, nagich ścian (kunszt bizantyjskich architektów, którzy potrafili tak odciążyć wysokie ściany, że budowanie tak dużych okien stało się możliwe, budzi prawdziwy respekt), załomów, skomplikowanej i wizualnie niezbyt efektownej plątaniny płaszczyzn i brył. To, co najciekawsze, czeka podobno wewnątrz. A jest to surowe wnętrze o przestrzeni zorganizowanej według klasycznych założeń rzymskiej bazyliki - dwie nawy oddzielone kolumnadą, apsyda i kopuła. W apsydzie zaś znajdujemy jedyny zabytek tego rodzaju zachowany w Stambule - tzw. synthronon, czyli amfiteatralne schody/siedzenia dla kleru. Niestety wewnątrz nie przetrwała oryginalna dekoracja ścian, freski ani mozaiki.

Obchodzimy kościół Hagia Eirene w towarzystwie oczywiście wszechobecnych kotów, które w ruinach otaczających kościół znalazły miejsce do dokazywania, szarpiemy za klamkę na głucho zamkniętych drzwi i idziemy dalej, zwiedzać wspaniałości pałacu Topkapi, którzy bardzo miło nas zaskoczył. Okazał się bowiem nie tandetną atrakcją dla turystów, ale prawdziwie fascynującym (i odrobinę przerażającym) miejscem o tak odmiennych kulturowo korzeniach. Polecamy!

Galeria: 

Stambuł - kościół św. Sergiusza i Bakchusa z VI w.

Kościół św. Sergiusza i Bakchusa znany również jako "Mała Hagia Sophia" (Küçuk Ayasofya Camii), to niewątpliwie jeden z najważniejszych i najpiękniejszych reliktów Bizancjum w Stambule. Przypuszcza się, że ten niewielki rozmiarem, ale ogromny przez swoją wagę kościół był pierwowzorem (chociaż nie w dosłownym znaczeniu) bazyliki Mądrości Bożej, czyli Hagia Sophia. Natomiast można zauważyć bardzo wyraźnie podobieństwo do kościoła San Vitale w Rawennie, który ewidentnie wzorowany jest na naszym bohaterze. Kościółek św. Sergiusza i Bakchusa to jedna z pierwszych fundacji wielkiego cesarza Justyniana. Kościół był pierwotnie częścią większej całości, klasztoru (monofizyckiego), w swojej bogatej historii zaliczył też flirt z ikonoklazmem. Za panowania sułtana Bejazyda II został zamieniony na meczet i tak już zostało.

Z zewnątrz - jak większość bizantyjskich kościołów - nie prezentuje się zbyt okazale. Proste ściany z burej cegły, bez żadnych ozdób. Otoczony jest dziś muzułmańskim cmentarzem, ładnym ogrodem z drewnianą medresą, gdzie dziś można napić się kawy, zapalić nargilę lub kupić naprawdę bardzo ładne rękodzieło. A dookoła przechadzają się prawie tak bezczelne jak stambulskie wszarze - gęsi.

Wnętrze oszałamia. Wchodzimy, błękitny dywan ugina się pod bosymi stopami (pamiętajmy - jesteśmy w czynnym meczecie). W środku panuje chłód, biel i błękit. Otwiera się przed nami oktagonalna przestrzeń, pierwotna, romańska forma, oktagon wpisany w kwadrat, forma doskonała. Rzędy kolumn podtrzymują arkady, powyżej empora otwiera się do wnętrza filigranowymi triforiami. Poziomy oddziela fryz chwalący dzieła cesarza Justyniana, cesarzową Teodorę i św. Sergiusza. Całość wieńczy kopuła. Gładkie, białe ściany zdobią błękitne geometryczne ornamenty. Kiedyś te ściany zdobiły mozaiki, które niestety nie przetrwały najpierw ikonoklazmu, a potem zwycięstwa Islamu. Przestrzeń koncentruje się wokół apsydy, gdzie dzisiaj stoi mihrab - nisza wskazująca Mekkę. Po prawej stronie od apsydy - mimbar, podest, z którego imam w piątki wygłasza chutbę - uroczyste kazanie.

