Rzym - bazylika Santa Maria Maggiore z V-XIII wieku

Dowlekliśmy się na Eskwilin na przysłowiowych ostatnich nogach, prosto z Lateranu, na który zaniosło nas (oczywiście na piechotę) z Centro Storico, dokąd przydreptaliśmy z okolic Watykanu. Bazylikę widać już z daleka, jej monumentalna bryła i wysoka, romańska kampanila stanowią punkt orientacyjny w terenie. Pchnąwszy ciężkie drzwi znaleźliśmy się w środku. Rzędom jońskich kolumn zdawałoby się nie było końca...

Początki bazyliki wiążą się nierozerwanie z początkami kultu Matki Boskiej w kościele katolickim. Legenda mówi, że w IV wieku papież Liberiusz miał sen - objawiła mu się Matka Boska i poleciła, by w miejscu, gdzie spadnie śnieg wybudować kościół (stąd pierwsze wezwanie - Matki Boskiej Śnieżnej). Jakież było zdziwienie Rzymian, gdy w nocy z 4 na 5 sierpnia 352 roku rzeczywiście spadł śnieg, znacząc zarys przyszłego kościoła na wzgórzu Eskwilińskim (do dziś świętuje się rocznicę tego wydarzenia, kiedy to sypie się w bazylice płatki białych róż). Kościół wzniesiono w V wieku z polecenia papieża Sykstusa III po uznaniu przez sobór w Efezie dogmatu niepokalanego poczęcia. Potężna bazylika o rzędach wyszabrowanych ze świątyni Junony jońskich kolumn i bogatych, kolorowych mozaikach stanęła zatem na Eskwilinie ku chwale Matki Boskiej, której kult szerzył się w całym chrześcijańskim świecie.

Pierwsze przebudowy bazyliki miały miejsce w XIII wieku, kiedy to do kościoła dostawiono wysoką kampanilę, dobudowano transept i apsydę. Mimo że układ przestrzenny kościoła od swoich początków w V wieku stosunkowo niewiele się zmienił (jońskie kolumny wciąż podtrzymują masywne ściany zwieńczone monumentalnym stropem), to jednak wyposażenie i dekoracje nie należą już do tych oryginalnych. Najbardziej zmienił się chyba zewnętrzny wygląd kościoła - patrząc na jego XVIII wieczną fasadę, barokowe kopuły nad kaplicami i skrzydła pałacu kapituły przylegające od lewej i prawej do kościoła, nie sposób domyślić się jego antycznego niemalże rodowodu. Jednak jest w środku kilka cudów, które przypominają o bizantyjskiej chwale kościoła...

Na wewnętrznych ścianach nawy głównej, ponad kolumnadą znajdujemy słabo widoczne, obudowane barokowymi złoceniami panele wypełnione mozaiką. To pozostałości z pierwotnej dekoracji kościoła, przedstawiające sceny biblijne. Trudno je wypatrzyć z poziomu posadzki, przydaje się teleobiektyw, przez który na maksymalnym zbliżeniu podziwiamy te cudeńka, prakomiksy o żywych wciąż barwach. Tutaj czytelnikowi należy się wyjaśnienie - dlaczego mamy z tego miejsca tak niewiele zdjęć? Przecież mozaiki te ciągną się po jednej i po drugiej stronie nawy przez całą długość kościoła. Cóż, winne są gabaryty budowli. Mozaiki można spokojnie przez teleobiektyw oglądać, jednak próba zrobienia im zdjęcia w ciemnym, przepastnym wnętrzu przypomina próbę sfotografowania kolibra w locie, szczególnie, że nasz teleobiektyw nie posiada stabilizatora obrazu. Na wszystkie zrobione mozaikom w nawie zdjęcia wyszło jedno - przedstawia biblijną wieżę Babel.

Kolejny skarb to mozaiki na łuku tęczowym. Pochodzą z V wieku i przedstawiają sceny z Nowego Testamentu, poświęcone Matce Bożej. Mamy więc tu Zwiastowanie, Pokłon Trzech Mędrców, Rzeź Niewiniątek, Ofiarowanie w świątyni i Heroda przyjmującego Mędrców ze Wschodu. Pośrodku łuku znajduje się tron Boga-Ojca pomiędzy św. Piotrem i św. Pawłem oraz metaforyczne przedstawienia ewangelistów. W późniejszej o kilka wieków apsydzie również feeria barw - to przedstawienie Koronacji Matki Bożej w asyście świętych. I znów dopadła nas fotograficzna klątwa bazyliki Santa Maria Maggiore - rzymskim zwyczajem żeby oświetlić mozaiki, trzeba wrzucić do automatu kilka euro, co zwykle starcza na kilka minut. Jednak w tym kościele automat znajdował się... w kruchcie. Zatem, wrzuciwszy monetę, puściliśmy się w długą przez długi jak boisko kościół, lawirując wśród turystów, odprowadzani czujnym wzrokiem ochroniarza, by chociaż przez chwilę nacieszyć oczy mozaikami i zrobić kilka zdjęć. Niezbyt ostrych, przyznajemy, i nie najlepiej skadrowanych. Naszą uwagę przykuwa jeszcze posadzka w stylu arte cosmatesca, wykonana z marmuru i porfiru.

To generalnie tyle - przez wieki wnętrze kościoła pokryła skorupa barokowych złoceń, plafonów, wyrosły tu zarośla kręconych wymyślnie kolumieniek, a załomy iluzjonistycznych ołtarzy zamieszkały pyzate aniołki wygięte w nienaturalnych pozach. Warto jednak rozejrzeć się jeszcze raz po kościele, w którego wnętrzu znajdujemy świadków trudnych dziejów kościoła katolickiego. Spójrzmy zatem w górę, na ozdobiony herbami papieży z surowo osądzonego przez historię rodu Borgia - Kaliksta III i Aleksandra VI (który od niedawna ma dla nas twarz Jeremy'ego Ironsa). Zdobi go przywiezione przez Krzysztofa Kolumba zrabowane Nowemu Światu złoto, ofiarowane papieżom przez Izabelę Katolicką. Spójrzmy na kilka papieskich nagrobków - oto Sykstus V, Paweł V z rodu Borghese, Pius V, papież, który obłożył ekskomuniką Elżbietę I. Nieco dalej - grobowiec rodzinny rodu Berninich. Leży tu najszerzej znany przedstawiciel tego rodu, papieski rzeźbiarz i - według Dana Browna - Iluminata, Gian Lorenzo Bernini, autor najpiękniejszych barokowych rzeźb, z których najbardziej znana to chyba Ekstaza (hm...) św. Teresy.

Przebodźcowani chociaż niezaspokojeni fotograficznie opuszczamy bazylikę Santa Maria Maggiore, jedną z czterech bazylik papieskich Rzymu. Pora udać się na zasłużony odpoczynek, gdzieś w jakiejś skromnej pizzerii lub trattorii, przy kieliszku Frascati i parującej zapachem bazylii i oliwy z oliwek misce makaronu...

Galeria: 

Reklama