Abbadia di San Salvatore - opactwo San Salvatore z XI wieku

Tego dnia - jak zwykle - dzwonieniem w szyby naszej toskańskiej chatki, obudził nas deszcz. Rzut oka za okno wystarczył, by wrócić do łóżka i pozwolić sobie pospać jeszcze godzinkę czy dwie. A potem ruszyć gdzieś blisko, żeby w razie czego móc szybko wrócić i zmienić przemoczone ciuchy. Wybraliśmy miejscowość ukrytą wstydliwie w cieniu wygasłego wulkanu Monte Amiata. Tu, przy starożytnym szlaku Via Francigena, znajdziemy niezwykłe cacuszko - lombardzką kryptę pod kościołem Najświętszego Salwatora, pozostałością po jednym z najstarszych i najpotężniejszych opactw w Toskanii...

Legenda wiąże powstanie benedyktyńskiego opactwa San Salvatore z osobą lombardzkiego króla Rachisa, który miałby tutaj przeżyć nawrócenie za sprawą krucyfiksu, który do dzisiaj znajduje się w kościele. Jak to zwykle z legendami bywa, to tylko część prawdy. Tak, król Rachis w VIII wieku rzeczywiście ufundował opactwo, ale raczej w miej dramatycznych okolicznościach - odsunięty od władzy przez spisek możnowładców wycofał się w życie monastyczne. Krucyfiks rzeczywiście można do dzisiaj podziwiać w kościele, ale pochodzi on z XII, nie z VIII wieku, więc w rzekomym nawróceniu Rachisa raczej udziału nie wziął. Dzisiejsze opactwo pochodzi z XI wiecznej przebudowy. W czasach swojej świetności (które zakończyły się w XI wieku) było to jedno z najpotężniejszych opactw w Toskanii, potem przechodziło z rąk do rąk, przez chwilę mieszkali tu Cystersi (triforium w ścianie frontowej to ich dzieło), wpadało w strefę wpływów Sieny, a następnie Medyceuszy, którzy wywieźli stąd większość skarbów do Florencji. Benedyktyni wrócili tu w 1939 roku.

Kościół z zewnątrz sprawia wręcz ascetyczne wrażenie - niedokończona fasada z szarego kamienia z jedną tylko wieżą, triforium, brak tu ozdobnego portalu, ściany zdobią jedynie przysadziste i wyraziste fryzy arkadkowe. W środku pierwsze zaskoczenie - szeroki, wysoki i długi jednonawowy kościół kryty stropem zaczyna się od monumentalnej arkady oddzielającej kruchtę zachodnią od reszty kościoła, przechodzi w podniesione wysoko prezbiterium, oddzielone od nawy potężnym łukiem tęczowym, kierując uwagę zwiedzającego ku pięknemu, drewnianemu krucyfiksowi.

Ale to, co w San Salvatore najciekawsze, znajdziemy pod ziemią. Należy bowiem zejść pod prezbiterium by przekonać się, że jest ono podniesione nie bez powodu. Hipnotyzująca rzędami wysmukłych kolumienek krypta robi niesamowite wrażenie, które jeśli lepiej się jej przyjrzeć, jeszcze się potęguje. Każdy kapitel jest tu bowiem inny, zdobny w typowe lombardzkie motywy - wołki, konie, leśne lub gospodarskie zwierzęta (zające? osły?), brodate twarze, plecionki, motywy geometryczne. Krypta - podobnie jak kościół - jest otwarta, można sobie samemu do niej zejść, zapalić światło i wyszaleć się fotograficznie do woli, zostawiając niewielką ofiarę na renowację kościoła. Ten model zdecydowanie nam się podoba. Przy wejściu ko krypty znajdujemy informację, że krypta pochodzi z VIII wieku, inną podaje nasz przewodnik (pochodziłaby ona z tego samego okresu, co przebudowa, czyli z XI wieku). Nie rozstrzygamy, nie mamy podstaw, chociaż lombardzkie motywy pasują zdecydowanie do hipotezy o wcześniejszym datowaniu krypty.

W San Salvatore spędziliśmy mnóstwo czasu spacerując od kolumienki do kolumienki w niezwykłej, lombardzkiej krypcie. A w międzyczasie czarne chmury przetarły się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i nad Monte Amiata pierwszy raz zaświeciło słońce. Popędziliśmy do naszej chatki tym razem nie suszyć skarpetki, ale gotować kluski, żeby chociaż raz zjeść obiad na tarasie, bez konieczności owijania się w koc. A Abbadia di San Salvatore polecamy - za kryptę i bajeczne widoki na Monte Amiata!

Galeria: 

Reklama