Po schodach wchodzimy na emporę. Po drodze mijamy okienko przez które widzimy, jak autentyczny muezzin wzywa wiernych na modlitwę. Jest piątek, dzień święty dla muzułmanów - chodzimy na palcach (chociaż to w zasadzie niepotrzebne, dywan tłumi wszystkie odgłosy), żeby nie zakłócić odświętnej atmosfery. Wokół imama siedzącego niedaleko mihrabu zgromadziło się kilkoro wiernych i dyskutują po cichu. Ciszę przerywają tylko ich stłumione głosy i odgłos migawki naszego aparatu. Obchodzimy emporę kilka razy spoglądając to w dół, to w górę, na niesamowitą kopułę. Na koniec siadamy, jak to w meczecie, wprost na dywanie i dajemy uspokoić się hipnotyzującemu rytmowi kolumn.

Wychodzimy, a na zewnątrz, przy fontannie do rytualnych ablucji już gromadzi się tłumek mężczyzn. Btw. przekonaliśmy się w wielu meczetach, które zwiedzaliśmy, że wymóg rytualnego umycia nóg, ma również bardzo praktyczny wymiar - w niektórych meczetach istnieje nawet instytucja pani pryskającej odświeżaczem powietrza po nogach turystów, który - oczywiście - nóg przed wejściem do meczetu nie umyli, ale buty zdjęli.

Obchodzimy jeszcze kościółek/meczecik dookoła. Towarzyszy nam jednooki kot, który trudno powiedzieć czego od nas chce, bo pogłaskać się nie daje. Biegnąca kilka metrów dalej trasa kolejki miejskiej daje o sobie znać dobrze wyczuwalnymi wibracjami i wizgiem pędzącego pociągu. Siadamy jeszcze na chwilkę w zaciszu medresy, pijemy obłędnie słodką herbatę i ruszamy dalej. Wszystkim zainteresowanym architekturą bizantyjską, romańską i nie tylko, polecamy gorąco to miejsce. Z dala od tłumu turystów można tu poczuć autentycznego ducha dziejów.

Galeria: 

Stambuł - kościół św. Zbawiciela na Chorze z XI wieku

Przez konserwatywną dzielnicę Fatih przedzieramy się autobusem. Bród, czarczafów i zawojów zrobiło się nagle więcej, zniknęły ze sklepowych witryn frywolne sukienki i podkoszulki z nadrukami, za to ich miejsce zajęły sprzęty kuchenne wszelkiej maści, warzywa i drobne zakłady rzemieślnicze produkujące rzeczy, o jakich nam się nie śniło (na przykład oczka do maskotek). Miejsce, w które się wybieramy leży trochę na uboczu turystycznych szlaków prowadzących od pałacu Topkapi, przez Błękitny Meczet, Wielki Bazar prosto na Galatę i modne ostatnio Beyoğlu. Co nie znaczy, że nie jest to miejsce ciekawe, choć dociera tu tylko ułamek procenta zwiedzających wspaniałości cypla pałacowego. Nas nie mogło tu zabraknąć - przecież w kościele św. Zbawiciela na Chorze znaleźć można najpiękniejsze (no, może z wyjątkiem tych w kościele Hagia Sophia) bizantyjskie mozaiki w Stambule.

Kościół św. Zbawiciela na Chorze znajduje się z dala od większości atrakcji Stambułu, chociaż wciąż w ścisłym centrum, w obrębie murów Teodozjusza. Ale nie było tak zawsze - powstał w V wieku, w czasach Justyniana, jako kaplica położona "za murami", "na wsi" (khora po grecku to właśnie "wieś"). W czasach Komenów kościół pełnił funkcje kaplicy pałacowej i już wtedy zaczęły się jego przebudowy, by w XI wieku Maria Daukaina, czcigodna teściowa imperatora, wybudowała kościół w zasadzie od nowa. W czasie niefortunnej krucjaty kościół został splądrowany przez łacinników. W XIV wieku kościół został rozbudowany przez cesarskiego ministra skarbu, dodano zachodni narteks oraz kaplicę grobową (paraklezjon). Wtedy też ozdobiono go mozaikami. W XVI wieku kościół został zamieniony na meczet a wszystkie freski i mozaiki przykryte tynkiem. Wspaniałości ery Bizancjum ujrzały światło dzienne z powrotem w roku 1945, kiedy to kościół /meczet został ustanowiony muzeum.

Sylwetka pękatej kopuły i pojedynczego minaretu wyłaniają się z otoczenia starych, drewnianych domów rodem z opowieści Orhana Pamuka. Jak większość bizantyjskich kościołów nasz bohater nie jest zbyt efektowny z zewnątrz. Połamana, niesymetryczna bryła bez żadnych ozdób nie licząc może różowej cegły na układanej na przemian z białym kamieniem. Oczywiście wszędzie snują się koty, ale specjalnie nas to nie dziwi.

