Stambuł - kościół św. Sergiusza i Bakchusa z VI w.

Kościół św. Sergiusza i Bakchusa znany również jako "Mała Hagia Sophia" (Küçuk Ayasofya Camii), to niewątpliwie jeden z najważniejszych i najpiękniejszych reliktów Bizancjum w Stambule. Przypuszcza się, że ten niewielki rozmiarem, ale ogromny przez swoją wagę kościół był pierwowzorem (chociaż nie w dosłownym znaczeniu) bazyliki Mądrości Bożej, czyli Hagia Sophia. Natomiast można zauważyć bardzo wyraźnie podobieństwo do kościoła San Vitale w Rawennie, który ewidentnie wzorowany jest na naszym bohaterze. Kościółek św. Sergiusza i Bakchusa to jedna z pierwszych fundacji wielkiego cesarza Justyniana. Kościół był pierwotnie częścią większej całości, klasztoru (monofizyckiego), w swojej bogatej historii zaliczył też flirt z ikonoklazmem. Za panowania sułtana Bejazyda II został zamieniony na meczet i tak już zostało.

Z zewnątrz - jak większość bizantyjskich kościołów - nie prezentuje się zbyt okazale. Proste ściany z burej cegły, bez żadnych ozdób. Otoczony jest dziś muzułmańskim cmentarzem, ładnym ogrodem z drewnianą medresą, gdzie dziś można napić się kawy, zapalić nargilę lub kupić naprawdę bardzo ładne rękodzieło. A dookoła przechadzają się prawie tak bezczelne jak stambulskie wszarze - gęsi.

Wnętrze oszałamia. Wchodzimy, błękitny dywan ugina się pod bosymi stopami (pamiętajmy - jesteśmy w czynnym meczecie). W środku panuje chłód, biel i błękit. Otwiera się przed nami oktagonalna przestrzeń, pierwotna, romańska forma, oktagon wpisany w kwadrat, forma doskonała. Rzędy kolumn podtrzymują arkady, powyżej empora otwiera się do wnętrza filigranowymi triforiami. Poziomy oddziela fryz chwalący dzieła cesarza Justyniana, cesarzową Teodorę i św. Sergiusza. Całość wieńczy kopuła. Gładkie, białe ściany zdobią błękitne geometryczne ornamenty. Kiedyś te ściany zdobiły mozaiki, które niestety nie przetrwały najpierw ikonoklazmu, a potem zwycięstwa Islamu. Przestrzeń koncentruje się wokół apsydy, gdzie dzisiaj stoi mihrab - nisza wskazująca Mekkę. Po prawej stronie od apsydy - mimbar, podest, z którego imam w piątki wygłasza chutbę - uroczyste kazanie.

Po schodach wchodzimy na emporę. Po drodze mijamy okienko przez które widzimy, jak autentyczny muezzin wzywa wiernych na modlitwę. Jest piątek, dzień święty dla muzułmanów - chodzimy na palcach (chociaż to w zasadzie niepotrzebne, dywan tłumi wszystkie odgłosy), żeby nie zakłócić odświętnej atmosfery. Wokół imama siedzącego niedaleko mihrabu zgromadziło się kilkoro wiernych i dyskutują po cichu. Ciszę przerywają tylko ich stłumione głosy i odgłos migawki naszego aparatu. Obchodzimy emporę kilka razy spoglądając to w dół, to w górę, na niesamowitą kopułę. Na koniec siadamy, jak to w meczecie, wprost na dywanie i dajemy uspokoić się hipnotyzującemu rytmowi kolumn.

Wychodzimy, a na zewnątrz, przy fontannie do rytualnych ablucji już gromadzi się tłumek mężczyzn. Btw. przekonaliśmy się w wielu meczetach, które zwiedzaliśmy, że wymóg rytualnego umycia nóg, ma również bardzo praktyczny wymiar - w niektórych meczetach istnieje nawet instytucja pani pryskającej odświeżaczem powietrza po nogach turystów, który - oczywiście - nóg przed wejściem do meczetu nie umyli, ale buty zdjęli.

Obchodzimy jeszcze kościółek/meczecik dookoła. Towarzyszy nam jednooki kot, który trudno powiedzieć czego od nas chce, bo pogłaskać się nie daje. Biegnąca kilka metrów dalej trasa kolejki miejskiej daje o sobie znać dobrze wyczuwalnymi wibracjami i wizgiem pędzącego pociągu. Siadamy jeszcze na chwilkę w zaciszu medresy, pijemy obłędnie słodką herbatę i ruszamy dalej. Wszystkim zainteresowanym architekturą bizantyjską, romańską i nie tylko, polecamy gorąco to miejsce. Z dala od tłumu turystów można tu poczuć autentycznego ducha dziejów.

Galeria: 

Reklama