Cisnadioara (niem. Michelsberg, węg. Kisdisnód) - kościół pod wezwaniem św. Michała z XIII wieku

Do Cisnadioary trafiamy z Cisnadie. Tutaj, na całkiem wysokim wzgórzu, które już z samego naturalnego ukształtowania terenu nadało temu miejscu walory obronne, stoi kościół pod wezwaniem św. Michała - najstarszy kościół Transywlanii.

Klucze dostać można w domu 202 przy głównym placu, u pani mówiącej pięknym siedmiogrodzkim niemieckim - to potomkini saskich kolonizatorów. W towarzystwie innych niemieckich turystów wspinamy się na wzgórze, otwieramy zardzewiałym kluczem bramę w murze obronnym, budzimy śpiących w okolicach północnej apsydy przy wygasłym ognisku niemieckich harcerzy (odkrywamy w Transylwanii głębokie i nieuświadomione pokłady naszego niemieckiego, zaniedbanego od czasów studenckich) i rozpoczynamy romańską ucztę.

Kościółek w Cisnadioarze to całkowicie i w niezmienionym kształcie zachowana budowla o najbardziej klasycznym romańskim układzie. Dosyć krótka i niewysoka bazylika bez transeptu, o prezbiterium i nawach bocznych zamkniętych apsydami. Brakuje tylko zachodnich wież, które runęły, zostały rozebrane lub w ogóle ich nie wybudowano. Wszystkie okna zachowały rozglifienia, żadne nie zostało przebite lub zamurowane. Kościół zbudowany jest z nieregularnego, łamanego kamienia, co jeszcze dodaje mu uroku, daje wrażenie archaiczności. Całość sprawia wrażenie, jakby czas zatrzymał się tu w XIII wieku.

Do środka prowadzą dwa portale - obecnie używany, północny bez dekoracji oraz zachodni, który - dla odmiany - dekorowany jest bardzo bogato. Rozłożysty portal poszerzony jest jeszcze o dwie pary ślepych arkadek opartych na filigranowych kolumienkach zwieńczonych kostkowymi kapitelikami z misterną plecionką. Główny uskokowy portal zdobi cztery pary kolumienek spiętych wałkami archiwolt z gładkim tympanonem. Kapitele kolumienek zdobią znane z Cisnadie i przywodzące na myśl krakowski kapitel z kościoła św. Gereona plecione woluty ukształtowane w literę "S". Dwie z czterech głowic kolumienek zdobią u dołu liście akantu, dwie - półkola, przy czym zdobione w ten sposób kapitele układają się naprzemiennie. U góry, w załomie woluty widzimy tajemnicze twarze, przypominające te z portalu w Sandomierzu. Archiwolta wciąż nosi ślady dekoracji malarskiej. Ten portal, misterny i zaskakujący, bo odbiegający od romańskich standardów (przez pary ślepych arkadek) jakie znamy, stanowi najbardziej wyrazisty, kontrastujący z resztą, element tego kościoła. Poza portalem, kościoła tego nie zdobi żadna dekoracja rzeźbiarska.

Wnętrze kościoła jest zupełnie puste. Niestety również zaniedbane. W dachu widać prześwity, przez które zapewne w czasie deszczu nieźle się leje. Nieprzeszklone okna pozasłaniane są czarnymi i czerwonymi szmatami sprawiając wrażenie, jakby odbywała się tu jakaś czarna msza, albo przynajmniej koncert zespołu Gorgoroth. Uspokaja nas brak zaschniętej krwi na posadzce. Kościół powinien być kryty stropem, którego brakuje - zadzierając głowę do góry, zobaczymy tylko dach. W przęsłach nawy bocznej wypadających pod nieistniejącymi wieżami i w prezbiterium mamy zaś sklepienie krzyżowe - to wzmocnienie konstrukcji wskazuje, że wieże były przynajmniej planowane. Wnętrze jest tynkowane, przybrudzony i zszarzały tynk miejscami odchodzi płatami. Nawy boczne od nawy głównej oddzielają przysadziste arkady oparte na dwóch prostych filarach. Ponad nimi wznosi się gładka ściana z rozglifionymi okienkami. Nawy boczne wieńczą apsydy - w apsydzie północnej znajdujemy uroczy oculus, w południowej - niewielkie okienko.

Obszerne prezbiterium również zamknięte jest apsydą z trzema rozglifionymi oknami. Na łuku tęczowym, ponad prostą, drewnianą belką tęczową zachowały się ślady bogatej dekoracji malarskiej o żywych kolorach. Dziś na środku prezbiterium stoi prosty ołtarz, a ściany dookoła wyłożone są płytkami z nazwiskami niemieckich żołnierzy poległych w I wojnie światowej tworząc swego rodzaju miejsce pamięci.

Wnętrze - w swej surowości, a nawet opuszczeniu sprawia niesamowite wrażenie, przyprawiając o lekki dreszczyk przechodzący po kręgosłupie. Brakuje tylko gnieżdżących się w wieży nietoperzy i garbatego Igora pobrzękującego kluczami. Aż zaczyna się zazdrościć niemieckim harcerzom, którzy tymczasem wygrzebawszy się ze śpiworów niemrawo krzątają się koło pobojowiska po wieczornej popijawie, że spędzili noc w tym niesamowitym miejscu.

Galeria: 

Reklama