Kościół sprawia wrażenie labiryntu ciasnych pasaży i korytarzyków, przesklepionych tu i ówdzie drobną kopułą. Zasadniczo składa się z nawy, zewnętrznego i wewnętrznego narteksu, paraklezjonu, z przylegającymi do apsydy diakonikonem (czyli plus-minus w obrządku wschodnim zakrystią) oraz prothesis (miejscem, gdzie przechowywano dary na rzecz parafii i kościoła). Ze wszystkich wnętrz nawa sprawia chyba najmniejsze wrażenie. Puste, przesklepione kopułą wnętrze o gładkich, wykładanych marmurem ścianach, kontrastuje z bogactwem kolorów narteksów (choć i marmurowe dekoracje ścian są niezwykłe - wykonano je z płyt przecinanych wzdłuż i zestawianych tak, by obie płaszczyzny przecięcia stanowiły lico - dając efekt lustrzanego odbicia wzorów marmuru. Wyglądają jak gigantyczne, kamienne testy Rorschacha). To pomieszczenie było centrum meczetu, stąd staranność, z jaką muzułmanie pozbyli się wyobrażeń figuralnych. W ascetycznym wnętrzu przetrwały tylko ich pozostałości, ale są one bardzo ciekawe. Nad wejściem do nawy znajduje się mozaika przedstawiająca zaśnięcie Najświętszej Marii Panny. Leżąca na katafalku postać Matki Boskiej otoczona jest przez świętych. W centrum znajduje się postać Jezusa, trzymającego na kolanach postać małej Marii, symbolizującej jej duszę. Mozaika wzbudza w nas lekką konfuzję - przyzwyczailiśmy się do przedstawień Matki Boskiej trzymającej na kolanach małego Jezusa, nie na odwrót. Po obu stronach apsydy odnaleźć można zniszczone bardzo mozaiki przedstawiające Jezusa i Marię.

Prawdziwa uczta czeka nas w wewnętrznym i zewnętrznym narteksie. Po obu pomieszczeniach chodzić można godzinami analizując skrzące się złotem i czerwienią mozaiki. Przedstawiają żywot Najświętszej Marii Panny i Jezusa, od pierwszych kroków małej Marii (która zgodnie z ikonografią przedstawiana jest nie jako niemowlę czy dziecko, ale jako miniaturowa Matka Boska) po cuda czynione przez Jezusa. Szczegóły i dopracowanie każdej sceny budzą podziw nad precyzją i pomysłowością autorów. Na dłużej zatrzymujemy się przy scenie kuszenia Chrystusa, z kwestiami wypowiadanymi przez bohaterów w postaci niemalże komiksowych "dymków". Zwraca uwagę również olbrzymia (chociaż niezachowana w całości) mozaika na wschodniej ścianie wewnętrznego narteksu, przedstawiające Chrystusa Pantokratora, w otoczeniu Matki Boskiej oraz przedstawcieli cesarskiej rodziny - cesarza Izaaka Komena oraz córki Michała Paleologa VIII, Melanii, poślubionej księciu Mongolii. W zewnętrznym narteksie zwraca uwagę Chrystus Pantokrator o zdeformowanej dłoni (przypadek, zamiar, czy wypadek przy pracy?).

Paraklezjon zdobią freski, z kulminacyjnym freskiem w apsydzie, przedstawiającym Jezusa uwalniającego z grobów Adama i Ewę. Na ścianach i sufitach kaplicy znaleźć możemy też sceny sądu ostatecznego. Warto zwrócić uwagę, że postacie przedstawione na freskach mają gdzieniegdzie wydrapane twarze i oczy, podobnie figury aniołów zdobiące kapitele kolumn mają skute twarze. To pozostałości agresji symbolicznej z czasów podboju Konstantynopola przez Turków.

Mimo, że kościół św. Zbawiciela na Chorze nie znajduje się na oczywistym szlaku stambulskich atrakcji, to dla miłośników Bizancjum czy architektury i sztuki średniowiecznej jest to przystanek obowiązkowy. Dodać należy, że stąd tylko kilka kroków do murów Teodozjusza, kolejnego arcydzieła inżynierii spadkobierców Imperium Romanum. A spacer wśród starych, drewnianych domów Stambułu, może być niezwykle przyjemny i pouczający.

Galeria: 

Stambuł - mury Teodozjusza z V wieku

Rejony Stambułu nieco bardziej odległe od centrum i turystycznych atrakcji Sultanahmet mają swój niepowtarzalny koloryt. Spod kościoła na Chorze, otoczonego trzymającymi się tej biznatyjskiej perełki knajpkami i sklepikami z pamiątkami, ruszamy dalej na północ. Spacerem przez uliczki udekorowane girlandami suszącego się na sznurkach prania, wzdłuż pozamykanych (bo południe i siesta) okiennic, w towarzystwie leniwie snujących się od śmietnika do śmietnika Stambulskich Wszarzy, zmierzamy w stronę jednego z militarnych cudów świata późnego antyku i wczesnego średniowiecza - Murów Teodozjusza.

To musiało robić wrażenie na tych napastnikach, którzy odważyli się podejść pod mury Konstantynopola. Zbudowane w V wieku przez cesarza Teodozjusza mury składały się z dwóch łańcuchów umocnień (w układzie fosa, mur zewnętrzny o wysokości ponad 7 metrów, droga dla wojska, mur wewnętrzny o wysokości 12 metrów) o długości 6,5 kilometra, z 192 wieżami i 11 bramami. Zamykały cały półwysep od zachodu, tworząc z niego niezdobytą (do czasu) twierdzę. Umocnienia od strony Złotego Rogu (zatoki głęboko wcinającej się w ląd, tworzącej coś na kształt szerokiego, lejkowego ujścia rzeki) były słabsze, ale wejścia do Złotego Roku strzegł przecież łańcuch przeciągnięty w poprzek zatoki, który uniemożliwiał wpłynięcie do niej floty. Monumentalne umocnienia zbudowano z kamienia i cegły, układanych regularnie na przemian.

Mury w swej historii służyły prawie tysiąc lat od powstania do ostatecznego zdobycia przez Mehmeda Zdobywcę, oparły się Arabom, Bułgarom i Seldżukom. Nie wytrzymały jednak naporu zdesperowanych i skonfundowanych politycznie Krzyżowców z IV krucjaty, którym wenecka flota pomogła sforsować strzegący Złotego Rogu Łańcuch. Drugi raz mury padły pod naporem Turków Osmańskich. Turcy dbali o mury i rozbudowywali je, jak również cały system broniących nazywającego się od tej pory Stambułem miasta. Jednak i na mury przyszedł kres, kiedy tradycyjny model wojny odszedł do lamusa. Miasto rozrastało się i potrzebowało przestrzeni oraz budulca. Niszczejące mury zaczęto rozbierać, a pięknie obrobiony bizantyjski kamień dzisiaj pewnie znaleźć można w fundamentach wielu okolicznych domów.

Dzisiaj Mury Teodozjusza to tylko atrakcja dla turystów, do tego niezbyt oblegana. W czasie naszego długiego spaceru wzdłuż murów nie spotkaliśmy tu ani pół turysty. Spacer wzdłuż tego niezwykłego dzieła starożytnych architektów to przyjemna odmiana po zatłoczonym centrum Stambułu - radzimy wybrać jednak zewnętrzną ścieżkę - po wewnętrznej stronie czasem nie ma za bardzo jak przejść, tak mury zarosły gęstą zabudową domków i warsztatów. Spacer zewnętrznym pasem wśród zieleni będzie również przyjemniejszy biorąc pod uwagę, że po wewnętrznej, w okolicy meczetu Mihrimah (warto wejść tu chociaż na chwilę, świetliste wnętrze jednego z ostatnich dzieł Sinana wręcz powala na dywan, polecamy też jadłodajnię przy meczecie, gdzie za śmieszne pieniądze można zjeść pyszne dania duszone) urządzono zajezdnię dla śmieciarek. Mury na całej swojej długości są niezwykle różnorodne - baszty, bramy, wieże, umocnienia... Są też w różnym stanie, jedne odcinki są lepiej zachowane, inne gorzej, można też spotkać kontrowersyjne, współczesne rekonstrukcje ostro krytykowane przez naukowców. W murach wycięto również szerokie prześwity, przez które biegną dzisiaj ruchliwe arterie komunikacyjne. Ciekawie jest obserwować, jak różni się Stambuł po obu stronach muru - po tej wewnętrznej mamy stare, niewielkie domy i kamienice, meczety i pałace, po zewnętrznej - ruchliwą autostradę, bloki i przemysłowe molochy. My skręcamy w Millet Caddesi i wygodnym (bo transport miejski w Stambule naprawdę robi wrażenie) tramwajem wracamy do centrum.

Mury Teodozjusza dają dobre wyobrażenie jakim wielkim przedsięwzięciem była w starożytności wojna, ale też i przetrwanie w zdominowanym przez wojnę świecie. A sam spacer od wspaniałości kościoła na Chorze i meczetu Mihrimah, przez dzielnicę biednych warsztatów po jednej i betonowych bloków po drugiej stronie muru daje też dobre wyobrażenie o współczesnym Stambule, rozpiętym między heroiczną przeszłością a truchtającą pracowicie w stronę przyszłości teraźniejszością.

Galeria: 

Stambuł - pałac Bukoleon od IV wieku

To, co pozostało z wielkiego pałacu bizantyjskich cesarzy dziś budzi bardziej melancholię, niż podziw. Jednak jeżeli zaprząc do pracy wyobraźnię i spróbować przyjrzeć się temu miejscu raz jeszcze, można poczuć się onieśmielonym...

Dzisiaj nawet ciężko tu trafić. Opuszczając plątaninę uliczek dookoła Błękitnego Meczetu kluczymy chwilę, przechodzimy pod linią kolejową i trafiamy na ruchliwą ulicę Kennedy'ego biegnącą wzdłuż wybrzeża morza Marmara. Tutaj, zaraz koło parkingu dla autobusów, znajduje się niewielki skwer. Kilka ławeczek z widokiem na pędzące tiry i zmierzające w stronę Bosforu drobnicowce. Ale kiedy zadrzeć głowę wyżej, zobaczymy majestatyczną ścianę z trzema wielkimi oknami. Dookoła trochę antycznego gruzu, kilka połamanych kolumn. To tyle. Tyle pozostało z wielkiego pałacu, którego budowę rozpoczął Konstantyn Wielki.

Ale wyobraźmy sobie, że to, co widzimy, to skromniutka część olbrzymiego kompleksu, który obejmował 5 tysięcy metrów kwadratowych (a więc całą dzielnicę!), składał się z ponad 500 połączonych ze sobą sal i 30 kaplic. Po całym Sultanahmet rozsiane są mniejsze lub większe pozostałości po tym cudzie architektury - piwnice, mozaiki, freski. To w podziemiach sklepu z dywanami, to w luksusowym hotelu. Piękne mozaiki podziwiać możemy w Muzeum Mozaiki przytulonym do Błękitnego Meczetu (akurat trafiliśmy na remont...). A teraz popatrzmy na tą ledwo trzymającą się pionu ścianę z wielkimi, prostokątnymi oknami (jak są wielkie możemy przekonać cię porównując je z okolicznymi domami). I teraz wyobraźmy sobie, że nie ma ruchliwej ulicy Kennedy'ego, a o majestatyczne mury chroniące pałac i miasto od strony morza chlupocze woda. Gigantyczne okna otwierają się na balkon, z którego roztacza się widok na zawijające do portu statki. Istotnie, siedziba godna cesarzy.

Budowę pałacu rozpoczął w IV wieku Konstantyn Wielki, a każdy kolejny cesarz dokładał coś od siebie. Nazwa pochodzi od posągów byka i lwa, które zdobiły port i były symbolami siły. W XIII wieku pałac splądrowali krzyżowcy, jednak ci, którzy szukali tu schronienia uniknęli rzezi. Kiedy Michał VIII Paleolog przegnał łacinników z Konstantynopola, za siedzibę wybrał sobie pałac Blachernae, a wielki pałac zaczął podupadać, aż wreszcie popadł w ruinę. I kiedy Konstantynopol zdobyli Turcy, rozpoczęła się powolna rozbiórka kompleksu, aż wreszcie została z niego jedna, jedyna ściana, którą podziwiać możemy dzisiaj. Przyglądamy się bacznie ścianie przez teleobiektyw aparatu, próbujemy wypatrzeć ukryte w załomie muru, w plątaninie pędów dzikiego wina kapitelik, fryz, motyw dekoracyjny.

Nie ma tutaj tłumów turystów, na skwerku jesteśmy sami. Patrzymy, jak na ruinach wielkiego pałacu bizantyjskich cesarzy powyrastały drewniane, dzisiaj również w większości zrujnowane, drewniane, otomańskie domy jak z powieści Orhana Pamuka. Szumi ruchliwa ulica Kennedy'ego i linia kolejowa do stacji Sirkeci, gdzie kończył bieg słynny Orient Express. Zostawiamy za sobą w zadumie ruiny pałacu Bukoleon i wzdłuż wybrzeża morza Marmara udajemy się do Kumkapi, gdzie w porcie, do którego zawijają rybacy zjeść można niesamowite rzeczy (polecamy nie drogie restauracje, ale stoiska na rybnym targu, gdzie na bieżąco ktoś smaży coś, co ktoś inny właśnie wyłowił z morza).

Galeria: 

Węgry

Eger - relikty katedry romańskiej i rotundy

Do Eger trudno nie trafić, będąc na Węgrzech. To po Budapeszcie i Tokaju (też polecamy) chyba jeden z najczęściej odwiedzanych punktów na mapie Kraju Bratanków. Któż z nas nie potrafi rozłożyć barwnego wachlarza wspomnień na dźwięk nazwy Egri Bikaver - Bycza Krew, jak zwą bardzo przyzwoite czerwone wino z uprawianych tutaj winorośli. Nazwa pochodzi z z XVI wieku, gdy miasto odparło atak Turków, a werwę obrońcy mieli zawdzięczać jakoby pojeniu tutejszym mocnym, esencjonalnym, czerwonym winem.

Już wjeżdżając do miasta od strony autostrady otrzymuje się upragnione widoki: wzgórza pokryte winnicami, rzędami jasnozielonych krzewów. Bez trudu można tu trafić do omszałej, wilgotnej piwniczki, jednej z wielu wyrytych w zboczach tutejszych wzgórz, a winne esperanto pozwoli bez trudu się dogadać, nawet jeśli gospodarz nie włada żadnym innym językiem poza węgierskim. Degustacja z wiekowych beczek gwarantowana, wrażenia niezapomniane.

Ale my, mimo wszystko, nie o tym...

Eger to ogromnie przyjemne średniowieczne miasteczko, skoncentrowane u stóp wzgórza zwieńczonego urokliwym i imponującym zamkiem. Na wzgórzu tym w czasach nas interesujących znajdował się pałac biskupi i katedra. Biskupstwo założył tu w XI w. sam św. Stefan (ten sam, który nosił koronę pierwotnie przeznaczoną dla polskiego Bolesława Chrobrego). Dziś eksponowane są tutaj pozostałości przyziemia katedry i umieszczonej obok niej rotundy - baptysterium (brawa dla gospodarzy wzgórza, którzy odmiennie niż w np. w Krakowie, nie mają zwyczaju przywalać romańskich reliktów gruzem i piaskiem).

Z katedry pozostało kilka par filarów nawy, odtworzono posadzkę, zachował się także pokaźny fragment potężnej apsydy prezbiterium. Rozmieszczenie filarów i ścian bocznych pozwala wyobrazić sobie katedrę jako pokaźną i reprezentacyjną budowlę.

Przy południowej ścianie katedry znajdowało się baptysterium w kształcie rotundy, której wątki przyziemia zachowały się do dziś. Bardzo prosty kształt z niewielkim prezbiterium po stronie wschodniej, owalnym, prawie jajowatym. Był to najwcześniejszy budynek siedziby biskupstwa Eger. Datuje się ją na przełom X i XI wieku. Po stronie zachodniej, bardzo dobrze wyeksponowany pod szklaną pokrywą, znajduje się podposadzkowy pochówek, którego właścicielem był najprawdopodobniej jeden z pierwszych dygnitarzy egerskiego biskupstwa, jego eminencja Buldus, który zginął był śmiercią męczeńską.

Ogromnie polecamy wizytę w Eger, nie tylko ze względu na delicje z uliczki zwanej Doliną Pięknej Pani. Miasto oferuje również atmosferę sennego, zabytkowego miasteczka, będącego również rarytasem dla tropiciela wątków rozmaitych kultur. Ze średniowiecznego wzgórza zamkowego doskonale widać zarówno wieże kościoła Franciszkanów, jak i zachowaną w centrum miasta szczupłą, iglicową wieżę tureckiego minaretu.

A ominięcie w drodze powrotnej jednej z czekającej przed granicami miasta winnych piwniczek z pokrytymi futerkiem pleśni beczkami, byłoby ciężkim zaniedbaniem.

Galeria: